SINGAPUR
Wróciliśmy do Couch Surfingu. Od dłuższego czasu jakoś nie wychodziło nam umawianie się z hostami. Po pierwsze, żeby móc się sensownie z kimś umówić, należy wiedzieć z kilkudniowym wyprzedzeniem gdzie i, mniej więcej, o której się będzie. Pisanie dzień wcześniej wieczorem, choć czasami przynosi pozytywne rezultaty, jest raczej w złym tonie. W większości wypadków nawet więc nie próbowaliśmy. Chcieliśmy umówić się z kimś w Indiach, ale, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, większość hostów ma na swoim profilu komentarz w stylu „a tak przy okazji to jestem przewodnikiem i za niewielką opłatą mogę ci pokazać miasto”. Biorąc pod uwagę, że ceny noclegów w południowej Azji są dosyć przystępne, zrezygnowaliśmy z szukania kogoś na siłę.
W Singapurze umówiliśmy się z Azharem. Okazało się, że nałożyło mu się kilka wizyt i oprócz nas w mieszkaniu było jeszcze czworo couch surferów. Wszyscy czworo z Polski. Azhar twierdził, że to żaden problem, miejsce się znajdzie. Zapomniał tylko zapytać o zdanie żony. Małe mieszkanie, dwójka dzieci, pomoc domowa mieszkająca z rodziną. Nic dziwnego, że Siti, która właśnie szykowała się do wyjazdu do Jordanii – swoich pierwszych od lat wakacji – nie była zachwycona. Mimo to przyjęła nas miło, ale mężowi prawdopodobnie konkretnie się oberwało.
Singapur to wielkie centrum handlowe. Sklep na sklepie, galeria na galerii. A wszystko to czyste i dobrze zorganizowane. Pierwsze miejsce od wielu tygodni, gdzie (wypolerowane na błysk) samochody zatrzymują się przed przejściem dla pieszych, a po ulicach nie walają się śmieci. Jest to też prawdopodobnie pierwsze miasto od wyjechania z Europy (choć muszę przyznać, że nie sprawdzaliśmy tego w każdym mieście), w którym istnieje coś takiego jak miejski transport nocny. Aż ciężko uwierzyć, że to wciąż Azja.
W Singapurze, na powierzchni nieco ponad 700 km kwadratowych, żyje ponad pięć milionów osób. Tłoku nie widać, bo większość ludzi mieszka piętrowo, w wysokich, najczęściej państwowych blokach, a nie jak w pozostałej części Azji w niskich segmentach. W jednym z takich właśnie bloków mieszkają Hazar i Siti.
To, co najbardziej podobało nam się w Singapurze, to bardzo tanie i nowoczesne centra sportowe. Za wejście na basen (dwa baseny olimpijskie, jeden kryty, drugi odkryty, zjeżdżalnie, brodziki etc.) w weekend i na nieograniczony czas, zapłaciliśmy jakieś 8 zł. Tak powinno być w każdym kraju.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).