MOSKWA
Sama Moskwa liczy sobie tyle mieszkańców co całe Węgry. Aglomeracja moskiewska ma ich prawie o połowę więcej. W Petersburgu nasłuchaliśmy się historii o tym, jakie to zatłoczone miasto, że do drzwi do pociągu metra ustawiają się kolejki, a ulice są tak zakorkowane, że ludzie niemalże żyją w swoich samochodach, bo nie opłaca im się wracać do domu. Niczego takiego nie zobaczyliśmy, miasto było wręcz wyludnione. Podobno winę za ten stan rzeczy ponoszą upały, które, trzeba przyznać, są dosyć nieznośne. Chwilami dochodzi do czterdziestu stopni w cieniu, a noc niewiele zmienia.
Na Moskwę przeznaczyliśmy trzy dni. Mieszkania (a w zasadzie drewnianego domku na obrzeżach miasta) użyczyli nam Lila i Sergiej, znalezieni oczywiście przez Couch Serfing. Sami niedawno wrócili z siedmiomiesięcznej podróży po Azji.
Pierwszy dzień spędziliśmy spokojnie, prawie nie ruszając się z domu. Odespaliśmy pociąg, ugotowaliśmy kolację, kupiliśmy wino i do późnej nocy siedzieliśmy z naszymi gospodarzami. Drugi dzień już nico bardziej turystycznie, ale bez pośpiechu. Próbowaliśmy zgubić się w mieście, wsiadając na chybił-trafił do różnych linii metra i wysiadając na przypadkowych stacjach, ale jakoś zawsze w końcu trafialiśmy na turystyczne atrakcje, pod którymi stały grupy azjatyckich turystów z nieodłącznymi parasolami. Kreml zostawiliśmy na ostatni dzień. Szczerze mówiąc, nie zachwycił nas on zbytnio, tak samo jak pomysł, żeby - za samo wejście na jego teren - trzeba było aż tyle płacić. Muzea czy wystawy to co innego, ale spacer po czymś w stylu starówki za prawie 40 zł to przesada. Milsza była wizyta w muzeum Bułhakowa. Zaprowadziła nas do niego młoda Rosjanka, wracająca z szampanem w ręku ze ślubu koleżanki. Wyglądało na to, że wcześniej wypiła go trochę. Opowiedziała nam o rosyjskiej czekoladowej wróżce, o której pisała pracę dyplomową (a myślałam, że ja miałam głupi temat) oraz o tradycyjnym rosyjskim weselu. Wedle przesądu, jeśli goście podczas imprezy nie dadzą sobie konkretnie po ryju, to młodemu małżeństwu nie będzie się w przyszłości powodzić. A przynajmniej tak jest w regionach, z których nasza przewodniczka pochodzi.
Tak w Moskwie, jak i wcześniej w Petersburgu próbowaliśmy znaleźć coś w stylu lokalnego jedzenia. Niewiele tego jest, w tej kwestii liczymy raczej na mniejsze miejscowości położone bardziej na wschód. Oprócz kwasu i suszonych ryb, które można dostać w każdym spożywczaku (a praktycznie każdy spożywczak otwarty jest 24h), asortyment tutejszych sklepów nie różni się zbytnio od warszawskich. Godne polecenia są rosyjskie lody. Oczywiście to nie to samo co Malinowa na Niepodległości, nie wyglądają też specjalnie zachęcająco, ale byliśmy pozytywnie zaskoczeni smakiem. Wśród piwa nie ma w czym wybierać. W zasadzie istnieje jeden rosyjski browar, Balitika, który produkuje piwo około dziesięciu typów, spośród których jedynie ósemka (niefiltrowana) zasługuje na jakąś uwagę. Knajp z bardziej tradycyjnym menu też niewiele, za to sushi dosłownie na każdym rogu.
Trzeciego dnia chwilę przed północą wyjechaliśmy z Moskwy. Znów plackart, tym razem nieco droższy (podobno na tańsze nie było już biletów, ale zdaje się, że pani w okienku po prostu bardzo chciała sprzedać nam najdroższy bilet, bo osoba, która jechała wcześniejszym pociągiem twierdziła, że wolnych miejsc w pociągu nie brakowało). Wagon wyglądał nieco inaczej, nie było metalowych skrzyń pod łóżkami, ale za to wszystko względnie nowe, a łazienka była czystsza niż w jakimkolwiek pociągu, którym do tej pory jechałam. Mężczyzna śpiący pod nami, na oko pięćdziesięcioletni, usłyszawszy urywek naszej rozmowy, zapytał "Magyar?!", a następnie przez pół nocy opowiadał nam (angielszczyzną, której bez pomocy gestów prawdopodobnie nie dałoby się zrozumieć) o wojnie, o tym, co robił w latach dziewięćdziesiątych w Budapeszcie i za co uwielbia Stalina. Obiecał spróbować załatwić nam miejsca w tirze kolegi, który co drugi dzień jeździ do Kazania, stolicy Tatarstanu. Wciąż nie wiemy, jaki będzie następny przystanek, okaże się jutro, czy będzie to Kazań, Jekaterinburg czy może jeszcze coś innego.
2010.07.23 - Pentek
Majdnem sikerult... Azert vegul egy korul elindultunk, elmentunk egy megallot HEV-vel a masik iranyba, hogy megnezzunk egy helyi piacot (szeretjuk az ilyen helyi piacokat). Persze jegyet nem vettunk egy megallora, csak azt nem tudtuk, hogy itt kilepeskor kell bemutatni, nem pedig felszallaskor. Magyarazkodas helyett inkabb felszalltunk a visszafele meno vonatra, mentunk egy megallot (odaig ahol lakunk, mert itt nincs kilepteto rendszer az allomas kisebb merete miatt). A tortentekbol okulva most mar vettunk jegyet es meg sem alltunk a metroig. Itt elidoztunk egy keveset, mert nem volt keszpenzunk, a metroallomasnak viszont nem volt bankautomataja, igy o nyert. Mi pedig setaltunk. Sebaj, lattunk Ikarus buszt meg sok kulonfele embert, majd egy kozertben meg penzt is sikerult felvenni, amitegy fagyival unnepeltunk meg. Ezutan mar tenyleg csak a Voros terre kellett eljutnunk. No ez konnyen ment, setaltunk a kornyeken, lattuk azt a templomot aminek a teteje ugy nez ki mint a sokizu karosfagyi es meg a GUM aruhazban is voltunk amit csaladi beszamolokbol mar jol ismertem. Biztos 30-40 eve is ilyen lehetett mint most... Moszkva egyebkent eleg erdekes varos, sokfele emberrel, kulonfele kavezokkal, boltokkal, ettermekkel, kiterjedt metrohalozattal (amit egyebkent egyetlen jeggyel (kb. 200 forint) be lehet utazni, mert nem kell uj jegyet venni atszallaskor). Par ora maszkalas utan kajaltunk, ittunk egy sort es elindultunk a szallasunkra, mert holnap tenyleg koran fogunk kelni. Otthon meg beszelgettunk Shirheijel es Liliyanaval (mondtak hogy az orosz tortenelem legmelegebb napjait toltjuk eppen itt, nem voltunk meglepodve), most pedig hamarosan megyunk aludni. Remeljuk, hogy holnap meg Lenint is meg tudjuk nezni, es hogy valoban lelinoleumoztak-e a mauzoleumat.
2010.07.22. - Csutortok
Sikerult megtalalnunk oket. Igaz, a palyaudvaron meg egy keves idot eltoltottunk az elso metroig, vettunk jegyet Niznij Novgorodba (persze nem keves idobe telt), majd elindultunk Moszkva del-keleti kulvarosa fele. Egyebkent hihetetlenul nagy varos, tizmillio lakos, a kornyezo varosokkal, falvakkal egyutt tizennegy. Metroval el a vegallomasra (Vikhino), onnan meg helyi vasuttal (HEV) ket megallo. Shirhei irta, hogy a tobb mint 100 vonatbol ami jar het nem all meg naluk ezert kerdezzuk meg. Meg is kerdeztuk, egy kedves holgy azt is mondta, hogy megall, majd persze nem allt meg. Nem voltunk nagyon meglepve. No de vegul eljutottunk jelenlegi szallasunkra es egy gyors zuhany utan lefekudtunk aludni, mert a vonaton tenyleg nem sokat pihentunk. Mar delutan volt mire felebredtunk, igy ugy dontottunk, hogy ma nem megyunk be a varosba, hanem inkabb pihenunk es fozunk. Egy rovidet azert setaltunk, vasaroltunk es mire Shirhei es Liliya hazaert kesz is volt a vorosboros pinceporkolt (a receptet egy kozeli rokonom kuldte el sms-ben:). Finom lett, mindenkinek izlett es meg egy kis bort is ittunk hozza ami a fozesbol megmaradt. Ezek utan lefekudtunk aludni azzal a tervvel, hogy reggel kilenckor felebredunk es bejarjuk Moszkvat.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).