ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

22 października, dziś mija setny dzień podróży. Jest to zarazem nasz pierwszy pełny dzień w Indiach. W ciągu 99 dni odwiedziliśmy 9 krajów, Indie są dziesiąte na naszej liście.

Do Gorakhpur trafiliśmy wczoraj wieczorem. Droga do Indii nie była prosta. Zaczęliśmy ją już w Kathmandu. Od granicy dzieliło nas nieco ponad 300 kilometrów, mogłoby się wydawać, że kilka godzin i jesteśmy. Ale nie tak to działa w tej części świata. Podróż zajęła nam trzy dni. Wstępnie liczyliśmy się z dwoma, rozdzielonymi nieco przymusowym noclegiem w Pokarze. Nie bardzo chcieliśmy spędzać zbyt wiele czasu w tej miejscowości. Pokara to takie nepalskie Yangshuo, czyli turyści, turyści i jeszcze raz turyści. Ma to też swoje dobre strony – jest względnie czysto i można skorzystać z atrakcji niedostępnych w mniej popularnych miejscach. Jako że mieliśmy serdecznie dość lokalnych autobusów, zdecydowaliśmy się na dodatkową noc, żeby poczekać na „autobus turystyczny”, czyli taki lepszej jakości, sami turyści, klimatyzacja etc. Autobus okazał się oszustwem, na dworcu czekał na nas zwykły, rozklekotany i świecący się od ozdóbek minibus, który nepalskim zwyczajem zapakowano po sam sufit.
Tak czy inaczej mieliśmy do dyspozycji jeden dodatkowy dzień w Nepalu. Na kajaki było już za późno, podło więc na paralotnie. Nawet pomimo nienajlepszej pogody warto było wydać na tę przyjemność całe zaoszczędzone na trekkingu pieniądze. Widok z góry jest po prostu fantastyczny.
„Autobus turystyczny” wysadził nas kilka kilometrów od granicy przy drodze do Lumbini, miejsca narodzin Buddy, które chcieliśmy jeszcze odwiedzić. Na samej granicy, na której znaleźliśmy się kilka godzin później, panuje kompletny chaos, jak mogliśmy się zresztą  spodziewać. Nikt nie pofatygował się, żeby obejrzeć nasze paszporty, nikt nas nawet nie zatrzymywał. Spokojnie przeszliśmy sobie na drugą stronę i wróciliśmy jeszcze raz do Nepalu, żeby poprosić o pieczątkę. Nie wzięliśmy jej od razu, bo kontrola graniczna wyglądała jak jakiś żart: ustawiony na poboczu z dala od drogi budynek przypominający wiejski sklep spożywczy z wypisaną na ścianie nazwą, żadnych instrukcji, kontroli, nic. To samo po stronie indyjskiej. Dla nas nawet lepiej, w ten sposób przynajmniej nie ma kolejek.

Na granicy okazało się, że w żadnym z pobliskich miast nie ma hoteli, najbliżej w Gorakhpur, tak w każdym razie twierdziła straż graniczna. Na szczęście nie musieliśmy sami sprawdzać, autobusy już nie jeździły, ale znalazł się jakiś jeep, który zabrał nas za rozsądną cenę. Dwanaście osób w środku, jedna na dachu, dwie uczepione tylnych drzwi. Przejechaliśmy tak kolejne sto kilometrów. Po „autobusie turystycznym” był to i tak luksus. Ciemną nocą dotarliśmy do Gorakhpur, najbardziej obskurnego miejsca, jakie w życiu widziałam.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl