ENGLISH
ŚRODA, 23 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Ludzie na Tonga są masywni. Nawet nie wysocy ani nie grubi, ale właśnie masywni. Rozrośnięci w każdą stronę. Chodzą do tego pozawijani w plecione maty – element tradycyjnego stroju, najczęściej zakładany na noszone tak przez mężczyzn jak i przez kobiety długie spódnice – przez co wyglądają jeszcze bardziej masywnie. Czuję się przy nich jak dziecko.

Po drodze na Tonga mieliśmy przymusowy przystanek na Fidżi. Nie planowaliśmy zahaczać o tę wyspę, ale innej możliwości nie było. Ze względu na brak bezpośrednich połączeń trzeba było spędzić na Fidżi przynajmniej jedną noc. A skoro tak, to czemu nie skorzystać z okazji i nie obejrzeć sobie kolejnej wyspy? Zostaliśmy na dwie noce.


Na lotnisku w Nadi przywitała nas grupa muzyczna w koszulach w kwiaty. Odprawa graniczna trwała nieznośnie długo, niemało też zajęło nam dostanie się do miasta. Ostatecznie zakwaterowaliśmy się w Horizon Guesthouse.

Na Fidżi niewiele się dzieje poza sezonem. Jedyny pełny dzień, jaki mieliśmy do dyspozycji, spędziliśmy spokojnie na kajakach i w za ciepłym nawet jak na mój gust morzu, a następnego dnia o piątej rano byliśmy znów na lotnisku. Podróżowanie to kompletny brak rytmu jeśli chodzi o sen.

Tonga jest ostatnią monarchią na Pacyfiku. Wszystko, co się tu znajduje, należy do króla, obecnie Siaosi Tupou V. Generalnie ludzie lubią swojego króla, ale, głównie wśród młodych, coraz częściej pojawia się temat zmiany systemu na demokratyczny. W związku z tym w zeszłym roku po raz pierwszy na Tonga odbyły się wybory: siedemnastu z dwudziestu sześciu członków parlamentu zostało wybranych w demokratycznym głosowaniu. Resztę, tradycyjnie, wyznaczył król wraz z rodziną. Przez przypadek udało nam się nawet spotkać obecnego premiera i ministra zdrowia. Siedzieli sobie przed naszym guesthousem na wyspie Lifuka. Przyjechali omawiać sprawę odnowienia grobli łączącej Lifuka z najbliższą wyspą, Foa, no i zatrzymali się tam gdzie my, czyli w Evaloni, dysponującym sześcioma pokojami, tańszym z dwóch guesthouse’ów otwartych w tym czasie na Lifuka. Z okazji przyjazdu premiera rodzina prowadząca guesthouse przygotowała specjalną kolację – pizzę(!). Premier jednak nie był głodny, więc darmowa kolacja dostała się nam.


Wyspa Lifuka, na której spędziliśmy większość naszego czasu, należy do grupy około sześćdziesięciu wysp o wspólnej nazwie Ha’apai, która z kolei położona jest na północ od Tongatapu, na której wylądował nasz samolot. Prom z Tongatapu na Ha’pai kursuje dwa razy w tygodniu. Podróż miała zająć nam sześć godzin. Zamiast o północy jednak, na Lifuka wysiedliśmy o wpół do czwartej. Osoby, która miała na nas czekać, nie było, bo, jak się później dowiedzieliśmy, prom przypływający o północy jest zazwyczaj na miejscu o piątej, więc Tupou nieco się spóźniła.


Na Lifuka mieszka jakieś 2500 osób i dwa razy tyle świń. Co trzecim budynkiem na wyspie jest kościół. Ludność Tonga jest bardzo religijna. W jakiś tajemniczy sposób chrześcijaństwo zupełnie opanowało te wyspy. Należy pamiętać o tym, wybierając strój (wyjście na ulicę w zbytnio odsłaniającym ciało ubraniu jest wykroczeniem) i planując swój pobyt na wyspach (w niedzielę wszystko łącznie z lotniskiem będzie zamknięte). W radiu wiecznie puszczają psalmy. Mają do tego jeden niezbyt przyjemny dla turystów zwyczaj – codziennie o piątej rano ze wszystkich kościołów odzywają się dzwony i biją tyle czasu, aby nie było wątpliwości, że wszyscy mieszkańcy zostali obudzeni. Po kilku uderzeniach dzwonów dołączają się do nich ogłupiałe koguty, które nie przestają się przekrzykiwać przez przynajmniej dwadzieścia kolejnych minut.


Jako że religia jest tak ważnym elementem miejscowej kultury, nie pozostało nam nic innego jak wybrać się do kościoła. Tongijczycy mają dobry słuch i mocne głosy, a mając na wyspie niewiele do roboty, poświęcają sporo czasu na ćwiczenie się w śpiewaniu pieśni religijnych (najchętniej oczywiście o piątej nad ranem). Na mszy, na którą poszliśmy, przed każdą pieśnią na ołtarz wychodziła (na wszelki wypadek może do? Przed?) pani dyrygent. Można było odnieść wrażenie, że jest się na koncercie profesjonalnego chóru, a nie na zwykłym zgromadzeniu miejscowej ludności. Wizyta w jednym z tysiąca kościołów powinna być punktem obowiązkowym programu dla wszystkich odwiedzających Tonga.


Centrum kulturalnym Lifuka jest Mariner’s Café, mająca całe pięć stolików jedyna na wyspie kawiarenka, która obecnie jest również jedynym miejscem, gdzie można skorzystać z Internetu. Właścicielką Mariner’s Café jest Magdalena, Polka. Oprócz kawiarenki na wyspie jest pięć sklepów, wszystkie chińskie. Aż nie chciało nam się wierzyć. Taki musi być właśnie ich plan. Chińczycy opanują świat poprzez wciskające się we wszystkie kąty i mnożące jak grzyby po deszczu sklepy z tandetą.


Na Lifuku Chińczycy nie mają dużej konkurencji. Dzieje się tak między innymi dlatego, że miejscowej ludności sklepów otwierać się nie opłaca. Elementem ich kultury jest dzielenie się wszystkim z rodziną i przyjaciółmi. Właściciel sklepu powinien zatem dzielić się towarem z krewnymi i znajomymi, a, biorąc pod uwagę rozmiary wyspy, ciężko byłoby mu znaleźć kogoś nienależącego do żadnej z tych dwóch grup. Ba, w całej populacji Tongi nie jest łatwo znaleźć niespokrewnione i zupełnie nieznające się osoby. Na wszystkich wyspach królestwa mieszka raptem 106 000 osób.


Na Tonga nie ma rzek. Woda z kranu na Lifuka nie jest wprawdzie tak słona jak na Gili Air, ale też nie nadaje się do spożycia. Ludzie piją tu deszczówkę. W każdym gospodarstwie (lub w niemal każdym) znajduje się zbiornik na wodę deszczową. Niektóre z tych zbiorników, ciekawostka, ufundowane są przez UE. Brak słodkiej wody rekompensują nieco ciepłe i czyste wody Pacyfiku. Plaże Tonga są najpiękniejszymi, jakie do tej pory widzieliśmy. Są też najbardziej opuszczonymi. W ciągu tygodnia nie spotkaliśmy ani jednej osoby na żadnej z plaż, na których byliśmy. Zdajemy sobie sprawę, że to nie sezon, ale wiemy z pewnych źródeł, że i podczas sezonu sytuacja nie zmienia się dramatycznie.


Pobyt na Lifuka poza sezonem ma też swoje złe strony. Najbardziej odczuwalne jest to, że ponieważ nie ma turystów, z wyspy zabierają się też biali, którzy mieszkają tu w sezonie, czyli na przykład właściciele centrów nurkowych. Nie mieliśmy możliwości obejrzenia rafy, wypożyczenia kajaków, był problem ze znalezieniem rowerów, nie dostaliśmy się na Uoleva – sąsiednią wyspę zamieszkaną przez całe sześć osób, na której chcieliśmy spędzić kilka dni. Nie było komu nas zawieźć ani chociażby pokazać drogi, którą można przejść przy odpływie. Nawet jeśli poszlibyśmy sami – nie było dokąd, bo wszystkie trzy ośrodki na Uoleva były albo zamknięte, albo w trakcie odbudowy po ostatnim huraganie.


W związku z wyżej wymienionymi powodami wróciliśmy na Tongatapu dwa dni wcześniej niż zakładał to wstępny plan. Wypróbowaliśmy tym samym drugi z dwóch istniejących sposobów przedostania się pomiędzy Ha’apai a stolicą, mianowicie samolot. Polecieliśmy malutkim uroczym DC3, sześćdziesięciosześcioletnim samolotem oferującym miejsca dwudziestu ośmiu pasażerom. DC3 nie ma systemu ciśnieniowego, zmuszony jest tym samym do niskiego lotu, co pozwala pasażerom podziwiać bajeczne wysepki i piękne rafy. Jednym słowem – rewelacja.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl