ENGLISH
CZWARTEK, 09 LUTEGO 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 65 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

ŚWIĄTYNIA SINHEUNGSA  

W Korei wiele buddyjskich świątyń oferuje możliwość spędzenia w nich pewnego czasu w celu zapoznania się z buddyjskimi zwyczajami i wierzeniami. Na jedną noc udało nam się dostać do Sinheungsa, uważanej za najstarszą świątynię zen na świecie, a położoną zupełnie niedaleko naszej plaży w Sokcho.

W pobliżu świątyni znajduje się niemal piętnastometrowy pomnik Buddy z brązu (łącznie z podestem będzie niecałe dziewiętnaście). Program pobytu w świątyni skierowany jest do Koreańczyków innych wyznań oraz do obcokrajowców i reklamuje się jako jedyna możliwość zobaczenia prawdziwego życia buddyjskich mnichów. Może problemem w tym wypadku był fakt, że Sinheungsa nie brała w tym momencie udziału w oficjalnym programie, bo życia mnichów jakoś nie udało nam się zobaczyć. Prawdę mówiąc nawet mnichów za specjalnie nie widzieliśmy, mamy spore wątpliwości, czy oni w ogóle tam mieszkają, natknęliśmy się jedynie na trzech lub, co bardziej prawdopodobne, na jednego trzy razy.

Naszym przewodnikiem był mężczyzna, który sprawiał wrażenie ogrodnika. Nie bardzo znał angielski, porozumiewał się z nami wskazując nam fragmenty tekstu, który służy zarówno jako materiał do zapoznania się ze zwyczajami panującymi w świątyni dla odwiedzających jak i materiał do nauki angielskiego dla mnichów (obok tekstu po angielsku koreańskie tłumaczenie i wypisane słówka). W komplecie z tekstem miał film i ścieżkę dźwiękową, którymi nie umiał się posłużyć. Może i lepiej, bo całość była zrobiona w tak amerykańskim stylu, że aż bolało. Poza filmem pozostałymi atrakcjami były medytacja, nawlekanie koralików na sznurek przez dwie i pół godziny oraz wyjście w góry. Na to ostatnie musieliśmy być gotowi o 6:00 rano, kiedy to nasz przewodnik przyszedł po nas, przeszedł z nami dziesięć metrów, wskazał nam palcem ścieżkę i powiedział: „idźcie tam!”, po czym pożegnał się i sobie poszedł. Góry super, świątynia piękna, ale pobytu w niej nie polecamy.

WAKACJE W SOKCHO

Przed przyjazdem do Sokcho nie zdążyłam kupić kremu do opalania. I całe szczęście, byłaby jeszcze jedna rzecz do noszenia. Padać zaczęło już po drodze, pierwszego dnia naszego pobytu nad morzem padać przestało, a zaczęło lać. Uznaliśmy, że niemożliwe, żeby tak było przez całe pięć dni, szczególnie, że do tej pory przez długi czas było 40 stopni w cieniu. Pomyliliśmy się. Pięć dni z rzędu padać może. Słońce widzieliśmy tak naprawdę raz, zdaje się czwartego dnia. Chmury nad pobliską plażą (i tylko nad plażą) rozstąpiły się na kilka godzin. Zdarzyło się to rano, niemal siłą wyciągnęłam Petera z łóżka, żeby przełożył się nad wodę. Koreańczycy nie podzielali naszego zachwytu słońcem, dwóch młodych mężczyzn zaoferowało nam nawet miejsce pod swoją rozciągniętą na metalowym stelażu płachtą mającą chronić od promieni słonecznych. Nie wiemy, czy wynika to z tego, że skóra Koreańczyków jest zbyt wrażliwa, czy może opalenizna nie jest modna, ale na plażę wszyscy przychodzą chować się przed słońcem. Rzadko kiedy można zobaczyć kogoś w kąpielówkach czy bikini, siedzą pod tymi płachtami normalnie ubrani, tak też wchodzą do wody. Widziałam nawet kilka osób w krótkich dżinsach. Nienajlepszy, moim zdaniem, wybór na strój kąpielowy, ale też mało kto pływa, Koreańczycy w wodzie zajmują się głównie siedzeniem na dmuchanych kołach i piszczeniem przed każdą nadchodzącą falką. Więc może dżinsy im nie przeszkadzają.

Pogoda nie dopisała, ale tak czy tak odpoczęliśmy. Od wyjazdu z domu tylko w jednym miejscu spędziliśmy trzy noce, poza tym zawsze jedna lub dwie. Trochę biegania jak na półtora miesiąca. Kilka nocy pod rząd w jednym łóżku, do tego rozpakowany wreszcie plecak – to daje siłę na dalszą podróż. Pomimo chmur i deszczu udało nam się trochę popływać, pobiegać, znaleźć siłownię, odwiedzić tzw. Sushi Market, trafić do kilku miłych knajpek i wreszcie się wyspać. Z angielskim nie jest tu już tak dobrze, jak w Seulu, w zasadzie jest z nim zupełnie źle, ale udało nam się zawrzeć kilka ciekawych znajomości. Pismo obrazkowe działa bez zarzutu. Mały notesik i długopis powinny być podstawowym wyposażeniem każdego podróżującego obcokrajowca. Za jego pomocą wynajęliśmy też minbak, czyli najtańszy rodzaj noclegu, coś w stylu mini mieszkania wydzielonego z domu właściciela i wynajmowanego przyjezdnym. Śmiało można powiedzieć, że nasz pokój był luksusowy. Wybraliśmy nieco droższą wersję, ale za to z małą kuchnią i normalnym łóżkiem. Spanie u Theo nie przekonało nas jakoś do ich mat. Ceny noclegu i tak były zupełnie sensowne, jako że oficjalny sezon już się skończył.

Dlaczego wybraliśmy akurat to miejsce? Sokcho to niewielka, malownicza miejscowość otoczona z jednej strony porośniętymi lasem górami, a z drugiej szerokimi plażami i przezroczystą wodą Morza Wschodniego (czy też, jeśli ktoś woli, Morza Japońskiego). Myśmy tego oczywiście nie wiedzieli. Próbowaliśmy dowiedzieć się od kilku osób, włączając w to informację turystyczną, gdzie w Korei można spędzić kilka spokojnych dni nad wodą, ale wszyscy tylko rozkładali ręce, twierdząc, że o mało turystycznych miejscach nic nie wiedzą. Ale gdy powiedziano nam, że sezon właśnie się skończył, stwierdziliśmy, że możemy jechać gdziekolwiek, więc wsiedliśmy w jakiś jadący na wschód autobus i wysiedliśmy na ostatniej stacji w niewielkiej odległości od morza, a następnie przesiedliśmy się do podmiejskiego autobusu, którym chcieliśmy dojechać jak najbliżej malutkiej wioski, o której nikt niczego nie wiedział, poza tym, gdzie jest na mapie. Kierowca autobusu niestety tylko udawał, że rozumie znaczenie słów „the last stop” i, myśląc, że oddaje nam przysługę, radośnie wysadził nas przy jakiejś popularnej plaży. Do następnego autobusu zostało trochę czasu, spróbowaliśmy więc stopa. Ostrzeżono nas wcześniej, że w Korei łapanie okazji nie jest zbyt popularne, że jeśli będziemy machali na samochód to się on zatrzyma, ale dlatego, że kierowca będzie myślał, że stało się coś złego. Napisaliśmy więc na kartce nazwę miejscowości w dwóch alfabetach: łacińskim i koreańskim. Poprawność tej drugiej była wątpliwa, bo mieliśmy tylko angielską mapę, ale ktoś nas zabrał po kilku minutach i w dodatku wysadził tam, gdzie chcieliśmy. Z tym że tam faktycznie nie było czego szukać. Ruszyliśmy dalej, zahaczając po drodze o bank. W Korei nie każdy bankomat akceptuje zagraniczne karty. Może inaczej: mało który je akceptuje. Peter wszedł więc do banku zapytać, czy da radę jakoś inaczej wyciągnąć gotówkę. Nikt po angielsku ani słowa, ale wszyscy pracownicy zbiegli się, żeby nam pomóc. Wsadzali kartę w różne czytniki, dzwonili, kombinowali, co by tu zrobić. I znaleźli rozwiązanie, ale tłumaczenie go nam po koreańsku niewiele pomogło. Ktoś, chyba szef, wpadł na pomysł, żeby zadzwonić do znajomego, który zna trochę angielski. Skończyło się na tym, że ten sam gość wpakował nas do swojego samochodu, zawiózł do Yang Yang, zaprowadził do bankomatu, a następnie na przystanek autobusowy, gdzie poczekał z nami i poinstruował kierowcę, że ma nas wysadzić w sąsiedniej miejscowość przy ładnej plaży. Brakowało tylko, żeby nas nakarmił. Nic straconego, podobno w Chinach karmi się autostopowiczów, wiemy to z pewnego źródła. W każdym razie z autobusu wysiedliśmy przy plaży właśnie w Sokcho, gdzie spędziliśmy udane deszczowe wakacje.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl