Po Australii dobrze jeździ się stopem. Złapać okazję spróbowaliśmy po raz pierwszy w Cairns, gdy okazało się, że dojechanie do oddalonego o 70 kilometrów Port Douglas, skąd miał odebrać nas Tony, kosztowałoby nas w najlepszym wypadku 240 zł.
Najpierw zabrało nas dwóch Holendrów, żeby podrzucić nas do głównej drogi. Stamtąd wzięła nas młoda, dwudziestoletnia dziewczyna o nietypowej urodzie, będącej mieszanką cech matki urodzonej na Papui-Nowej Gwinei oraz ojca – włoskiego mafiozo (który, hołdując tradycji, trzyma w piwnicy różne nielegalne rzeczy i ma w zwyczaju śledzić swoje dzieci). Od tego czasu praktycznie nie poruszaliśmy się inaczej po okolicy niż stopem. Brak transportu publicznego i zawrotne ceny na istniejących trasach sprawiają, że zwyczajnie nie opłaca się nie mieć samochodu. Próbowaliśmy wynająć auto na kilka dni, ale zawsze coś stawało nam na drodze: a to Australian Day, święto narodowe, wszystkie wypożyczalnie pozamykane, a to nie mieli niczego na następny dzień, a to cena była nieproporcjonalnie wysoka w stosunku do odcinka, jaki chcieliśmy zrobić. Zostaliśmy więc przy stopie, na który nigdy nie przyszło nam czekać dłużej niż 10 minut. I całe szczęście, bo bez tego bylibyśmy nieco uwięzieni w miejscu, które na dwa tygodnie stało się naszym domem.
Tropical Fruit Winery znajduje się w Shannonvale, wiosce położonej 20 kilometrów od Port Douglas i 5 kilometrów od Mossman – najbliższego, złożonego praktycznie z jednej ulicy miasteczka. Winiarnię prowadzą Tony i Trudie – sympatyczna starsza para, traktująca wino jako coś pomiędzy hobby a sposobem na dorobienie sobie do emerytury. W praktyce wino robi jedynie Trudie. Ona też głównie zajmuje się przyjeżdżającymi do winiarni klientami. Działką Tony’ego jest marketing, co w przypadku ich niewielkiego interesu oznacza prawdopodobnie niewiele poza odebraniem od czasu do czasu kilku mailowych zamówień. Podejrzewam, że Tony po prostu wykorzystuje fakt, że Trudie nie ma pojęcia, jak włączyć komputer i jest to jedynie jego pretekst do przesiedzenia w spokoju połowy dnia w biurze.
W domu Tony’ego i Trudie mieszkają trzy psy: wielki, leniwy, śliniący się Buff, stary, wyleniały Tiger oraz energiczna, mająca zbytnie zamiłowanie do butów Missy, która podobno ma w sobie domieszkę psa dingo. Psom wolno wszystko i mają wstęp wszędzie z wyjątkiem winiarni. Dom składa się z sypialni oraz dużego salonu połączonego z otwartą kuchnią, z których roztacza się widok na ogród oraz pobliskie góry. Na dole znajduje się piwnica, biuro oraz miejsce, w którym nasi gospodarze przyjmują klientów na degustacje.
Do naszych obowiązków jako wolontariuszy należało wszystko, co związane jest z procesem produkcji wina, od prac ogródkowych przy owocach zaczynając, przez wyciskanie, butelkowanie, etykietowanie, a na eksperymentowaniu przy produkcji kończąc. Podczas naszego pobytu Trudie robiła akurat wino z jaboticaby, próbując uzyskać nieco mniej wytrawny efekt niż poprzednim razem, a, jak sama twierdzi, nie ma wyczucia do czerwonych win ani głowy do matematyki. Nam więc przypadło robienie obliczeń, próbowanie i ocena.
Oprócz czerwonego wytrawnego wina z jaboticaby Tony i Trudie mają w swoim asortymencie wytrawne wina z mango, ananasa, marakui oraz imbiru. Do tego dochodzi półsłodkie wino z mango oraz kilka odmian porto: waniliowe, czekoladowe, z czarnego sapote, mangostanu właściwego, jaboticaby, ananasa, limonki i pomarańczy. Wszystkie wysokiej jakości, nagradzane w konkursach, choć w mojej ocenie najlepiej wypadały wytrawne mango i imbir. Wśród port wygrywa czekolada.
Jako że w Shannonvale zatrzymaliśmy się na dłużej i zawczasu znaliśmy adres, rodziny postanowiły przysłać nam nieco spóźnione paczki świąteczne (jeszcze raz dziękujemy!:)). Powinny były one na nas czekać jeszcze zanim dotarliśmy na miejsce, poczta jednak się nie popisała. Paczka Petera doszła dwa dni przed naszym wyjazdem, moja – jakimś cudem na kilka godzin przed odlotem naszego samolotu do Sydney. Były w niej trzy książki. Dwie z nich miałam przeczytać w Shannonvale, a jedną zabrać ze sobą. W paczce do Petera był też prezent dla mnie. Oczywiście książka (a druga była dla niego). Mieliśmy do tego jeszcze trzy nasze, nieskończone. Tym sposobem w dalszą drogę pojechaliśmy każde z małą biblioteką w plecaku.
Za pracę w winiarni, oprócz wyżywienia, dostaliśmy dom w postaci przyczepy. Kwestię stanu, w jakim była przyczepa, przemilczę. Jest to druga z rzeczy, którymi zaskoczyła nas Australia. Upadło nasze wyobrażenie o jej sterylności. Mieszkania, w których byliśmy, samochody, którymi mieliśmy jechać, dalekie były od tego, czego się spodziewaliśmy (choć dalekie też od miejsc typu Indie). U Trudie i Tony’ego jedynym pomieszczeniem, w którym przyjemnie było przebywać, była winiarnia. Tam nie było do czego się przyczepić. Ale dom, nie wspominając już naszej przyczepy... No nic, zdziwiliśmy się tylko nieco.
Trzecią rzeczą jest sieć. Myśleliśmy, że w Australii będzie jak w Korei – gdziekolwiek nie usiądziesz, masz dziesięć szybkich, niezabezpieczonych połączeń. Co zastaliśmy? Nic. Gdziekolwiek nie usiądziesz – nic. Wi-fi działa jedynie przy kawiarenkach internetowych, gdzie za godzinę trzeba zapłacić nawet kilkadziesiąt złotych. Bierze się to stąd, że w Australii mają limit przesyłu danych. Jak dowiedzieliśmy się później, chodzi o to, że Australia była połączona ze światem jedynie dwoma przewodami, których nie można było zbytnio obciążyć. Problem należy do przeszłości, ale wiadomość o tym nie dotarła jeszcze na północ Australii. Z tego powodu przez dwa tygodnie, chociaż mieliśmy (dosyć niestabilne, ale zawsze) połączenie w winiarni, nie mogliśmy niczego ściągać ani niczego wrzucać do sieci.
W Shannonvale spędziliśmy dwa tygodnie. Pracę rozłożyliśmy sobie tak, aby na koniec zostały nam trzy pełne, wolne dni na obejrzenie okolicy. Była to, zupełnie przypadkowo, jedyna słuszna decyzja. Przez dziesięć dni każdego dnia padał ulewny, tropikalny deszcz, który naszego pierwszego wolnego dnia po prostu się skończył, ustępując miejsca pięknej, wakacyjnej pogodzie.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).