WIERSZYNA
Dziesiątego sierpnia wyjechaliśmy z wyspy. Zostały nam trzy dni do opuszczenia Rosji. Wystarczająco czasu, żeby odwiedzić Wierszynę – polską wieś na Syberii. Z autobusem powrotnym mieliśmy tylko trochę problemu. Kierowca, pomimo że w całym autobusie było jakieś osiem osób, a w biurze sprzedającym bilety zapewniono nas o takiej możliwości, nie chciał pozwolić nam na zabranie naszych rzeczy do autobusu. Sztuczka polegała na tym, że – przy wydawaniu bagażu z luków bagażowych – kierowca żądał dodatkowej opłaty za przewóz toreb, która szła do jego kieszeni. Dlatego zapytany o powód, dlaczego plecaki nie mogą jechać z nami, zrobił się czerwony i zaczął krzyczeć (łącznie z groźbami, że wezwie milicję). W końcu to „jego” dodatkowe 200 rubli. Rzeczy ostatecznie pojechały z nami, ale sprawa trwała chwilę, a kierowca pozostał na nas obrażony, zdaje się, że nawet wybrał dłuższą trasę, żeby przypadkiem nie wysadzić nas w wiosce, do której jechaliśmy, ale kilka kilometrów dalej.
W Ust’-Ordyńskim spędziliśmy jedną noc. Było zbyt późno, żeby dostać się tam, gdzie chcieliśmy.
Jakiś Rosjanin podrzucił nas tylko do jedynej w okolicy noclegowni o całkiem przyzwoitym standardzie. W recepcji poinformowano nas, że w stronę Wierszyny jeździ jedna marszrutka dziennie. Zatrzymuje się wprawdzie we wcześniejszej miejscowości, ale to tylko 15 km od celu. Pierwsza wersja brzmiała: godzina 14:00. Za jakiś czas recepcjonistka zmieniła zdanie; sprawdziła jeszcze raz i marszrutka jedzie o 9:00. Ok, o 9:00 byliśmy na dworcu autobusowym (dumne określenie). Tu okazało się, że marszrutki w tym kierunku nie ma i nigdy nie było. Czas nas gonił, ze stopa w tym wypadku zrezygnowaliśmy. Wiemy już, że wcale nie działa on w Rosji aż tak dobrze, a prawdopodobieństwo, że ktoś jedzie z miejsca, w którym byliśmy do małej wioski, do której prowadzi jedna droga, było niewielkie. Zostało taxi. Za oficjalne krzyknęli sobie 1250 rubli. Dużo. Ale jak to zwykle w Rosji można było liczyć jeszcze na to nieoficjalne, które zazwyczaj samo się oferuje. Po krótkich negocjacjach zeszliśmy do 700 rubli. Kierowca, niemłody człowiek, sądząc po tatuażach były więzień, okazał się być bardzo wesołym człowiekiem. Samochód też niczego sobie.
W Wierszynie około 70% mieszkańców to Polacy, 20% – Ukraińcy i Białorusini, reszta to głównie Rosjanie. Na pierwszy rzut oka widać różnicę w porównaniu do typowo rosyjskich wsi. Nadal większość domów jest drewniana i skromna, ale za to zadbana. Wieś została założona równo sto lat temu (w lipcu obchodzono jubileusz), kiedy pierwsi Polacy przybyli tu w ramach programu zaludniania Syberii. W okolicy Irkucka nie brakuje potomków zesłańców syberyjskich, ale do Wierszyny ludzie przeprowadzili się dobrowolnie. We wsi jest Dom Polski i polski kościół, którym aktualnie opiekuje się ksiądz Karol (mieszkał kiedyś w Pruszkowie). Noc spędziliśmy na plebanii razem z grupą czterech innych osób z Kielc, która przyjechała po znajomości z nieco dłuższą i zapowiedzianą wizytą. Jednej z osób udało się to, co myślałam, że przydarzy się optymistycznie nastawionemu do czasu Peterowi. Po drodze, na jednym z dłuższych postojów, wysiadł z pociągu i, myśląc że ma 35 a nie 25 minut, nie wrócił na czas. Został w jakimś miasteczku w klapkach i koszulce, bez telefonu, ale na szczęście z paszportem. Trochę mu zajęło dojechanie do reszty.
Jedyną oficjalną możliwością dostania się z Wierszyny do Irkucka jest marszrutka ze wsi oddalonej o 5 km, która odjeżdża raz dziennie o 5:15. Nieludzkie, ale następnego dnia musieliśmy wyjechać z Rosji. Nasze paszporty były wciąż w ambasadzie mongolskiej otwartej tylko w określonych godzinach, a do granicy bądź co bądź daleko. Uznaliśmy, że jedziemy.
Obudziliśmy się o 3:00 i stwierdziliśmy, że leje. Podczas większego deszczu jedyna droga prowadząca do Wierszyny robi się nieprzejezdna. Kiepska perspektywa, ale brodzenie w błocie w czasie burzy i w zupełnych ciemnościach przez kilka kilometrów i ze wszystkimi rzeczami też nie było dobrą opcją, a my prawie nie spaliśmy od kilku nocy. Wróciliśmy więc na nasze maty.
Następnego dnia rano ruszyliśmy. Nie padało już, ale konkretne błoto pozostało. Po jakiś 7 km udało się nam złapać okazję. Para z sąsiedniej wsi podrzuciła nas spory kawałek do miejsca, z którego odchodziły busiki do Irkucka. W ambasadzie byliśmy o 15:00. Wydawanie paszportów do 13:00 (ale instytucja otwarta do 17:00 i obydwoje zapamiętaliśmy tę godzinę). Mongołowie na szczęście są bezstresowi. Bez żadnych pretensji i pytań stwierdzili „a, niby trochę późno, ale wchodźcie, zaraz znajdziemy wasze paszporty”. Załapaliśmy się na ostatni pociąg, którym mogliśmy względnie spokojnie i na czas wyjechać z Rosji, ale z dostaniem biletów nie było łatwo.
NIERPA
Czyli bajkalska foka (nazwa rosyjska), obok omuła jeden z dwóch najbardziej znanych symboli Bajkału. Musieliśmy ją znaleźć. Jeśli nie ma się zbyt dużo czasu ani samochodu terenowego, jedynym sposobem obejrzenia wyspy jest wybranie się na zorganizowaną wycieczkę. Do busika wchodzi 8–10 osób, całość trwa jakieś 8h, kierowca wysadza grupę w co ciekawszych miejscach. Po południu posiłek składający się z zupy rybnej. Do wyboru są także dłuższe wycieczki, zawierające między innymi kąpiel w gorącym jeziorze (maksymalnie 15 stopni), ale my zdecydowaliśmy się na najprostszą wersję, licząc na dużą ilość czasu niezorganizowanego. Busiki, których tu używają to prawdziwy cud techniki. Jeżdżą pod niemożliwymi kątami, w błocie, piasku, po głazach. No i niestety w grupach, może niedosłownie, ale na każdym postoju było ich zaparkowanych kilka. Porzuciliśmy już pomysł znalezienia nierpy, zwierzęta przyjazne, ale raczej nie siedzą tam, gdzie są ludzie. Okazało się, że niepotrzebnie. Na przedostatnim postoju, na najbardziej na północ wysuniętym krańcu Olcholnu, na głazie siedziała foka. Mamy dowód. Pewnie da się go podważyć, ale my nie mamy wątpliwości: ta czarna plama na zdjęciu to foka.
OLCHON
Olchon ma długość ponad 70 km. Jest trzecią co do wielkości wyspą na świcie otoczoną przez słodkie wody. Pod względem roślinności jest połączeniem tajgi i stepu, podobno gdzieś na wyspie znajduje się nawet mała pustynia. Od stuleci jest to miejsce burjackiego kultu, także Rosjanie wierzą, że wyspa jest pełna pozytywnej energii.
Faktycznie na Olchonie można odpocząć, o ile nie wybierze się Nikita Guesthouse, co niestety zrobiliśmy. Jako że na wyspę mieliśmy przeznaczone jedynie kilka dni, jechaliśmy tam w środku sezonu, a w sieci można znaleźć tylko jedno miejsce oferujące noclegi, postanowiliśmy trochę nietypowo zarezerwować sobie pokój. Nikita Guesthouse nie jest najtańszym hostelem na świecie, ale w cenę wliczone są trzy posiłki dziennie, do tego figuruje w przewodnikach takich jak Lonely Planet jako międzynarodowy hostel o dobrym standardzie. Stwierdziliśmy, że najwyższy czas spędzić trochę czasu w czystym miejscu, gdzie będzie można odpocząć nieco od rosyjskiego wyobrażenia o higienie, zrobić normalne pranie, wyspać się etc. Wiadomo, że sporo zależy od nastawienia, być może zbyt dużo oczekiwaliśmy. Brak bieżącej wody jest zrozumiały, przy ich klimacie instalowanie rur po prostu się nie opłaca (elektryczność mają dopiero od 2005 roku). Prysznice w drewnianych budkach na zewnątrz też nie są jeszcze niczym niezwykłym, tyle, że na początku poinformowano nas, że jest w nich ciepła woda. Spróbowaliśmy – jeden kurek, z prysznica leci coś, co na pewno nie jest ciepłe. Zapytaliśmy raz jeszcze w recepcji. Tak, ciepła woda jest. Zapytaliśmy, co rozumieją przez ciepłą wodę. „No, cieplejsza niż w Bajkale”. Bajkał ma 8–10 stopni. Ta w prysznicu miała około 12. Trudno. Każdej osobie przysługuje raz dziennie przez 20 minut darmowa bania, czyli drewniany pokój, w którym jest bojler i beczka z zimną wodą, miesza się je i wylewa na siebie. Całkiem miła rzecz. Obowiązują wcześniejsze zapisy. W tym samym budynku znajduje się bania płatna, czyli oprócz takiego pokoju obok jest sauna i pokój do odpoczynku. Około 50 zł za godzinę użytkowania, zapisy przynajmniej dzień wcześniej. Szkoda tylko, że nie informują klientów, że wersja z sauną jest tak naprawdę bezpłatna, trzeba zapłacić dopiero, jeśli chce się przekroczyć przydziałowe 20 minut. Nie szkodzi, zapłaciliśmy. Sauna była rewelacyjna i z pewnością nie było to 100 stopni, co było tym milsze, że w nocy na zewnątrz temperatura nie przekraczała pięciu.
Hostel oferował pranie, oczywiście płatne, z czego korzystał niemal każdy klient, bo bez dostępu do ciepłej wody ciężko samemu coś wyprać. Rzeczy wróciły mokre, pokryte małymi, białymi kłaczkami i śmierdzące starą wodą. Po zapachu jakiegokolwiek detergentu nie było ani śladu. Moja szmaciana torebka straciła kilka mniejszych części, większość koloru i nadawała się tylko do szycia. No nic, raz już robiliśmy tego typu pranie w Rosji, mogliśmy się tego spodziewać.
Prawdziwym przegięciem jest za to dostęp do sieci. Za bardzo miernej jakości WiFi trzeba zapłacić 20 zł dziennie. Do tego nie ma miejsca, w którym można po prostu usiąść i porozmawiać z ludźmi. W lecie codziennie mają około 200 osób z całego świata (w dużej części Hiszpanów), ale w zasadzie tylko się koło siebie przechodzi, jedynym miejscem, gdzie są jakieś stoliki, jest mała kawiarenka, działająca niezależnie od godzin wypisanych na drzwiach, ciasna, droga, z bardzo ograniczonym menu. Do tego papierowe ściany w pokojach. Nam trafiła się włoska wycieczka z jednej oraz Nikita – właściciel hotelu, który nie trzeźwiał i jak nie pokrzykiwał, to się krztusił, jak się nie krztusił, to spał i chrapał – z drugiej. O spokojnym wyspaniu się też musieliśmy zapomnieć. Jedyne, co ich ratuje, to jedzenie. Było zupełnie niezłe i przygotowywane z miejscowych produktów. Fakt, że codziennie podawano to samo, ale w ciągu trzech dni nie zdążyliśmy się znudzić.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).