ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Główne atrakcje, jakie ma do zaoferowania Port Douglas, związane są nie z samym miastem, ale z otaczającą je przyrodą. Najważniejszym punktem programu dla większości przyjezdnych jest Wielka Rafa Koralowa. Oprócz niej można tu odwiedzić kilka rezerwatów i parków, wybrać się na spacer po lesie deszczowym, a także na małą wyprawę łódką na poszukiwanie krokodyli. Postanowiliśmy spróbować wszystkiego po trochu.

Pierwsza była rafa. W Port Douglas swoje siedziby ma niezliczona ilość diving shops oferujących nurkowanie i snorkeling. Ceny we wszystkich są zawrotne, ale być w tym miejscu i nie zobaczyć rafy, byłoby grzechem. Najlepsze, co można zrobić, to darować sobie wszelkie rezerwacje i przyjść do portu około 7:30 w dniu, w którym chce się nurkować. Zniżki nie są może ogromne, ale przy tutejszych stawkach 10–15% to i tak kupa zaoszczędzonych pieniędzy. Centra trzymają cały sprzęt na swoich łodziach, nie ma więc obaw, że czegoś zabraknie czy że nie będzie odpowiedniego rozmiaru.


Nurkowanie w Port Douglas wygląda trochę inaczej niż to, do czego zdążyłam już nieco przywyknąć. Na rafę wypływają luksusowe łodzie wyposażone w łazienki i prysznice z gorącą wodą. W pokładowych barach serwowane są posiłki i napoje. Łodzie na raz zabierają nie kilku, jak do tej pory, ale kilkudziesięciu klientów, którym specjalnie do tego wyznaczona osoba z załogi robi w ciągu dnia zdjęcia. Pod koniec dnia sprzedawane są one za grube pieniądze.


Moja grupa liczyła w porywach osiem osób (w porywach, bo tylko raz zeszliśmy w pełnym składzie). Ze względu na występującą w tych okolicach box jellyfish (po polsku byłaby to chyba kostkomeduza), której poparzenia są dla człowieka śmiertelne, nurkuje się w zakrywających całe ciało kostiumach z lycry. W ciągu jednego dnia można zejść pod wodę trzy razy. I znowu – jest to najsensowniejsza opcja. Najdroższą częścią imprezy jest samo wypłynięcie na rafę, cena każdego kolejnego nurkowania jest już niemal nieodczuwalna.


Wielka Rafa Koralowa jest piękna, nie ma co do tego wątpliwości. Nie mogę jednak powiedzieć, żeby była czymś bardziej niesamowitym niż rafy w Tajlandii i Indonezji. Zwierzęta, jakie spotyka się tu najczęściej, zaliczają się raczej do małych. Z większych rzeczy natknęliśmy się raz na żółwia i dwa razy na rekiny (ja widziałam tylko pierwszego, drugiego – podobno ogromnego – nie zauważyłam, bo przepłynął mi za plecami, jak próbowałam robić zdjęcie jakiemuś błazenkowi).


Do bardzo udanych możemy zaliczyć wyprawę na Daintree River. Popłynęliśmy sporą łódką, na której nie było nikogo oprócz nas i przewodnika. Uroki bycia tu poza sezonem. Większość czasu przewodnik, ucieszony naszym zainteresowaniem, opowiadał nam o florze, o tym jak miejscowe rośliny radzą sobie z filtrowaniem słonej wody (i co by kto nie mówił – jest to fascynujące). Zwierząt nie widzieliśmy zbyt wielu, ale liczy się nie ilość, a jakość. Trafił nam się jeden kingfisher i trzy młode krokodyle: jeden roczny, pozostałe dwa około dwuletnie. Do małych krokodyli można podejść dosyć blisko. Dopóki nie dorosną, większość swojego czasu spędzają udając gałęzie. Taki kamuflaż chroni je przed drapieżnikami. Na młode krokodyle polują między innymi żółwie i większe ryby i to polują skutecznie, bo z 50–60 wykluwających się za jednym razem krokodyli zazwyczaj tylko jeden lub dwa dożywają dorosłości.


Godnym polecenia jest także odwiedzenie The Rainforest Habitat Wildlife Sanctuary. Jest to coś w stylu parku podzielonego na trzy części: las deszczowy, łąki oraz mokradła. W każdej części mieszkają zwierzęta typowe dla danego środowiska. Ogromnym plusem tego miejsca jest to, że zwierzaki nie są trzymane za kratami, ale chodzą sobie swobodnie po całym terenie. Można więc do nich podejść, obejrzeć je z bliska, dotknąć, a niektóre nawet nakarmić (co ciekawe, kaczki jedzą to samo, co kangury). Jest to rewelacyjne rozwiązanie, jeśli nie ma się kilku tygodni na samodzielne odkrywanie przyrody. Do tej pory widzieliśmy już wiele typowych australijskich zwierząt, głównie ptaków, nietoperzy i żab (których rechot w nocy w Shannonvale był tak głośny, że nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jestem na meczu piłki nożnej), ale wielu, jak na przykład koali, pewnie w ogóle byśmy nie zobaczyli, gdyby nie The Rainforest Habitat Wildlife Sanctuary.


Dwa słowa o ikonicznych dla Australii zwierzętach: kangurach i koala. W parku dowiedzielismy się, że wszystko to, co braliśmy za kangura, jest w rzeczywistości kilkoma różnymi gatunkami. Właściwe kangury to jedynie te największe, mniejsze i sympatyczniejsze z wyglądu to wallaby. Wcześniej widzieliśmy tylko jednego wallaby – martwego, koło drogi. Kangurowate są podobno dużym zagrożeniem dla kierowców. Głupieją na widok świateł i rzucają się prosto pod koła. Inna sprawa tyczy się jedzenia kangurów. Wydawało mi się, że to mit, a tymczasem kangury trzymane są w Australii na fermach, jak krowy. Jednego wieczoru (w swoją czterdziestą rocznicę ślubu) Trudie na kolację podała stek z kangura. Było mi tym ciężej, że taki stek musi być krwisty, bo zbytnio usmażone mięso robi się twarde. W smaku jednak był zupełnie niezły, coś pomiędzy wołowiną a wątróbką.


Koale z kolei są głupiutkie i uparte. Zdejmiesz takiego z drzewa – zdechnie z głodu, bo nie spróbuje zjeść niczego innego. Jeżeli ludzie przychodzą wyrąbywać las, koala się nie przesuną. Będą siedzieć i dalej udawać plamy światła (dlatego każdy koala ma na futrze unikatowy wzór z jaśniejszych plamek). Przez stulecia żyły sobie bezpiecznie i spokojnie dzięki przystosowaniu do warunków, których nikt inny nie chciał. Bardzo ucierpiały na kontakcie z białym człowiekiem.


W ciągu kilku zaledwie dni udało nam się obejrzeć większość tego, co było do obejrzenia w okolicach Port Douglas. Nasz czas w Australii powoli się kończy. Widzieliśmy już australijską przyrodę, wsie i mniejsze miasteczka, najwyższy czas na jakąś metropolię. Na trzy ostatnie dni w Australii lecimy więc do Sydney.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl