PHNOM PENH
Phnom Penh to złe miasto.
W Phnom Penh strzelają.
W Phnom Penh rzucają cegłami w turystów.
W Phnom Penh złodzieje na motorach wyrywają kobietom torebki, niejednokrotnie ciągnąc za sobą ofiarę przez kilkadziesiąt metrów.
Tak oto przedstawiana jest stolica Kambodży w portalach i przewodnikach turystycznych. Choć z pewnością wszystkie powyższe stwierdzenia mają oparcie w faktach, osobiście nie spotkaliśmy się z żadnymi agresywnymi zachowaniami ze strony miejscowych. Żadnych też nie widzieliśmy. Tak czy inaczej, miasto nie wydało nam się szczególnie sympatyczne. Odrzucające też nie było. Zwykłe, azjatyckie, szare miasto, w którym największym zagrożeniem jest nie przestępczość, a ruch drogowy. W stolicy Kambodży w wypadkach drogowych giną setki osób. Ilość ta zmniejszyłaby się drastycznie, gdyby ludzie zaczęli używać chodników zgodnie z ich przeznaczeniem. Na dzień dzisiejszy służą one jako miejsce wystawiania towaru oraz parking. Przechodnie, chcąc nie chcąc, muszą chodzić po ruchliwych ulicach, po których każdy jeździ według swoich własnych zasad.
Do innych typowych dla Phnom Penh widoków można zaliczyć całe rodziny na skuterach (choć w zasadzie matka, ojciec i dwójka dzieci na jednym skuterze to widok typowy dla całej Azji) oraz ludzi chodzących po mieście w piżamach. Tak, takich zwykłych piżamach w misie i serduszka. Widzieliśmy to już wcześniej, ale nigdy na taką skalę. W Kratie wciąż myśleliśmy, że to taka trochę małomiasteczkowa moda. Ale nie. W stolicy piżamy są tak samo popularne, jak i na prowincji. W sumie to nie taki zły pomysł. Ubranie tanie, wygodne i przewiewne, czyli dobrze dobrane do miejscowych warunków. Może tylko na białych robić wrażenie siedzenia pod szpitalem.
Charakterystyczną cechą Kambodży jest też to, że w tym kraju je się absolutnie wszystko, co tylko można zjeść. Lokalnymi przysmakami są smażone włochate pająki oraz kacze embriony. Nie daliśmy się namówić.
W Phnom Penh są dwa miejsca na liście tzw. "must see", oba związane z reżimem Khmer Rouge. Pierwsze to więzienie S-21, dawna szkoła przerobiona w 1975 roku na największe w kraju więzienie, z którego, spośród ponad 14 000 przetrzymywanych i torturowanych osób, jedynie 8 wyszło żywych. Drugie – Pola Śmierci – to miejsce masowych mordów, gdzie obecnie znajduje się buddyjska stupa wypełniona czaszkami ofiar. Oba miejsca, niestety, przygotowane są w taki sposób, że gdybyśmy wcześniej nie przeczytali "First they killed my father", książki napisanej przez dziewczynę, która przeżyła czasy Czerwonych Khmerów, nie do końca wiedzielibyśmy, o czym mowa. Po raz kolejny nie rozumiemy, czemu Azjaci tak bardzo wzbraniają się przed korzystaniem z usług profesjonalnego tłumacza. Jeśli już wkłada się tyle wysiłku w przygotowanie tablic i materiałów, dotyczących w końcu najtragiczniejszego wydarzenia w historii kraju, można byłoby postarać się, aby przekaz był zrozumiały.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).