ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Na spędzenie Wielkanocy wybraliśmy Mendozę, ponieważ oferuje ona to, czego na tę okazję szukaliśmy. Jest wystarczająco duża, żeby móc znaleźć tu potrzebne nam produkty oraz mieszkanie do wynajęcia, a jednocześnie jest na tyle mała, że można ją uznać za małe, spokojne miasteczko.

Z Santiago do Mendozy jedzie się osiem godzin. Droga prowadzi przez Andy, jest kręta i malownicza, a przy samym przejściu granicznym leży nawet trochę śniegu. Na miejsce mieliśmy dojechać wczesnym wieczorem, dojechaliśmy ciemną nocą. Po argentyńskiej stronie zdarzył się wypadek i przez kilka godzin staliśmy w korku dziesiątki kilometrów od jakiegokolwiek miasta. O tak późnej porze o szukaniu mieszkania nie było już mowy, odłożyliśmy więc sprawę na kolejny dzień i poszliśmy szukać jakiegoś noclegu.

Tej nocy w mieście nie było ani jednego wolnego łóżka. Jak się okazało, przed Wielkanocą wszyscy korzystają z wolnego i podróżują. W piątek wieczorem wszędzie było pełno, a w sobotę rano wszystkie noclegownie nagle opustoszały. Piątkową noc, chcąc nie chcąc, musieliśmy spędzić w wynajętym mieszkaniu, którego właściciela przypadkowo spotkaliśmy na ulicy. Lokal ten nie nadawał się na dłuższy pobyt, przede wszystkim ze względu na brak sensownej kuchni. Odpowiednie miejsce znaleźliśmy następnego dnia. Było to małe, ale czyste i dysponujące malutką kuchenką z mini piekarnikiem mieszkanko, które mieściło się w naszym budżecie. I o to chodziło.
Mendoza to ponad stutysięczne miasto, położone praktycznie na pustyni i żyjące dzięki wodzie sprowadzanej z Andów. Miejsce jest dosyć ładne i można powiedzieć, że ma hiszpański klimat, a uroku dodaje mu jeszcze ogromny park położony na północno-wschodnim krańcu miasta. Ale Mendoza znana jest oczywiście przede wszystkim ze swoich winnic.

Winnice znajdują się około 20 kilometrów od centrum miasta i rozrzucone po sporym terenie. Uznaliśmy, że najlepszym sposobem na ich obejrzenie będzie wynajęcie rowerów. Niestety, nie byliśmy pierwszymi, którzy wpadli na taki pomysł. Rowery to najpopularniejszy sposób zwiedzania okolicy. Działa to w ten sposób, że z centrum jedzie się podmiejskim autobusem do Maipu, gdzie są ze cztery wypożyczalnie rowerów. Za rower płaci się zazwyczaj 25 pesos od łebka. Do wyboru są zwykłe rowery oraz tandemy. Nigdy wcześniej nie próbowaliśmy, więc wzięliśmy tandem. Fajna rzecz, ale na zwykłym rowerze jeździ się lepiej. Szczególnie siedzenie z tyłu może przyprawić o zawał serca (dla znających temat – to trochę jak pływanie na lorda). Polecamy firmę Mr. Hugo Bikes. Oferuje wszystko to, co inni, plus darmowe i zupełnie niezłe wino (odrobinę przed wyjazdem i nieograniczoną ilość po powrocie).

Po drodze, pomimo że to nie sezon, spotkaliśmy trochę innych, głównie anglojęzycznych rowerzystów. Mendoza to znany region, więc winnice są też nieco komercyjne, ale, jak zwykle, zawsze da się znaleźć coś mniej obleganego. Wybraliśmy miejsce, którego nie było na turystycznych mapkach i zadzwoniliśmy do bramy. Zapytaliśmy, czy otwarte, na co padła odpowiedź: „Nie. Ale w sumie wejdźcie, pokażę wam winnicę”.

Winnica Mevi jest nowym miejscem. Kilka dni wcześniej odbyła się inauguracja firmy dla rodziny i znajomych, ale dla szerszej publiki zostanie ona otwarta w najbliższym czasie. Wszystko jest już przygotowane pod klientów, ale personel, szczególnie ten znający angielski, jeszcze nie zaczął pracy. Właściciel, skoro wpuścił nas, wpuścił też sympatyczną starszą parę z Nowej Zelandii, która przyjechała kilka minut później. Spędziliśmy tam ponad dwie godziny na degustacji i oglądaniu winnicy. Świetne miejsce, doskonałe wino i miły właściciel. Jedyne, co można by zarzucić lokalowi to nowoczesny wystrój, który mocno odbiega od stylu starszych, klimatycznych winiarni. Ale to już kwestia gustu.

Z Mendozy wyjechaliśmy w środę. Od właścicielki mieszkania dostaliśmy w prezencie wielkanocne czekoladowe figurki, które, miejscowym zwyczajem, wypełnione były mieszanką mniejszych cukierków. Plan zakładał, że jedziemy na północ aż do Jujuy, skąd przejedziemy do Chile, aby obejrzeć Atakamę, a po drodze zahaczymy o pobliski San Juan, gdzie mieszka znajoma Petera z czasów wolontariatu w Hiszpanii. Dojechanie do San Juan poszło łatwo. I na tym się skończyło.

W mieście okazało się, że nie tylko nie ma już biletów do Jujuy ani Salty na pasującą nam datę, ale w ogóle autobusy do tych miast są koszmarnie drogie. Fakt faktem, że autobusy w Argentynie są luksusowe, niemniej chilijskie wcale nie są gorsze, a za to kosztują o wiele mniej. Bardziej opłacało nam się wrócić przez Mendozę do Santiago i stamtąd jechać na północ niż zrobić krótszą trasę, ale całą po argentyńskiej stronie Andów. Nie bardzo uśmiechało nam się powtarzać tę samą drogę i jechać dodatkowe kilkaset kilometrów po to, żeby dojechać te pół dnia wcześniej. Zdecydowaliśmy się poczekać dwa dodatkowe dni na autobus do La Serena, chilijskiego miasta położonego mniej więcej na wysokości San Juan, i stamtąd jechać w kierunku Atakamy.

San Jaun to jedno z sympatyczniejszych miast, jakie widziałam do tej pory w Ameryce Południowej. Podobnie jak Mendoza, San Juan także leży na trasie "Ruta de Vinos", więc i tu można odwiedzić winnice. Ostatniego dnia pobytu w San Juan trafiliśmy do Graffigna, miejsca, które, pomimo że prowadzone obecnie przez dużą firmę, nie straciło nic z atmosfery małej, rodzinnej winiarni. Właściciele, w ramach promocji, zorganizowali muzeum poświęcone historii winiarni i uprawy winorośli w tym regionie oraz otworzyli dla odwiedzających część sal, między innymi te zawierające ogromne, drewniane beczki. Największa z nich jest podobno jednocześnie największą beczką w Ameryce Południowej. Zanim wypełniono ją winem, zorganizowano w niej przyjęcie dla siedemdziesięciu osób. Obecnie w nieco mniejszych beczkach urządzono bar oraz biblioteczkę. Na koniec wycieczki przewodnik zaprasza na degustację wina, która, podobnie jak oprowadzenie po winiarni, jest darmowa. I nie ma żadnego nacisku na zakup produktu, nawet go nam nie zasugerowano. Czyli ogólnie super.

W San Juan wypróbowałam także argentyńską służbę zdrowia. Wiele osób, w tym poznana w Calafate lekarka, mówiło nam o tym, że leczenie w tym kraju jest zupełnie darmowe, dobrej jakości i dostępne dla wszystkich. Tak się złożyło, że potrzebowałam wizyty u okulisty, daruję sobie wyjaśnianie, z jakich powodów. W mieście szpital znajduje się obok dworca autobusowego, weszliśmy więc zapytać. Pani ochroniarz poinformowała mnie, że trzeba iść na trzecie piętro. Na trzecim piętrze czekała na nas inna pani ochroniarz, która została już poinformowana o tym, czego szukamy.

Zaprowadzono mnie prosto do gabinetu, gdzie przyjęto mnie natychmiast, bez pytania o ubezpieczenie i tym podobne. O nazwisko zapytano jedynie po to, żeby wypisać receptę. I już. Czysty gabinet, mili lekarze. Rewelacja, choć Argentyńczykom nie do końca ten system wychodzi na zdrowie. Do ich kraju zjeżdżają się ludzie z sąsiednich państw, na przykład z Chile, gdzie służba zdrowia kosztuje słono, a że jako osoby niemieszkające w pobliżu nie mogą czekać na wizytę, więc mają pierwszeństwo w kolejce do darmowego lekarza w nieswoim kraju. Lekka paranoja i, chociaż mi takie rozwiązanie mocno ułatwiło życie, Argentyńczykom nie zazdroszczę.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl