ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

PADANG
30 września 2009 roku Padang nawiedziło trzęsienie ziemi, którego skutki widoczne są po dzień dzisiejszy. W miejscu, gdzie miał znajdować się Spice Homestay, miejsce wybrane przez nas na tę jedną noc, którą mięliśmy spędzić w Padangu, znaleźliśmy ruiny. Większość przewodników nie uwzględnia jeszcze zmian na planie miasta po tej niedawnej tragedii. Jeśli ktoś planuje pobyt w Padangu, lepiej jest dobrze sprawdzić, czy wybrane miejsce nadal istnieje.

Nasz Spice Homestay na szczęście istniał. Po zawaleniu się pierwotnego budynku, hostel został przeniesiony na nowe miejsce, kilkaset metrów na zachód. W znalezieniu go pomogła nam rodzina, która siedziała nieopodal. Nie chciało im się męczyć z tłumaczeniem nam, jak do niego dojść, wsadzili nas więc na swoje skutery (ja pojechałam z matką, Péter z synem) i zawieźli na miejsce.


Ceny zakwaterowania w Padangu nie należą do najbardziej przystępnych. Spice Homestay też nie jest tani, ale w porównaniu z innymi opcjami wypada całkiem przyzwoicie. Poza tym, w przeciwieństwie do większości innych miejsc, które używają tej nazwy, jest to naprawdę „homestay”. Liczna rodzina właścicieli jest bardzo pomocna i sympatyczna, a w cenę noclegu wliczone jest domowe śniadanie.


Padang jako miasto zrobił na nas pozytywne wrażenie. Większość turystów traktuje to miejsce jedynie jako punkt wyjściowy do dalszych podróży po Sumatrze. Tak musieliśmy zrobić i my. Choć chętnie spędziłabym w nim jeszcze dzień lub dwa, jeśli chcieliśmy zdążyć na samolot z Medanu, który mieliśmy za kilka dni, a po drodze zobaczyć jeszcze trochę Sumatry, musieliśmy ruszać. Ale, jak to czasami w Azji bywa, nie ma tak łatwo.


Okazało się, że biletów na autobus do Parapat już nie ma. Ani na dzisiaj, ani na żaden z najbliższych kilku dni. Obeszliśmy kilka agencji turystycznych. Ktoś w końcu polecił nam pójście na coś w stylu prywatnego mini dworca autobusowego. Tam powiedziano nam, że bilety są. Dwa razy droższe niż te oficjalne, ale są, możemy jechać za godzinę. Super, poczekaliśmy.


Po półtorej godzinie przyjechał minibusik. Daliśmy upchnąć się do środka, bo myśleliśmy, że zabierze nas jedynie na prawdziwy dworzec. Obiecywano nam w końcu, że pojedziemy normalnym, dużym autobusem, wersja executive. Szybko okazało się, że nie, zapłaciliśmy kupę pieniędzy, żeby przez następne 17 godzin tłuc się tym starym, ciasnym busikiem. Zdążyliśmy wysiąść jeszcze w Padangu i zażądać zwrotu pieniędzy, które, niespodzianka, dostaliśmy bez większego problemu.


Po rozmowie z kilkoma innymi agencjami i otrzymaniu paru drogich ofert zawiezienia nas do Parapat, zdecydowaliśmy ostatecznie, że rozłożymy trasę na raty: najpierw pojedziemy do Bukittinggi, stamtąd dopiero nad jezioro Toba. To była słuszna decyzja.


KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl