ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

POZA MIASTEM

Przejażdżka konna po mongolskich wzgórzach to najfajniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła od wyjazdu z Warszawy. Przepiękne krajobrazy i niesamowity spokój. Pojechaliśmy we czwórkę: przewodnik (ani słowa po angielsku), para, którą poznaliśmy w autobusie (Włoch i Finka, która ma alergię na konie, więc jechała w okularkach pływacki, maseczce i rękawiczkach) no i ja. Petera musiałam zostawić w gerze. W nocy trochę się rozchorował, więcej czasu spędził w łazience niż w łóżku i nie miał siły na żadne wycieczki. Popołudniu czuł się już na tyle dobrze, że bez większych wyrzutów sumienia mogłam go zostawić na kilka godzin.

Spanie w gerze ma swoje uroki, ale tylko dopóki pali się ogień. Nie sposób całą noc siedzieć i dorzucać drzewa, kiedyś trzeba iść spać. A wtedy robi się zimno. Nie zimno jak latem w namiocie na Mazurach, ale zimno tak, że pomimo ubrań, śpiwora z jedwabną wkładką, kołdry i dwóch kocy nie idzie zasnąć. W dzień temperatura jest znośna, szczególnie w słońcu, ale to nie wystarczy, żeby nagrzać ziemię, a w namiocie w zasadzie nie ma żadnej izolacji. Ger wynajęliśmy od Berta, człowieka, którego poznaliśmy dzień wcześniej na dworcu. Potem okazało się, że to całkiem popularne miejsce wśród obcokrajowców, ale oznacza to około 12 osób na raz w kilku namiotach, a nie jak na Olcholnie, dwieście. Dojazd dosyć skomplikowany. Najpierw dwie godziny z Ulaanbaatar w zapchanym do granic możliwości autobusie, potem pół godziny drewnianym wozem. Na piechotę nie da rady, bo trzeba przeprawić się przez dwie rzeki, przez które nie ma mostów. Na przejażdżce również musieliśmy przekroczyć rzekę, ostrzeżono nas na początku, że do połowy uda będziemy mokrzy. Powiedziano nam także, cytuję: „Don’t leave your things outside, because the night cows will come and eat it”. I faktycznie, podczas jednej z wypraw do toalety, Peter spotkał krowę przeżuwającą czyjąś koszulkę. Oprócz krów, po obozie chodziły sobie psy, konie oraz wielka szara świnia. W okolicy było jeszcze kilka jaków. Generalnie rzecz biorąc bardzo udane dwa dni, szczególnie, że posiłki przygotowywane przez żonę Berta były rewelacyjne. Odczuwalna zmiana po Rosji.

Nasz czas w Mongolii powoli się kończy, w ciągu dwóch dni musimy dostać się do Pekinu. Od dwóch tygodni nie ma biletów, będziemy musieli trochę pokombinować. Prawdopodobnie skończy się jakimś lokalnym pociągiem w okolice granicy, a potem samochodem, najpewniej z jakimiś przemytnikami. Osobiście liczę na tych, na których trafili nasi znajomi z gerów: ich kierowcy przemycali cukierki. Tak, takie zwykłe cukierki.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl