ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Pierwszym, co musieliśmy zrobić w Australii, było przesiedzenie kilku godzin na lotnisku. Do Darwin dolecieliśmy około trzeciej nad ranem, a Amanda, z którą byliśmy umówieni na dwie noce, mogła przyjechać po nas dopiero o szóstej.

Amanda, jak i większość jej sąsiadów, mieszka w jednopoziomowym, wygodnym domku zbudowanym z drewnianych paneli (weatherboard). Tego typu domy, przypominające mocno stylem budownictwo amerykańskie, stawiane są na jakieś trzydzieści, czterdzieści lat. Jako że klimat nie wymaga od ludzi wiele więcej niż schronienia przed deszczem i insektami, mało kto inwestuje w prawdziwe domy z cegły. Takie rozwiązanie jest tanie i praktyczne, jednak domom z paneli brakuje duszy, a ściany grubości papieru nie dają zbyt wiele prywatności.


Na trzy dni i dwie noce zostaliśmy zakwaterowani w pokoju Amandy. Ona sama w tym czasie pilnowała domu znajomego, zostawiła nas więc ze swoją mamą i siostrą, wpadając jedynie od czasu do czasu w odwiedziny. Maskotką rodziny w tym kobiecym domu jest kilkuletni wąż, pyton. Dziewczyny karmią go zdechłymi myszami kupowanymi w sklepie zoologicznym. Żywych myszy on nie dostaje, bo żywa mysz mogłaby jeszcze wygrać i zabić biednego pytona.


Darwin to przyjemne miasto, choć nie ma tu niczego specjalnego. Miejscowi chwalą się bogatą historią, ale na Europejczykach trzy stuletnie budynki raczej nie robią dużego wrażenia. To, co naprawdę ściąga ludzi w te strony, to natura. W pobliżu Darwin znajduje się kilka dużych parków narodowych. Najpopularniejszy z nich – Kakadu Park – zajmuje powierzchnię 110 000 kilometrów kwadratowych. To więcej niż całe Węgry.


Jak do tej pory w Australii najbardziej podoba bam się wyposażenie sklepów. Można tu znaleźć większość – lepszej lub gorszej jakości – produktów europejskich, w tym polskie ogórki i kiełbasę oraz węgierskie salami. Przynajmniej na razie skończyły się dla nas czasy stołowania się po barach. I cieszy nas to. Zamiast kolejny raz jeść smażony ryż przy brudnym stoliku, możemy znaleźć przyjemny park z widokiem na morze (a parków tu nie brakuje) i zrobić sobie spokojny piknik. Wcześniej nie było z czego. W Darwin bez problemu można dostać choć odrobinę ciemniejszy chleb, ser oraz to, czego brakowało nam najbardziej – czerwone, wytrawne wino. Ogromna przyjemność po kilogramach ryżu i curry.


W Darwin największym zaskoczeniem byli dla nas ludzie. Nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym specjalnie, ale zawsze gdzieś z tyłu głowy żyło w nas wyobrażenie o Australii jako o kontynencie całkowicie opanowanym przez białych ludzi i zachodnią cywilizację. O rdzennej, australijskiej ludności myśleliśmy raczej w kategoriach osób wtopionych już w tę, bądź co bądź, nową dla tej części świata kulturę albo też jako o osobach żyjących z daleka od miast, w utworzonych na amerykańską modłę rezerwatach. Tymczasem Aborygeni tłumnie zamieszkują miasta, odróżniając się wciąż wyraźnie stylem bycia od białych. Ci, którzy wybrali tradycyjne życie, mieszkają w miejscach, do których białym często wstęp jest wzbroniony.


Rdzenna ludność australijska ma ciemną, brudnobrązową skórę i rysy niepodobne do niczego, z czym do tej pory się spotkaliśmy. Kobiety mają duże, okrągłe, nalane twarze i szerokie barki. Ich ciała zwężają się ku dołowi, dając europejskim oczom wrażenie nieproporcjonalności. Mężczyźni nie wypadają lepiej. Co tu dużo mówić – ciężko wśród nich znaleźć osobę ładną wedle naszych standardów. Chodzą do tego po mieście na bosaka, często pozawijani w kolorowe chusty i ubrania. Chociaż Aborygeni biorą udział w życiu społecznym białych, to, jak dowiedzieliśmy się od mamy Amandy, nauczycielki w lokalnej szkole, przychodzi im to z trudem. Żeby zmotywować ich do wysyłania dzieci do szkoły, rząd australijski zwyczajnie płaci im za to. Wywołuje to oczywiste niezadowolenie wśród nieco biedniejszych białych Australijczyków, którzy na edukację dziecka muszą zarobić. Największym problemem Aborygenów w tym narzuconym świecie nie jest jednak nieprzystosowanie do zachodniego modelu kształcenia, ale alkohol.


Australijskiej, rdzennej ludności, podobnie jak dużej części populacji azjatyckiej, brakuje enzymów trawiących alkohol. Nawet piwo jest dla nich silną, narkotyczną substancją, z czego korzystają, wykazując się brakiem umiaru. Podobno alkohol ich zabija, niszczy rodziny i kulturę. Nie są przy tym zazwyczaj groźni dla białych, jeśli stosują przemoc, to raczej między sobą.


Australia zaskoczyła nas jeszcze kilkoma rzeczami, które podczas wizyty w Darwin zaczęliśmy podejrzewać, a które znalazły potwierdzenie podczas kolejnych dwóch tygodni. Ale o tym już następnym razem.

Lead: Pierwszym, co musieliśmy zrobić w Australii, było przesiedzenie kilku godzin na lotnisku. Do Darwin dolecieliśmy około trzeciej nad ranem, a Amanda, z którą byliśmy umówieni na dwie noce, mogła przyjechać po nas dopiero o szóstej. Amanda, jak i większość jej sąsiadów, mieszka w jednopoziomowym, wygodnym domku zbudowanym z drewnianych paneli (weatherboard).

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl