Fiesta de la Vendimia to święto zbioru winogron i robienia wina. Każdy malutki region organizuje z tej okazji dwudniowy festiwal, a większość tego typu imprez odbywa się w marcu. Mamy połowę kwietnia, ale wedle strzępków informacji, które uzyskujemy po drodze, nie jest jeszcze za późno. Są miejsca, w których fiesty odbywają się i pod koniec kwietnia, a czym bardziej na północ, tym większa szansa, że jakąś znajdziemy.
O Fiesta de la Vendimia zaczęliśmy pytać, gdy tylko przekroczyliśmy granicę. Chodziliśmy po biurach informacji turystycznej, dzwoniliśmy, pytaliśmy ludzi, szukaliśmy w sieci. Każdy wiedział coś, ale nikt nie był w stanie powiedzieć nam konkretnie, gdzie i kiedy odbywa się taki festiwal. Jedyna strona, która podawała pasującą nam datę i miejsce, ba, zawierała nawet szczegółową rozpiskę wydarzeń kulturalnych, konkursów etc. towarzyszących imprezie, okazała się być pomyłką. Typowa chilijska dezinformacja. Jeździliśmy więc od miasteczka do miasteczka i pytaliśmy dalej.
Z Liquiñe pojechaliśmy do Los Angeles, z Los Angeles do Talki, z Talki do Curicó, z Curicó do Moliny. Tam wreszcie znaleźliśmy kogoś dobrze poinformowanego. Miejscowy taksówkarz twierdził, że w Rincón de Millado, wsi oddalonej o jakieś 30 kilometrów od Moliny, w ten właśnie weekend mają Fiesta de la Chicha. Fiesta de la Chicha to święto młodego, tegorocznego wina. Nie jest to to samo, co Fiesta de la Vendimia, ale to nieistotne. Szukaliśmy lokalnego festiwalu związanego z winem i właśnie go znaleźliśmy.
Rincón de Mollino położony jest nieco na uboczu. Niełatwo byłoby nam go znaleźć, gdyby nie uprzejmość kierowcy, który zabrał nas na stopa i dowiózł na miejsce, pomimo że sam na imprezę się nie wybierał.
Na fieście, oprócz chichy oraz starszego wina, można było spróbować lokalnych potraw, czyli głównie różnego rodzaju grillowanego mięsa serwowanego w chlebie lub z ziemniakami i warzywami. Na ustawionej pośrodku placu scenie miejscowi artyści prezentowali tradycyjne tańce i muzykę. Ogólnie rzecz biorąc, sielankowy klimat wiejskiej imprezy.
Na fieście mieliśmy zostać dwa dni. Umówiliśmy się już z młodą parą z południa Chile, że śpimy w namiotach. Patricia i Mauricio przyjechali tu sprzedawać swoje wino i rewelacyjne, niepasteryzowane piwo z malutkiego browaru. Nie szło im, bo nie byli miejscowi, więc zaczęli szukać towarzystwa, które pomogłoby im zrobić coś z towarem, który przywieźli. Do naszej czwórki wkrótce dołączyła się większa, tym razem miejscowa grupa, która, słysząc, że mamy zamiar spać w namiocie, zaprosiła nas do siebie. Było już mocno po zachodzie słońca, kiedy zapakowali nas wszystkich do samochodu (ile się dało na tylne siedzenie, reszta na pakę, a sprzodu babcia) i zabrali z powrotem do Moliny.
W Molinie, w mieszkaniu jednego ze znajomych, nie zabawiliśmy długo. Po jakiś dwóch godzinach znów zapakowano nas do samochodu i zawieziono do Curicó, do Maresol, gdzie mieszka ona ze swoim mężem i piętnastoletnim synem. Tam też zostaliśmy na noc.
Następnego dnia po śniadaniu nasi chilijscy znajomi zabrali nas na niedzielny pchli targ, po czym podziękowaliśmy za gościnę i zabraliśmy się na dworzec autobusowy. Na kolejny dzień fiesty nie mieliśmy już siły. Był to jeden z bardziej udanych weekendów w ciągu ostatnich miesięcy, a po takich zazwyczaj trzeba odpocząć. Właśnie dlatego jedziemy nad morze.
KOMENTARZE:
2011-05-04 21:48:48 Małgorzata Bukowska
Czytając Wasz blog czuję się tak,jak bym tam była z Wami,wspaniale z Wami podróżować nawet wirtualnie:):) Powodzenia.
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).