Lotnisko. Noc. Tbilisi. Pytamy się Iraklija, naszego przewodnika, doradcy, pomocnika oraz dobrego ducha naszej podróży do Gruzji: „Jak się wam powodzi? Spokojnie? Nie strzelają?”. „Strzelają” – odpowiada Iraklij. „Ale ruscy są pijani. Raczej nie trafiają” – ni to żartując, ni to mówiąc prawdę z uśmiechem na twarzy odpowiedział. Raczej żartował, jeszcze raz upewniliśmy się jakich manipulacji dopuszcza się oficjalny świat medialny. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że media alternatywne również często nie grzeszą obiektywnością.
Do Gruzji wyjechaliśmy 16 sierpnia, czyli prawie w samą rocznicę ubiegłorocznego konfliktu gruzińsko-osetyńsko-rosyjskiego. Media z całego świata bombardowały informacjami o coraz bardziej pogarszającej się sytuacji w regionie i groźbie nowego konfliktu z Rosją. Strony gruzińska i rosyjska nawzajem oskarżały się o prowokacje. To co na miejscu zobaczyliśmy w znaczny sposób odbiegało od obrazku, który codziennie można było oglądać w mediach. Przez trzy tygodnie naszego pobytu byliśmy w najbardziej bezpiecznym kraju dla przybysza z zewnątrz. Zwłaszcza jeśli chodzi o zwiedzających z Polski, Litwy czy Ukrainy. Nie wiem co na to miało wpływ: podróż w celu wsparcia Michaela Sakaszwillego dokonana przez naszych „mężów opatrznościowych” w ubiegłym roku, brak turystów czy tradycyjna gruzińska gościnność. Na każdym kroku, na każdym przystanku, w każdej miejscowości witano nas z najwyższymi honorami: obficie częstując piwem, winem i czaczą. A trzeba pamiętać, że wino jest kwintesencją Gruzji i mierzy się nie na litry, a na kilometry...
Echo wojny
Nie patrząc na względny spokój echa ubiegłorocznego konfliktu są głęboko odczuwalne w gruzińskiej świadomości. Gruzini mają wielki żal wobec swego „ex – starszego brata” za to, że faktycznie zaanektował 1/3 terytorium, które oni nadal uważają za składową część swego państwa. Dlatego godzinami mogą opowiadać o swojej supernowoczesnej armii, o swoim supernowoczesnym uzbrojeniu, o 14 zbitych rosyjskich samolotach, o niekompetencji dowództwa 58. rosyjskiej armii. Z wielkim szacunkiem wypowiadają się o ukraińskich i żydowskich wojskowych specjalistach, którzy doradzali gruzińskiej armii. Półgebkiem wspominają, że po ich stronie, walczyli również ochotnicze oddziały z krajów muzułmańskich. W niekończących się wywodach historycznych udowadniali nam, że na terytorium obecnej Abchazji czy Południowej Osetii jeszcze 100 lat temu żyli sami Gruzini, natomiast przesiedlenie Abchazów i Osetyńczyków było specjalną grą Kremla. Takie argumenty można usłyszeć w wielu zakątkach świata. Dobrym przykładem jest była Jugosławia. Zawsze dziwiła mnie taka argumentacja, bo liczy się przede wszystkim to co jest teraz, a nie kiedyś. Podobno Wielki Książę Witold poił konie w Morzu Czarnym, tylko jak to ma się do sytuacji obecnej...?
Duży żal Gruzini mają również do swoich zachodnich sojuszników. W powszechnym przekonaniu panuje pogląd, że zachodnie mocarstwa nic nie zrobiły, aby powstrzymać rosyjską agresję. „Sprzedali nas, podobnie jak was w 1939 roku” – ze smutkiem w głosie jak jeden mąż mówili nam spotkani Gruzini...
Gruzini są klasycznym przypadkiem narodu, któremu się nie powiodło. Mając wspaniały start: niegdyś jeden z najpotężniejszych krajów na Kaukazie, drugie państwo na świecie, które przyjęło chrześcijaństwo – już w średniowieczu zaczęło popadać w ruinę i w zależność od swoich sąsiadów: Turcji, Persji, Rosji. XX wiek również nie był przychylny temu krajowi. Mieńszewicki rząd w Tbilisi utrzymał się zaledwie przez kilka lat, aby w 1922 r. paść pod naciskiem Armii Czerwonej. Po rozpadzie Związku Radzieckiego również Gruzja pogrążyła się w wewnętrznych konfliktach, co na długie lata odrzuciło ją na margines światowego życia politycznego. W pewnym sensie gruzińska świadomość społeczna (mówię tutaj o ogóle, a nie o poszczególnych osobach) jest podobna do litewskiej czy polskiej. Lubią wspominać o „wielkiej Gruzji” od Morza Czarnego do Kaspijskiego i mają ogromny żal do wszystkich swoich sąsiadów o to, że odebrali im rdzenne, gruzińskie ziemie.
— Gdyby nie Rosja, to job ich mat’, zajęlibyśmy Abchazję w dwie godziny. Oni sami poproszą nas, abyśmy przyjęliśmy ich z powrotem. Tam przecież kwitnie pijaństwo i narkomania, naród się wyradza. U nas czegoś takiego nie ma — przekonywał nas na plaży w Urece przypadkowo spotkany weteran pierwszej wojny w Abchazji. Co prawda nieopodal w piasku znaleźliśmy wyrzucone strzykawki....
Kontrasty, kontrasty, kontrasty...
W Gruzji został zlikwidowany przegląd techniczny samochodów, dlatego na gruzińskich drogach można zobaczyć obok dobitych gratów (którym nawet w naszej mocno skorumpowanej części Europy za żadne łapówki nie pozwolono by poruszać się nawet po własnym podwórku) i samochody prosto z salonu. Oficjalnie 70 proc. ludności – to bezrobotni, przeciętna wypłata wynosi 100–120 lari (1 lari - to około 1,5 złotówki). Na pytanie jak z taką wypłatą im się udaje przeżyć (uwzględniając przy tym ceny, które są mniejsze od naszych, ale nie w rażący sposób), a bary i kawiarnie o każdej porze dnia i nocy są pełne, zawsze dostawaliśmy wymijającą odpowiedź: rodzina z prowincji pomaga jedzeniem, każdy ma jakąś działkę, na której hoduje warzywa, dużo pomaga diaspora z za granicy. Ostatnimi laty, bardzo dużo Gruzinów, podobnie jak Polaków czy Litwinów, udało się na emigrację zarobkową. Zwłaszcza duże skupiska Gruzinów są w Turcji i Grecji.
Podobnych kontrastów jest więcej, zwłaszcza w sferze obyczajowej. Gruzinki ubierają się, nawet na prowincji, jak najbardziej po europejsku: buty na szpilkach, miniówa, „krzyczący” makijaż. Jednak wszyscy nasi „przewodnicy” odradzali nam poznawanie się z nimi na ulicy. Bo obok może być ich brat lub ojciec, którego poglądy na „stosunki damsko-męskie” znacznie odbiegają od naszych. Zresztą w ogóle stosunek Gruzinów do kobiet znacznie odbiega od, na przykład, sąsiedniej Turcji. Gruzin raczej nie pozwoli na chamskie wypady wobec kobiety, co nie przeszkadza mu biec z kilometr za dziewczyną, na przemian proponując: wino, koniak i kolację.
O ile Tbilisi jest raczej miastem europejskim, z pewną dozą egzotyki, to na prowincji sprawy wyglądają zgoła inaczej. Na Kazbegi (najwyższy szczyt na Kaukazie) nadal jest czymś nagannym, kiedy kobieta publicznie pali. Żonę wybiera się z najbliższych okolic. Nadal cenione jest dziewictwo. Policja również jest formalnością. — Wszystkie konflikty rozstrzygają nasi najstarsi, patriarchowie rodów — wyznał w rozmowie z nami jeden z mieszkańców Kazbegi.
Więzi rodzinne nadal są bardzo silne w Gruzji. Po dojściu nowej ekipy do władzy, na wzór europejski zostały utworzone domy dziecka i domy starców, jednak zarówno sieroty jak i starców dopatruje rodzinna, a wymienione instytucje przeważnie świecą pustkami...
Reformy Saakaszwilego
Misza, w taki właśnie pieszczotliwy sposób Gruzini nazywają swego prezydenta, jest osobą raczej lubianą przez obywateli. Trudno stwierdzić jednoznacznie, ile w tym jest szczerości, a ile „wschodniego” poddaństwa wobec władcy. Pewny sceptycyzm wobec prezydenta można wyczuć tylko w stolicy. Zwłaszcza, że dla wielu nie spodobało się, że nie patrząc na problemy natury ekonomicznej Misza za grube miliony wybudował nową rezydencję prezydencką. — Za Miszy nareszcie coś ruszyło. Zaczęliśmy się podnosić, za kilka lat będzie u nas jak w Bułgarii czy Turcji — przekonywał nas Garik, obywatel gruziński i etniczny Ormianin, z którym wynajmowaliśmy wspólnie jedno mieszkanie w Batumi. Słowa Garika nie można traktować jako zwykłego pochlebstwa czy wazeliniarstwa, bądź co bądź jest Ormianinem. Nie patrząc na deklarowaną tolerancję Ormian w Gruzji się nie lubi. Ciągnie się to jeszcze z dawnych czasów, kiedy Ormianie w Gruzji byli warstwą bogatszą i bardziej wpływową niż rdzenna ludność. Poza tym Ormianie są postrzegani jako sojusznicy Rosjan.
Michael Saakaszwili jest typem o podwójnym obliczu: z jednej strony deklaracje o poszanowaniu zachodnich wartości, z drugiej – wschodni despotyzm. Z jednej strony – nagonka na opozycję i podejrzane zgony przeciwników politycznych. Z drugiej strony – radykalne i śmiałe reformy gospodarcze i społeczne.
Najbardziej słynna reforma dotyczy policji. Po dojściu do władzy rozpędził całą policję, prokuraturę i korpus sędziów, którzy byli całkowicie skorumpowani i powołał nowych. Obecnie policjant zarabia 300–400 lari, czyli kilkakrotnie więcej niż przeciętny mieszkaniec kraju. Takim sposobem Misza spowodował, że policjanci w Gruzji nie biorą łapówek. Gdy się złapie policjanta czy urzędnika państwowego na korupcji, to od razu sprawa trafia do sądu, a taki człowiek dostaje „wilczy bilet” do końca życia na pracę w sektorze państwowym. — Gruzja pod tym względem jest przeciwieństwem Armenii, gdzie bywam u rodziny kilka razy na rok. Tam wszystko jest przeżarte korupcją — opowiadał Garik.
Znacznie ułatwiło walkę z korupcją zniesienie przeglądu technicznego samochodów. Obowiązkowy przegląd ma tylko transport, który przewozi pasażerów. Prywatnie możesz jeździć na czym chcesz i jak chcesz. Dlatego w pierwszych dniach naszego pobytu przejście na drugą stronę ulicy wydawało się nam nie lada wyczynem. Kierowcy pędząc pod setkę, nocą nawet bez świateł, jeszcze ze 100 metrów przed przejściem wciskają klakson, aby przechodnie ustąpili im drogi. Co prawda nie dotyczy to krów. Krowy spokojnie chadzają po drodze, nawet w miastach, a kierowcy zwalniają bieg i je wymijają.
Radykalnie Misza rozprawił się też z bandytyzmem. Zwłaszcza w Swanetii, kiedyś jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów w Gruzji, dzisiaj pod względem bezpieczeństwa niczym nie wyróżniającym się na tle innych części kraju. Po tzw. rewolucji róż nowa ekipa wprowadziła tam wojska: kogoś aresztowano, wielu po prostu rozstrzelali, w ten sposób zaprowadzając „konstytucyjny porządek”.
Z jednej strony można zrozumieć ludzi, którzy pokładają w nim duże nadzieje. Saakaszwili dał pewną nadzieję na normalizację życia, na karierę, na spokój. Z drugiej widzimy w nim cechy typowego wschodniego despoty, dla którego najważniejsze są własne ambicje, niż nawet deklaratywne prawa człowieka.
Jeszcze nie „raj”
Wspomniałem na początku, że Gruzja dla turysty z Europy jest jednym z najbardziej bezpiecznych miejsc na świecie. Nie było to przesadą. Wracając po nocnym Batumi do siebie do mieszkania, nawet widząc jak miejscowa młodzież „wyjaśnia stosunki” za pomocą kamieni i pięści, można być spokojnym, że turysty nikt nie ruszy. Gość jest tu kimś świętym. Najbardziej nas zadziwił fakt, gdy spiesząc się na pociąg zatrzymaliśmy cały busik (najbardziej rozpowszechniony rodzaj transportu w Gruzji) jadący w zupełnie innym kierunku i w którym nie było dla nas wystarczającej liczby miejsc, i wszyscy pasażerowie wysiedli, ustąpiwszy nam miejsce, przy tym uśmiechając się i życząc nam szczęśliwej podróży.
Czasami, podróżując po Gruzji, odnosi się wrażenie, że nowe władze chcą uczynić z Gruzji państwo bardziej europejskie, niż sama Europa. Z czego czasami wychodzą ciekawe kurioza. Będąc w Akhaltsikhe, niedużym miasteczku na południu Gruzji, gdy zapytaliśmy o toaletę, odpowiedziano nam… idźcie do parku. Faktycznie w samym centrum miasta nieduży park zamieniono na jeden wielki, publiczny kibel.
Więc jeśli ktoś chce wybrać się do Gruzji, to najlepiej robić to jak najszybciej, aby zobaczyć autentyczny kraj. Za kilka lat na to będzie kolejny „turystyczny raj” na wzór Bułgarii czy Turcji z astronomicznymi cenami i nie najwyższych lotów obsługą.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).