ENGLISH
ŚRODA, 23 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Nasz samolot z Denpasar do Darwin odlatywał o 22:40. Żeby dotrzeć na czas, ruszyliśmy z Gili Air o 7:00. I o mały włos byśmy się spóźnili.

Początkowo postanowiliśmy jechać sami. Jednak już na Lombok jednemu chłopakowi udało się namówić nas na bilet. Przekonał nas fakt, że w i tak dosyć sensowną cenę wliczone było odwiezienie na lotnisko, a nie jedynie do miasta, a o ten właśnie ostatni etap zazwyczaj najciężej się targować. Obiecał nam, że będziemy na miejscu o 17:00. Nawet doliczając do tego zwyczajowe 20–25% czasu ekstra, mieliśmy w zapasie kilka godzin.


Pierwszy spóźnił się prom z Bali. Zawinął do portu z około 40 minutami opóźnienia. Nie szkodzi. Wpuszczono nas na pokład, znaleźliśmy sobie przytulną ławkę i poszliśmy spać. Jak obudziliśmy się po półtorej godzinie, wciąż byliśmy w porcie. Nieco gorzej, ale wciąż bez tragedii.


Na Bali dotarliśmy około 18:30. Przepłynięcie 40 kilometrów zajęło nam ponad pięć godzin. Nasze lotnisko było po drugiej stronie wyspy, autobus, który miał nas zabrać, miał w planach objechanie wszystkich okolicznych miast, a dopiero na końcu zawiezienie nas do Denpasar. Szanse, że zdążymy na samolot, były bardzo marne. Nie pozostało nam nic innego, jak nieco naciągnąć rzeczywistość. Właścicielowi firmy przewozowej, który wyszedł odebrać nas w porcie, powiedzieliśmy, że nasz samolot odlatuje godzinę wcześniej. I zadziałało. Koleś sprężył się, wytrzasnął skądś jeepa i zawiózł nas prosto na lotnisko. Pod tym względem Indonezyjczycy są niezawodni.


W Denpasar skończyła się nasza podróż po Azji. Ostatni miesiąc spędzony w Indonezji był intensywny, choć i tak udało nam się zobaczyć jedynie połowę z tego, co zobaczyć byśmy chcieli. Najbardziej żal mi Papui. Nie mieliśmy realnej możliwości do niej dotrzeć. Loty na Papuę są nieregularne i mocno wykraczają poza nasz budżet. Poza tym trzeba mieć specjalne pozwolenia na wejście na każde terytorium i dużo czasu na transport, a sprawę dodatkowo utrudniał fakt, że w tym czasie na wyspie było niespokojnie. Jak to określił nasz znajomy Indonezyjczyk: „Odbywa się tam tradycyjna walka. Strzelają do siebie z łuków”. Papuę musimy zatem zostawić na przyszłość, prawdopodobnie na krystalizującą się już powoli Wyprawę Uzupełniającą, której głównym celem będzie odwiedzenie tego, czego nie udało nam się zobaczyć za pierwszym razem, chociaż było blisko.


Żal mi też nieco, że nie udało nam się poświęcić więcej czasu na naukę języków, w szczególności zaś właśnie indonezyjskiego, który jest najprostszym systemem, z jakim się do tej pory zetknęłam. Od teraz będziemy prawie wyłącznie w miejscach, w których mówią językami, jakie znamy. Ogranicza to możliwość podłapania nowych języków, ale daje w zamian coś, czego często brakowało nam w Azji – możliwość porozmawiania z ludźmi na innym poziomie niż klient–usługodawca. Wiele osób, które dopóki rozmowa kręci się wokół spraw zawodowych, posługuje się angielskim dosyć płynnie, gubi się, jeśli próbuje się przejść na głębsze tematy.


Z tego oraz wielu innych powodów, choć żal nam niektórych niespełnionych planów, ogólnie cieszymy się, że nasz czas w Azji się skończył. Było to ciekawe doświadczenie, które z czystym sumieniem możemy polecić każdemu, ale już czas na zmianę. A między Azją a Australią spodziewamy się przepaści.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl