Przez absolutnie niefortunne zrządzenie losu, w czasie zupełnie „nie na rękę”, „utknęłam” na trzy tygodnie w Dusznikach Zdroju, na ziemi kłodzkiej. Żeby był z tego pożytek, poza zdrowotnym, bo region ma dobry klimat, liczne źródła wód leczniczych i jest skupiskiem znanych w Polsce uzdrowisk, pobyt tam postanowiłam wykorzystać maksymalnie na zwiedzanie. Muszę przyznać, że czytając wszystko, co udało mi się zdobyć, znajdowałam coraz więcej miejsc w okolicach Dusznik, które warto odwiedzić. Już na miejscu każdy wieczór spędzałam na uzupełnianiu wiedzy o regionie, obmyślaniu trasy, a rano, najpóźniej przed południem, wyruszałam w drogę: pieszo, samochodem lub – tam, gdzie było najdalej, czyli do Adršpach – autobusem, bo ziemia kłodzka, położona na pograniczu, kusi również, żeby odwiedzić sąsiadów.
Zanim jednak rozpoczęłam zwiedzanie po czeskiej stronie, pierwszą wyprawę „zaliczyłam” po Dusznikach, na początku sprawiających wrażenie, jakby nic się w nich nie miało wydarzyć. Nic bardziej mylnego. Przede wszystkim jeszcze w ich granicach na każdym kroku odczuwa się, zwłaszcza przez osoby takie jak ja, czyli z monotonnego pojezierza, przenosiny w góry. Po pierwsze nieco we znaki dawał się ostry klimat. Pod koniec kwietnia zima nie ustępowała wiośnie i tak jak zwraca się uwagę na pierwszy śnieg, tu na pewno widziałam go po raz ostatni (w maju!). Wyjeżdżając też gdziekolwiek, „ćwiczyłam” ruszanie (dla mniej wprawnych kierowców „na ręcznym”) pod dość stromą górkę. Druga trudność, na szczęście do opanowania, to drogi, całkowicie podporządkowane ukształtowaniu terenu, czyli wbrew logice biegnące nie maksymalnie po prostej, ale jak główna ulica w Dusznikach z pierwszeństwem przejazdu, prześledziłam na znaku, jak jakaś pętelka. Praktyka, czyli jazda, zawsze kończyła się trąbieniem innych kierowców, co – przypuszczam – znaczyło: czemu jeszcze nie jedziesz, skoro masz pierwszeństwo albo czemu się wpychasz?! Mam pierwszeństwo!
Samochód samochodem i trzeba, na szczęście, kiedyś z niego wysiąść. Tu, czyli w górach, okazywało się, że wszędzie jest… pod górkę. Przekonałam się też, pytając góralki o drogę, że odległości i czas potrzebny na ich pokonywanie mają wymiar względny – inny dla miejscowych, inny dla turystów. Jedna z góralek stała pod Szczelińcem (ok. 7 km od Dusznik) przy kramie z pamiątkami i „straszyła” zwłaszcza tych mniej wprawnych we wspinaczce górskiej, że mają bite trzy godziny niezłego wysiłku. Na początku drogi ma się do pokonania 900 stromo wspinających się schodów. Te, ma się wrażenie, nigdy się nie skończą. Można uwierzyć w jej słowa, że lekko nie będzie. Na dodatek część Szczelińca została nazwana Piekłem, niezbyt zachęcające, bo nie wiadomo, czego jeszcze można się spodziewać. Z daleka Szczeliniec Wielki (wysokość 919 m) przypomina trochę stół (stąd nazwa Góry Stołowe), na miejscu przebija się przez bryłę skalną porozdzielaną mniej lub bardziej wąskimi szczelinami. Trzeba się przeciskać między nimi czasami nawet na kolanach. Osoby o nieco większej tuszy mogą tu nie mieć szans. Do tego w szczelinach, ciemnych i omszonych, gdzie zalegała spora warstwa śniegu, przenikało zimno i wilgoć.
Trasy od Karłowa (trzeba udać się w kierunku tej wsi z Dusznik) rozchodzące się w kierunku Błędnych Skał bądź Szczelińca Wielkiego przejeżdżałam kilka razy, zawsze zastanawiając się, co by było, gdyby na tak wąskiej i biegnącej nad przepaścią drodze, zaskoczył mnie samochód jadący z naprzeciwka. Dopiero po opuszczeniu ziemi kłodzkiej doczytałam, że obowiązuje tam ruch wahadłowy – o parzystej godzinie w te, a o nieparzystej we w tę, o czym zapewne informują znaki!
Wracając do góralek, jedną z nich pytałam o drogę w Międzygórzu, już po minięciu wodospadu Wilczki, stojąc przed Ogrodem Bajek, czyli jakieś 700 m n.p.m. Muszę przyznać, że trasa już dała mi nieźle do wiwatu, a z tego miejsca można podejść na Igliczną czyli jeszcze ponad 200 m pod górę. Góralka, która sprzedawała bilety, tę trasę, od której ja mało nie wyzionęłam ducha, pokonywała każdego dnia niemal w biegu, jak każdy kto spieszy się do pracy, nie zdołała mnie przekonać do dalszej trasy i z Iglicznej zrezygnowałam. Przy dobrej organizacji, po zwiedzeniu Międzygórza, można – jeszcze tego samego dnia – dojechać i zwiedzić Jaskinię Niedźwiedzią (ze stalaktytami i stalagmitami), o ile w porę zarezerwuje się bilety. Ja o tym nie pomyślałam, więc pozostała mi do zwiedzania, w drodze powrotnej, Bystrzyca Kłodzka.
Już na pierwszy rzut oka widać, że sporą część tutejszej społeczności stanowią Romowie. Ciemna oprawa twarzy, śniada cera, własny (wzorzysty) styl ubierania, widoczne zamiłowanie do złota i raczej chodzenie w grupie niż w pojedynkę nie pozostawiały wątpliwości. Trudno mi, raczej amatorowi niż znawcy, przesądzać o wpływach Romów na miejscową architekturę, a te na pewno tu są ze względu na wielopokoleniową ich obecność w mieście, ale znalazłam, na ile czas pozwolił, kilka urokliwych uliczek, zaułków prawie we włoskim stylu (bycia) z rozwieszonym na sznurach, a jakże, wypranym ubraniem. Uwagę przyciągają nie tylko obiekty – ratusz, stojąca przy nim fontanna św. Trójcy, kościół Michała Archanioła i liczne wiekowe kamieniczki – ale przede wszystkim detale wykończeniowe: freski, płaskorzeźby, ozdobne wykusze, rzeźbione barierki balkonowe, a nawet rzeźby, w tym nadbramowa dwóch aniołków (o barokowych brzuszkach) osadzonych w półkolistym załomie. Można je wypatrzyć, zmierzając ulicą Sienną pod numerem 22 i 22a. Cudeńko!
Jedna z wypraw przywiodła mnie do Czermnej; drogą z Dusznik na Kudowę Zdrój, którą – koniecznie trzeba wspomnieć – przecina stuletni wiadukt (7 km za Dusznikami, na wysokości Lewina Kłodzkiego), dzieło włoskich architektów, jeden z największych obiektów kolejowych w Polsce i jeden z najbardziej obfotografowanych. Wiadukt został zamknięty 3 marca ubiegłego roku. Mijając Lewin zawsze słyszy się dwie historie: o wiadukcie (tu przytaczane są robiące wrażenie wielkości) i o… Violtcie Villas, która się tu urodziła, a jej dom i całkiem niezły kawałek ziemi znajdują się w najbliższym sąsiedztwie wiaduktu. Wracając do Czermniej; wieś słynie nie tyle z kościoła, co ze stojącej przy nim kaplicy Czaszek. Wyłożenie jej ścian i ołtarza właśnie czaszkami i kośćmi (te pochodziły od ludzi, których zdziesiątkowała cholera i kaplica stała się ich zbiorową mogiłą) okazało się ciekawe dla współczesnych turystów. Przyjeżdżają tu masowo, a to z kolei rozkręciło lokalne biznesy na potrzeby turystyki. Zaledwie 200 m dalej przedsiębiorczy gospodarz stworzył Szlak Ginących Zawodów. Można na nim obejrzeć stare, wiejskie chałupy, wiatrak sprowadzony aż spod Sandomierza, można (za opłatą) wyrabiać gliniane garnki, szydełkować, a nawet upiec chleb. Nadrabiając jeszcze kilka kilometrów, do Pstrążnej, można zwiedzić skansen, na którym zgromadzono stare, wiejskie budynki. Trudno też nie zauważyć, że i w samej wsi zachowało się dawne budownictwo i nadal ma swoich użytkowników.
Kudowa Zdrój – tuż przed czeską granicą – to, jak większość tutejszych miejscowości, ośrodek sanatoryjny. Mnie przyciągnęła z innego powodu. Jest tu jedyne w swoim rodzaju Muzeum Bajek i, jak powiedziała mi pani kustosz, raczej… dla dorosłych. Dzieci mają niewyraźne miny, jakby ciągle pytały, o co tym rodzicom chodzi. Zgromadzono tu przybory szkolne, w tym, co szczególnie utkwiło mi w pamięci, temperówkę na żyletkę kształtem przypominającą gitarę, drewniane piórniki z góralskimi motywami. Na jednym z nich siedzi Plastuś (znany ze swojego Pamiętnika). Nie mogło też zabraknąć Elementarza Falskiego. Są tu lalki z całego świata (rosyjskie, japońskie, meksykańskie, andaluzyjskie itd.), miniaturowe domki, kilku świętych Mikołajów, drewniane klocki, wózki dla lalek, dla nich kołyski. Jest też pomieszczenie, w którym odtworzono klasę szkolną.
Niezłym pomysłem marketingowym, zachęcającym do zwiedzania regionu, jest Paszport Hrabstwa Kłodzkiego dostępny w większości punktów Informacji Turystycznej. W paszporcie wymienione są największe atrakcje regionu, w tym czeski Adršpach – „zaliczenie” ich, potwierdzone pieczątką, może przynieść nagrodę!
Będąc tutaj, faktycznie nie można ominąć Adršpaskich Skał, leżących na Wyżynie Broumovskiej (tak nazywane są Góry Stołowe w zachodniej części). Otrzymały one takie formy, że nazywa się je nie inaczej jak skalnym miastem. To skupisko piaskowcowych skał i głazów. Tworzą one ogromne ściany podzielone przez erozję na baszty, szczeliny i tunele. Chodzi się tu, a na niektórych odcinkach nawet przedziera, wąskimi przejściami. Tabliczki umieszczone na nich zawierają wszystkie nazwy. Łączy je jedno – nawiązanie do konkretnych kształtów i obrazów, ale tu przydaje się własna fantazja. Jako pierwsze wyłania się coś, co – wypisz, wymaluj – przypomina kształtem… dzban (Džbán). Potem Głowa Cukru (Homole Cukru). Wysokość tej skały liczy się na 52 m. Wierzchołek ma 13 m obwodu, a podstawa 3 m. Cała skała waży około 40000 kg. Każdy ma prawo do oceny, jak bardzo ich nazwy są adekwatne do formy. Śledź, wąski u podstawy, sprawia wrażenie jakby stał na… ogonie, dlatego przechodnie dostawiają pod nim patyki, żeby się nie przewrócił. W przewodniku Kindla można znaleźć opis: „Patrząc na Głowę Cukru ma się wrażenie, jakby się przechylała i miała za chwilę upaść, dlatego wielu bojaźliwie przechodzi obok, bojąc się jej upadku. Jest to jedynie złudzenie – upłynie wiele stuleci zanim ten malowniczy olbrzym się przewróci”.
Ranking atrakcji paszportu częściowo pokrywa się z moim. Nie można pominąć Zieleńca (między Dusznikami a Lewinem Kłodzkim) z najwyżej położoną stacją narciarską w Polsce i przepięknym, neogotyckim kościołem św. Anny, Kłodzka z ogromną twierdzą, uzdrowiska w Polanicy Zdroju i mijanych po drodze do niej Wambierzyc z przeogromną bazyliką. Moją uwagę zwróciła jednak wambierzycka, bożonarodzeniowa szopka, dzieło ponaddwudziestoletnie Wettingów ojca i syna. To nie tylko jedna szopka, przedstawiająca scenkę tuż po narodzeniu Jezusa, ale ciąg szopek o różnej tematyce i w różnych stylach. W jednej widać pracę kopalni, w której, zanim osiadł w Wambierzycach, pracował twórca szopki, inna to obrazek z górniczej potańcówki. Już samo wykonanie postaci budzi zachwyt, a trzeba jeszcze dodać, że szopki są ruchome.
Duszniki są dobrym miejscem, żeby zajrzeć do sąsiadów. Granicę, zupełnie nieodczuwalną, drogą stanowiącą bardziej dobrze przygotowaną ścieżkę rowerową, można minąć za Lewinem Kłodzkim. Zaraz po minięciu miejscowości, w lesie za kapliczką bardzo tu popularnego Jana Nepomucena, stoją kamienne stacje Drogi Krzyżowej. Podobną można zobaczyć w czeskim Dešstne, należącym do Krainy Kasieńki, przez którą podróż można rozpocząć w Olešnicy, zaraz za Lewinem. Olešniczanie, podobnie jak wambierzyczanie, mają swoją drewnianą szopkę. W zasadzie można ją zobaczyć w każdy dzień. Jeśli na drzwiach ratusza, gdzie ją ustawiono, będzie napisane „zamknięte”, wejście „załatwi” miły Czech prowadzący miejscową Informację Turystyczną. To jego krewny, przed wojną, podjął się wykonania tej monumentalnej szopki. Dzieła w pełni nie dokończył. Olešnica, najbliżej położona granicy, rozpoczyna trasę przez Krainę Kasieńki. Zwiedzanie jej z paszportem (26 CzK), podobnym jaki rozdaje się na ziemi kłodzkiej, przy krótszym pobycie jest praktycznie niemożliwe, chyba że ktoś ma przyjemność w samym tylko podróżowaniu samochodem. Można wyruszyć przez Zieleniec do Deštné v Orlických Horách przez Sedloňov na Olešnicy kończąc. Bardzo spokojna trasa, może nie o najlepszych drogach, ale można na niej podziwiać urokliwe kościoły, przydrożne religijne figurki, mosty, stare, nieźle zachowane, sudeckie chaty i w całej okazałości Góry Orlickie. Na patronkę tej krainy Czesi wybrali Kasieńkę. Nie wiem, jaki naprawdę ma ona charakter, od miejscowych słyszałam, że niełatwy, tak jak na góralkę przystało, ale poskromioną, w postaci figurki, można zdobyć okazując pewną ilość pieczątek w paszporcie. Inna legendarna postać Sudetów przychodzi mi w tym miejscu na myśl – Liczyrzepa, który rządzi (wyobraźnią) w górach po polskiej stronie. Najbardziej kojarzony jest ze Szczelińcem. Mówi się, że czasami pomaga, a czasami przeszkadza. Jeśli coś się nie uda, jest na kogo poprzeklinać. W każdym razie ja zachęcam do bycia bardziej skorym do okazywania wdzięczności, tu gdzie czyha wiele niebezpieczeństw, choć region ma tyle uroku, że na pewno można na nim przeżyć najpiękniejszą podróż życia.
Na zdjęciach: 1) w okolicach Międzygórza – krajobraz z Igliczną, 2-6) Duszniki, w tym sanatorium „Jan Kazimierz”, zwane po prostu „Kazikiem” z widokiem na… dworek Chopina. 12-letni Chopin był kuracjuszem w Dusznikach, dał tu jeden koncert charytatywny, a duszniczanie „rozdmuchali” to wydarzenie do niesamowitych rozmiarów; papiernia – dziś muzeum, kościół z amboną w formie wieloryba, 7-9) Szczeliniec, 10) Międzygórze, 11) krajobraz w okolicach Międzygórza, 12-14) Bystrzyca Kłodzka, 15) kościół i kaplica w Czermnej, 16) Pstrążna, 17) wiadukt w Lewinie Kłodzkim, 18) pijalnia wód w Polanicy Zdroju, 19-21) Wambierzyce, 22) kościół św. Anny w Zieleńcu, 23) Olešnica, 24) Deštné v Orlických Horách, 25) Sedloňov, 26-27) m.in. Plastuś w Muzeum Bajek, 28-33) Adršpaskie Skały
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).