MUMBAJ
Jakoś tak nam się układa, że w każdym kraju trafiamy na święto narodowe. Tym razem to Diwali, święto światła. Oficjalnie obchody trwają pięć dni, ale Hindusi potrafią zrobić z tego i miesiąc. Ktoś powiedział nam, że święto trwa dopóty, dopóki nie obdaruje się wszystkich krewnych i sąsiadów słodyczami. Przy hinduskim zorganizowaniu może to trwać wieki.
W pewnym sensie świętem dla Indii był też przyjazd Baracka Obamy. O ile Diwali nie powstrzymało Hindusów od otwierania sklepów i prowadzenia interesów, o tyle przyjazd amerykańskiego prezydenta już tak. Obama pojawił się w Mumbaju prawie równo z nami i został ulokowany jakiś kilometr od hotelu, który wybraliśmy. Dwa dni wszystko w okolicy było zamknięte, łącznie z głównymi atrakcjami typu Brama Indyjska. Idealnie jak na nasz trzydniowy pobyt. Nie zdziwiła nas też informacja, że większość miejsc jest zamknięta w poniedziałki. Trzeci z trzech dni w Mumbaju był właśnie poniedziałkiem.
Mówi się trudno. Zazwyczaj nie mamy problemów ze znalezieniem sobie zajęcia, tym razem nie było inaczej. Umówiliśmy się z Tauseefem na Slum Tour, czyli wycieczkę po największych indyjskich slumsach, tych samych, w których kręcono „Slum doga”.
Slum Tour jest inicjatywą studencką, z której dochód trafia do miejscowej społeczności. Głównymi założeniami projektu jest stworzenie miejsc pracy dla uczącej się młodzieży oraz podniesienie świadomości obcokrajowców o tym, czym zajmują się ludzie mieszkający w slumsach. A czym konkretnie?
Slumsy, ku naszemu zaskoczeniu, to przede wszystkim wielkie centrum recyklingu. Po zobaczeniu ton śmieci, walających się po ulicach, straciliśmy wszelką nadzieję, że ktoś w tym kraju wpadł na pomysł powtórnego wykorzystania surowców. A tu proszę, miła niespodzianka. W barakach ludzie trzymają przestarzały, ale wciąż profesjonalny sprzęt do przerobu papieru, plastiku, metalu etc. Oprowadzenie po tej części slumsów było pierwszą częścią wycieczki. Tauseef zabrał nas następnie do części mieszkalnej. Ludzie żyją tu w niesamowitym ścisku: ponad pół miliona osób na kilometr kwadratowy! Wąskie uliczki, ciasne przejścia, trzeba uważać na głowę. Wykorzystuje się więc każdą możliwą przestrzeń. Sporo ludzi, głównie dzieci, przesiaduje na dachach.
Z części mieszkalnej przeszliśmy do części fabrycznej. Czyli już nie odzyskiwanie, a produkcja. Tauseef stwierdził, że slumsy są niemal samowystarczalne. Czegokolwiek byś sobie nie zażyczył, ktoś na pewno to tu wytwarza. I faktycznie, mają tu wszystko, od chleba i ciastek, przez hinduskie ołtarzyki (te robią muzułmanie), ubrania, w tym te wysyłane później za granicę, torby i farby aż do biżuterii i mebli. W slumsach mają swój własny szpital i szkoły.
Slum Tour zajął nam większość dnia. Tauseef, obecnie student matematyki, podszedł do sprawy sumienne i profesjonalnie, z czym w Indiach nie spotkaliśmy się za bardzo do tej pory. Sam wychował się w slumsach, chodził do jednej z tutejszych szkół. Zna bardzo dużo osób w okolicy, dzięki temu mogliśmy wejść do warsztatów i domów, porozmawiać z ludźmi. Generalnie prosi się odwiedzających o nierobienie zdjęć, z tego względu wyciągnęliśmy aparat jedynie kilkakrotnie, na wyraźne życzenie osoby fotografowanej lub sygnał ze strony Tauseefa, że w tym miejscu wolno. Slum Tour możemy polecić z czystym sumieniem, dla zainteresowanych dalsze informacje na www.bethelocaltoursandtravels.com
Na liście rzeczy, których nie udało nam się zobaczyć w Mumbaju, jest Bollywood. Samemu nie można do niego wejść, zorganizowane wycieczki są niemożliwie drogie. Najsensowniejszym sposobem obejrzenia Bollywood jest zostanie statystą w jednym z filmów. Dostaliśmy propozycję takiej pracy i przyjęlibyśmy ją, gdyby nie godziny, których nie mogliśmy pogodzić z innymi naszymi planami. W Mumbaju jakoś nie mieliśmy szczęścia. Jedno przynajmniej nam się udało – spotkanie z Mikiem, kolegą Petera, z którym pracowali razem w The British School w Warszawie. Mike przyniósł ze sobą coś, na co Peter czekał już od dłuższego czasu – paczkę od przyjaciela, Gábora. A w paczce butelkę dobrej węgierskiej palinki domowej roboty.
Prosto ze spotkania z Mikiem pojechaliśmy na lotnisko.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).