Przed przyjazdem do Sokcho nie zdążyłam kupić kremu do opalania. I całe szczęście, byłaby jeszcze jedna rzecz do noszenia. Padać zaczęło już po drodze, pierwszego dnia naszego pobytu nad morzem padać przestało, a zaczęło lać. Uznaliśmy, że niemożliwe, żeby tak było przez całe pięć dni, szczególnie, że do tej pory przez długi czas było 40 stopni w cieniu.
Jeśli spośród tych miejsc, w których byliśmy do tej pory, mielibyśmy wybrać jedno, żeby w nim zamieszkać, bez wątpienia byłby to Seul. Miasto do razu po przylocie robi dobre wrażenie. Lotnisko znajduje się na wyspie, do samego Seulu trzeba trochę dojechać, można to zrobić doprowadzonym aż do wyspy metrem. Seul ma najlepszy system metra, jaki kiedykolwiek widzieliśmy.
W Korei dostaliśmy mnóstwo drobnych prezentów, prawie zawsze w postaci jedzenia. A to bakłażan od starszej pani sprzedającej warzywa, a to dodatkowe ciastko w piekarni, innym razem lody w „Family Mart” czy mrożoną kawę od właściciela kawiarni. Jak już mówiłam, Korea to jedno z najbardziej przyjaznych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy.
Pociąg dojeżdżał tylko do granicy, której z jakiś powodów nie można przekraczać na piechotę, musieliśmy zorganizować sobie jakiś transport na te 2 kilometry, które dzieliły nas od Chin. Najsensowniejsze okazało się najbardziej popularne rozwiązanie. Przy stacji kolejowej stoi pokaźna ilość łazów, których właściciele oferują przewóz przez granicę. Początkowo nie chciałam z nimi jechać.
Już z pewnej perspektywy. Generalnie rzecz biorąc kraj jest bardziej cywilizowany niż można się tego spodziewać po relacjach ludzi, którzy spędzili w nim trochę czasu. Fakt, to nie Europa, różnice da się znaleźć i bez większego zagłębiania się w kulturę i mentalność Rosjan, ale nie jest tak źle. Ludzie na ulicach wyglądają dosyć normalnie, są zazwyczaj czysto ubrani
Nasz czas w Mongolii powoli się koń- czy, w ciągu dwóch dni musimy dos- tać się do Pekinu. Od dwóch tygodni nie ma biletów, będziemy musieli trochę pokombinować. Prawdopodob- nie skończy się jakimś lokalnym po- ciągiem w okolice granicy, a potem samochodem, najpewniej z przemyt- nikami. Osobiście liczę na tych, na których trafili nasi znajomi z gerów: ich kierowcy przemycali cukierki.
Mongolia!:) Ludzie się uśmiechają (i chichoczą. Taka, zdaje się, azjatycka przypadłość), są mili i pomocni. Używają angielskiego, nawet znając trzy słowa. Miasto szare. Słyszałam opinię, że jest to najbrzydsza stolica na świecie. Pewnie racja, ale za to mają mnóstwo barów i kawiarenek, nie brakuje restauracji oferujących jedzenie z całego świata oraz najróżniejszych sklepów i sklepików.
Nierpa czyli bajkalska foka (nazwa rosyjska), obok omuła jeden z dwóch najbardziej znanych symboli Bajkału. Musieliśmy ją znaleźć. Jeśli nie ma się zbyt dużo czasu ani samochodu terenowego, jedynym sposobem obejrzenia wyspy jest wybranie się na zorganizowaną wycieczkę. Do busika wchodzi 8–10 osób, całość trwa jakieś 8h, kierowca wysadza grupę w co ciekawszych miejscach.
Zacznijmy od Irkucka, który miał być tylko noclegiem przed dotarciem do naszego właściwego celu. Na miejscu umówiliśmy się z Viktorią. Dziewczyna pochodzi z Jakucji. Z rodziną widzi się raz na rok, bo w jej miasteczku pa- nuje wieczna zmarzlina i nie można wybudować stacji kolejowej, a samo- loty są zbyt drogie, żeby tam latać częściej. Viktoria ma miesięcznego kotka, którego kupiła na bazarze.
Wjechaliśmy tylko nieco bardziej w głąb Rosji i już zaczęły się kłopoty. W Niżnym Nowogrodzie postanowiliśmy skorzystać z hostelu. W sieci nie bar- dzo dało się coś znaleźć, stwierdzi- liśmy, że znajdzie się na miejscu. Niestety, na stacji żadnych reklam, informacji, nikt o żadnym hos- telu/hotelu/pokojach do wynajęcia w ogóle nie słyszał. Zaczepiliśmy jakąś turystkę, która miała przewodnik.