W argentyńskich pociągach nie ma ani łóżek, ani kuszetek. W zasadzie nie ma też światła, a przynajmniej nie było go za wiele w pociągu, którym jechaliśmy. Za wyjątkiem pierwszej klasy, gdzie światło mieli cały czas, lampy zaczynały działać dopiero, kiedy pociąg się rozpędzał i ich moc była proporcjonalna do jego niezbyt dużej prędkości. Czyli, pomimo dwunastu godzin podróży w nocy, czytanie i spanie praktycznie nam odpadły. Mimo tych drobnych niedogodności podróż pociągiem była całkiem wygodna i chętnie kontynuowalibyśmy drogę tym środkiem transportu, gdyby nie fakt, że sieć kolejowa w Argentynie jest zaniedbana i pociągiem da się dojechać do niewielu miejsc. Po przejechaniu kilkuset kilometrów musieliśmy szukać więc innych sposobów, aby dojechać na południe.
Wysiedliśmy w Bahía Blanca, średniej wielkości nijakim miasteczku, które ożywa nieco w nocy, kiedy otwierają się restauracje, a ludzie wychodzą na ulicę. W ciągu dnia nie ma specjalnie czego tam szukać, mieliśmy nawet problem ze znalezieniem otwartego miejsca, żeby napić się kawy. Peter skorzystał też z okazji i wybrał się na mecz lokalnej drużyny, na który zresztą wpuszczono go za darmo po tym, jak machnął legitymacją dziennikarską („Taaa, jasne, dziennikarz. No ale wchodź.”).
Z miasta próbowaliśmy wydostać się stopem. W Argentynie podobno czasami działa, czasami nie, zależnie od regionu i szczęścia. Tym razem szczęścia nie mieliśmy. Po trzech godzinach i otrzymaniu jednej tylko propozycji podwózki do miejsca, które nam nie odpowiadało, stwierdziliśmy, że wygrał autobus. Wróciliśmy do miasta, zostawiliśmy plecaki w domu miejscowej pielęgniarki, która dorabia sobie korzystając z faktu, że na dworcu autobusowym nie wpadli na pomysł otworzenia przechowalni i popołudnie spędziliśmy w kinie.
Po kolejnej nocy spędzonej na siedząco dojechaliśmy do Puerto Madryn, gdzie umówieni byliśmy z Beatríz, mieszkającą samotnie (albo raczej z dwoma kotami), matką czwórki dorosłych dzieci, nauczycielką hiszpańskiego i angielskiego w publicznej szkole. Spędziliśmy u niej jedną tylko noc, zostawiliśmy część rzeczy i razem ze znalezioną dzień wcześniej grupą – parą z Francji i Szwajcarem – pojechaliśmy do parku narodowego na półwyspie Valdés.
Do parku można dostać się na dwa sposoby: można pojechać ze zorganizowaną grupą autobusem albo wynająć samochód i wybrać się tam na własną rękę. Obie opcje są drogie, ale jeśli samochód wynajmuje się w kilka osób, wychodzi nieco sensowniej. Stąd też wzięła się nasza grupa: Emily, Nico i Roman.
Półwysep jest spory, krótsza trasa to ponad 400 kilometrów, które trzeba przejechać powoli ze względu na pył, kamienie i biegające po drodze guanaco, z którymi zderzenia nie obejmuje ubezpieczenie. Warto się jednak pofatygować, bo półwysep jest po prostu fantastyczny. Słonie i lwy morskie, pingwiny, kormorany, wyżej wspomniane guanaco, ptaki nandu, orki i wiele więcej, a to wszystko w swoim naturalnym środowisku i na wolności. No i pancerniki żebrzące o jedzenie jak psy. Wiem, że to źle, bo oznacza to, że są ludzie, którzy faktycznie je karmią, ale tak czy inaczej nigdy nie widziałam pancernika z tak bliska.
W parku zostaliśmy na noc. Po drodze jest pewne miejsce, nieoficjalny kemping, gdzie można zatrzymać się za darmo. Roman i para z Francji mieli namioty. My, już nieco tradycyjnie, spędziliśmy noc w samochodzie. Rano pożegnaliśmy się z resztą, która postanowiła zostać na dłużej, oddaliśmy samochód i przesiedliśmy się znów do autobusu, wersję luksusową. Wersja luksusowa oznacza, że siedzenia przypominają fotele, rozkładają się bardziej niż w zwykłym autobusie i mają podnóżek. Do tego podczas podróży serwowane są posiłki i napoje. Do kolacji dają nawet wino, a potem można dostać jeszcze kawę albo szklankę whiskey.
Następny autobus, do którego wsiedliśmy po siedemnastu godzinach jazdy i półtorej godzinie czekania na dworcu w Río Gallegos, nie był już luksusowy. Nie był też zły, największą niedogodnością było to, że częściej z niego wysiadaliśmy, niż nim jechaliśmy. Żeby dotrzeć do miasta Ushuaia na Ziemi Ognistej, musieliśmy przejechać przez terytorium Chile, czyli w praktyce musieliśmy przekroczyć cztery granice, które przypomniały mi czasy, kiedy jeździliśmy na Ukrainę. Oprócz tego po drodze trzeba przesiąść się na prom, aby przekroczyć Cieśninę Magellana. Tu mieliśmy szczęście. Obok promu skakały delfiny czarnogłowe ubarwione zupełnie jak pandy.
Do celu dotarliśmy około 22:00, wymęczeni kilkudniowym maratonem, aby spędzić kolejne półtorej godziny na szukaniu noclegu. Ushuaia niezbyt pozytywnie zaskoczyła nas cenami, ale dopiero po półtorej godziny straciliśmy nadzieję na znalezienie czegoś kosztującego tyle, ile pożyczony przewodnik z 2010 roku twierdził, że kosztować powinien pokój. Nie najmilszy początek, ale, jak się później okazało, pobyt w Ushuaia wart był każdej wydanej na niego złotówki i całego tego zachodu, aby tutaj dotrzeć.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).