ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Patagonia chilijska nie ma jednoznacznie wyznaczonych granic. Kiedy wydawało nam się, że już na pewno wyjechaliśmy z tego regionu, natknęliśmy się raz na kolejny znak ”Patagonia Chilena” pod nazwą miejscowości. Sprawdziliśmy na mapach. Wersji faktycznie jest kilka. Z czego wynikają te różnice – nie mam zamiaru wnikać. Uznam po prostu, że skoro mieszkańcy danej miejscowości uważają się za Patagończyków, to znaczy to, że nimi są. Patagonia zatem, wedle naszych obserwacji, kończy się gdzieś na wysokości Valdivii i Coñaripe.

Granicę między argentyńską i chilijską częścią Patagonii, jeśli zapomnimy na chwilę o najbardziej na południe wysuniętym i dziwnie wyciętym kawałku Chile, stanowią Andy. Przekroczenia tej granicy nie da się nie zauważyć. W Argentynie dominuje pampa, jest wietrznie, sucho i pastelowo. Po drugiej stronie, zupełnie nagle, robi się szaro-zielono. Szaro, bo ciągle pada, zielono, bo ziemia jest żyzna i wydaje bogaty plon. Jak powiedział nam chilijski kierowca, który zabrał nas z Bariloche, jeśli zasadzisz tu ziarno, nie ma możliwości, żeby nie wyrosło.


Droga do Puerto Montt, pierwszego miejsca po tej stronie Andów, które odwiedziliśmy, była długa i męcząca. Do Bariloche dojechaliśmy o drugiej w nocy po piętnastu godzinach jazdy autobusem. Nie mieliśmy zamiaru zostawać w miasteczku, więc nie opłacało się o takiej godzinie szukać noclegu. Postanowiliśmy przeczekać do świtu, kiedy będzie można zacząć łapać stopa lub, jeśliby nie szło, wsiąść w jeden z autobusów, które zaczynały kursować przed ósmą rano. Noc przesiedzieliśmy więc na stacji benzynowej.


Stopem dojechaliśmy do Osorno, gdzie kierowca wsadził nas w autobus jadący do Puerto Montt. Dojechaliśmy szybko i zapłaciliśmy mało, bo, o czym wkrótce mieliśmy się przekonać, transport w Chile jest bardzo dobrze zorganizowany. Autobusy mają normalne ceny, jeżdżą często i dojeżdżają wszędzie.


Innymi dwoma wielkimi plusami Chile są jedzenie oraz kompletny brak turystów, przynajmniej w tej części kraju. Podobno przyjeżdża tu trochę ludzi w sezonie, ale poza sezonem nie ma nikogo. Widzieliśmy jednego, może dwóch obcokrajowców. Co do jedzenia – jest w czym wybierać. Najmilej zaskoczyły nas domowe wyroby. Niemal wszędzie można dostać prawdziwe masło, ser, konfitury, chleb pieczony w domu. Chleba w ogóle je się w Chile bardzo dużo i wiele osób robi go sama. Jest to w większości białe pieczywo w postaci przypominającej płaskie kajzerki, ale da radę znaleźć też coś ciemniejszego. Oprócz tego bardzo ucieszyły nas warzywa i owoce, które są tanie i wyglądają jak wyjęte z obrazka. Na każdym rogu ktoś sprzedaje pomidory, marchewkę, jabłka, maliny, truskawki (piękne, czerwone truskawki) i tysiąc innych rzeczy, które nie zawsze znamy. No i oczywiście są też winogrona. A skoro są winogrona, to jest i wino. Równie tanie jak owoce, o jakości chyba nie muszę nikogo przekonywać.


Kuchnia chilijska pod wieloma względami przypomina europejską, a nawet czasami wschodnioeuropejską. Je się tu dużo mięsa, najczęściej w postaci grillowanej lub pieczonej, ale raz trafiliśmy i na mielone. Do tego ziemniaki w dowolnej postaci (purée, frytki, pieczone, w majonezie) albo ryż oraz sałatka. Często na stole pojawiają się ryby (łosoś, morszczuk, sierra) i owoce morza oraz to, czego nie widziałam w Argentynie – zupy. Nie ma ich wiele. Najpopularniejsza jest cazuela, czyli rodzaj rosołu. Ją można dostać wszędzie. Inne propozycje zdarzają się rzadko, ale nie są niemożliwe do znalezienia. Raz udało nam się nawet dostać pomidorówkę.


W Chile, podobnie jak i w Argentynie, popularne są empanadas z różnymi nadzieniami. Istnieje też dulce de leche, tu nazywane manjar, ale wydaje się, że nie cieszy się takim uznaniem, jak u sąsiadów. Z najbardziej chilijskich akcentów należałoby wymienić aji – pikantny sos produkowany z miejscowej odmiany papryki.


W Puerto Montt zatrzymaliśmy się u Mercedes. Mercedes, podobnie jak wielu innych Chilijczyków, wynajmuje kilka pokoi w swoim własnym domu. Nie dotarliśmy jeszcze do stolicy, tam sytuacja z pewnością jest nieco inna, ale jak do tej pory niemal jedynym tańszym sposobem zakwaterowania są takie właśnie domy, nazywane hospedaje, recidencial, a czasami też hostel czy hotel. Najczęściej dzieli się w nich salon, kuchnię i łazienkę z właścicielami i innymi gośćmi. Pokoje bywają jedno-, dwu- i trzy-osobowe. Typowych hosteli z dormami nie widzieliśmy.


Po drodze z Puerto Montt do Valdivii zahaczyliśmy o Puerto Varas, sympatyczne, położone nad jeziorem Llanquihue miasteczko, w którym bardzo silnie zaznaczają się akcenty niemieckie. Imigranci z Niemiec trafili w te rejony po drugiej wojnie światowej i zaszczepili niektóre elementy swojej kultury. Dzięki temu dzisiaj można dostać tu niemieckie wypieki i dobre piwo. Niedaleko Valdivii położona jest słynna piwiarnia Kunstmann. Wybraliśmy się oczywiście na degustację.


W Valdivii przyjął nas do siebie Gabriel, mieszkający z czwórką znajomych, student anglistyki. Mieszkanie, a w zasadzie domek jednorodzinny, wygląda tak, jak wedle ogólnego wyobrażenia powinno wyglądać miejsce, w którym mieszka pięcioro studentów. Albo i gorzej. Zaskoczyła mnie wiadomość, że jednym z lokatorów jest dziewczyna. Ale Gabriel był chyba dumny z osiągniętego studenckiego efektu. Jako że trafiliśmy na weekend, pozostali rozjechali się po swoich domach. Oprócz naszego gospodarza w mieszkaniu był tylko mały, nieco dziki, przeuroczy kotek. Gabriel zaprezentował nam dwa lokalne specjały: koktajl „trzęsienie ziemi” oraz potrawę nazywaną „pijany ryż”. Pijany, bo gotowany z winem, a do ryżu trochę owoców morza i mięsa. „Trzęsienie ziemi” to z kolei napój złożony ze wszystkiego. Dwoma niezmiennymi elementami są wino i gałka lodów ananasowych, poza tym dodaje się do niego jakiś inny, mocny alkohol, sok, czego kto sobie zażyczy. Przykro mi, ale jak dla mnie jest to lepkie paskudztwo.


Z Valdivii pojechaliśmy szukać term, których jest w tej okolicy sporo, niemniej jednak, ponieważ sezon się już skończył, część z nich jest zamknięta albo nie oferuje już noclegu. Poza tym w Chile panuje straszliwa dezinformacja. Dowiedzieć się czegoś tak prostego jak to, gdzie możemy znaleźć lokalne termy, oferujące zakwaterowanie w sensownej cenie, okazało się skomplikowanym zadaniem. I że zwykli ludzie nie wiedzą, jestem w stanie zrozumieć, ale że w informacji turystycznej nie mają pojęcia, to już przegięcie. Jedna pani powiedziała nam, że nie ma term z zakwaterowaniem. Peter wskazał listę ośrodków oferujących drewniane domki i pokoje, która wisiała jej za plecami i zapytał, czy to dla ozdoby. „A no faktycznie, jakieś mają zakwaterowanie” – poprawiła się, ale więcej nie potrafiła powiedzieć. Kilka razy zdarzyło się, że w informacji powiedziano nam, że oni nie wiedzą, ale ci z biura w innym mieście może będą wiedzieć, więc powinniśmy pojechać tam i się zapytać. Sami nie wpadali na pomysł, że byłoby łatwiej i że w sumie po to są, i po to mają zapisane numery, żeby w takiej sytuacji zadzwonić do drugiego biura. No ale nic, czego szukaliśmy i tak w końcu znaleźliśmy.


Wybraliśmy termy w Liquiñe, małej wiosce oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów od najbliższego miasta. Do tańszych ośrodków nie dojeżdża autobus. Żeby się do nich dostać, trzeba poprosić kierowcę o wysadzenie przy mostku, a następnie przepłynąć rzekę małą łódeczką i przejść się kolejne dziesięć minut spacerem przez łąkę. Znajdują się tam trzy niewielkie ośrodki oferujące cabañas, czyli drewniane domki a la Mazury. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się na jeden z nich i wreszcie weszliśmy do basenu termalnego, zaczęło padać. A jak zaczęło, to już nie przestało. Trzeciego dnia straciliśmy nadzieję. Oprócz korzystania z basenów termalnych, sauny parowej i tinas, czyli indywidualnych wanien z wodą termalną, co oczywiście można robić także w czasie deszczu, mieliśmy ochotę na spacery po okolicznych górach. Ta część planu nam nie wyszła i jedynym dłuższym spacerem było przejście się w deszczu dwóch kilometrów dzielących termy Punulaf od najbliższej drogi. Łódką wrócić nie mogliśmy, bo poziom rzeki podniósł się za bardzo. No ale skoro znaleźliśmy te termy, to znaczy, że się da. Jedziemy zatem szukać kolejnej rzeczy, o której nikt nic nie wie. Poszukiwana: Fiesta de la Vendimia.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl