ENGLISH
ŚRODA, 23 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Zanim na nią wróciliśmy, spędziliśmy jeszcze dwa dni na Wyspie Południowej. Jechaliśmy w kierunku Picton, zatrzymując się przy co ciekawszych miejscach. Obejrzeliśmy Pancake Rocks, starą kopalnię złota, miasto Nelson, zatrzymaliśmy się przy niezliczonej liczbie punktów widokowych i jezior. Przy okazji podrzuciliśmy Shirę do Greymouth, bo w związku z trzęsieniem ziemi musiała nieco zmienić swoje plany.

W Picton oddaliśmy samochód i przesiedliśmy się na prom do Wellington, gdzie raz jeszcze przyjął nas do siebie Roberto. Tym razem w domu były także jego kobiety: żona Loveday oraz półtoraroczna córeczka.


W drodze do Auckland, skąd mamy nasz kolejny lot, zatrzymaliśmy się po raz drugi w Rotorua. Miasto znane jest między innymi ze swoich gorących źródeł oraz z wybudowanej bezpośrednio na nich maoryskiej wioski. W Whakarewarewa po dziś dzień żyją Maori (lub bardziej po polsku – Maorysi), wojownicza ludność, która opanowała te ziemie na kilkaset lat przed przybyciem tu białego człowieka. Za niewielką jak na Nową Zelandię opłatą można obejrzeć pokaz tradycyjnych tańców i wybrać się na wycieczkę po wiosce, z której roztacza się widok na pobliskie gejzery.


Maori w Nowej Zelandii są o wiele mniej widoczni niż rdzenna ludność w Australii. Ubrani jak wszyscy inni, wtopieni dosyć mocno w zachodnią kulturę ludzie o zaledwie lekko brązowej skórze niespecjalnie rzucają się w oczy.


Jeden ze współlokatorów Anthony'ego, u którego ponownie zatrzymaliśmy się w Auckland, jest Maori, ale uwagę na to zwróciliśmy dopiero przy okazji naszej drugiej wizyty. A skoro o tym juz mowa. Miejsce, w którym spędziliśmy dwie ostatnie noce w Nowej Zelandii to dziwny dom. Mieszka w nim czterech młodych mężczyzn, cztery dziwaczne indywidua, z których najnormalniejszy wydał nam się indyjski dentysta z Kalkuty. Istna amerykańska komedia.


Ostatnią rzeczą, którą zrobiliśmy w Auckland było obejrzenie ikonicznego dla Nowej Zelandii zwierzęcia. Mowa oczywiście o kiwi. W tym celu poszliśmy do miejskiego zoo. Jako że kiwi są zwierzętami nocnymi, nie sposób zobaczyć ich ot tak po prostu w lesie. Odradzano nam też wybieranie się na zorganizowane nocne poszukiwania kiwi. Podobno przy takiej okazji można te zwierzęta co najwyżej usłyszeć, ale na pewno nie zobaczyć. Dlatego wybraliśmy zoo, gdzie w sztucznie stworzonych warunkach przypominających nocne można z bliska i na żywo obejrzeć ten zagrożony gatunek.


95% kiwi ginie podczas pierwszego roku życia. Główny powód: drapieżniki przywiezione na wyspy wraz z białym człowiekiem. Jedynymi rodzimymi ssakami Nowej Zelandii są dwa gatunki nietoperza. Wszystko pozostałe, łącznie z równie już ikonicznymi jak kiwi owcami, trafiło na wyspy zaledwie kilkaset lat temu.

Na tym kończymy nasz pobyt w Nowej Zelandii, przepięknym, czystym i poukładanym kraju, któremu nie brakuje wiele, aby można było go uznać za idealne miejsce do życia.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl