Lodowiec Perito Moreno, duma Argentyńczyków i pierwszy punkt na liście "must see" większości przewodników, jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Patagonii. Obejrzenie Perito Moreno, podobnie jak i reszty atrakcji turystycznych, tak po argentyńskiej, jak i po chilijskiej stronie tego regionu, jest drogie, a różnica w cenie biletu dla miejscowych i obcokrajowców jest ogromna.
Wejściówka to nie wszystko. Do niej dochodzi równie drogi transport, który w przypadku Perito Moreno czy chociażby Wyspy Magdaleny w Chile ciężko jest obejść. Dlatego też mieliśmy spore wątpliwości, czy aby na pewno chcemy zobaczyć lodowiec. Drogą eliminacji i za namową Argentyńczyków („jeśli nie widzieliście Perito Moreno, znaczy, że nie byliście w Patagonii”) zdecydowaliśmy się jednak pojechać do Calafate. I nie żałujemy.
Miasto El Calafate dzieli od lodowca 80 kilometrów. Dwa dni robiliśmy podchody, żeby dojechać do parku narodowego, w którym jest on położony. Najpierw próbowaliśmy stopa. 100–120 pesos za autobus to śmiesznie wysoka cena, nie braliśmy więc tej opcji pod uwagę. No ale droga do parku jest drogą tylko do parku, a poza sezonem, kiedy Argentyńczycy nie mają wolnego, mało kto wybiera się tam samochodem. Musieliśmy więc zacząć rozważać możliwość pojechania autobusem, bo wynajęcie samochodu wychodziło jeszcze gorzej.
Skoro postanowiliśmy już jechać autobusem, okazało się, że nikt, na czele z informacją turystyczną, nie ma pojęcia, w jakich godzinach odjeżdżają autobusy. Jednego dnia jedna pani powiedziała nam, że odjazdy są o 9:00, 10:00 i 13:00. Kiedy przyszliśmy na autobus o 10:00 inna pani stwierdziła, że takiego nie ma, dwa już tego dnia odjechały, jeden o 9:00, drugi o 9:30 i więcej nie będzie. Na tablicy informacyjnej było jeszcze coś innego. Zapytaliśmy w każdej z firm oferującej przejazdy z osobna i okazało się, że jest jakiś autobus po 14: 00, tyle, że jeszcze droższy. Ostatecznie znaleźliśmy starszą parę, która chciała zabrać się z nami taksówką. Co ciekawe, taksówka, jeśli jedzie się we czworo, wychodzi taniej niż autobus. Jest przy tym wygodniejsza, ponieważ kierowca dopasowuje się do klientów, czeka na nich do 3–4 godzin, co w zupełności wystarcza na napatrzenie się na lodowiec.
Bilet do parku narodowego dla Argentyńczyków mieszkających w regionie kosztuje 15 pesos, dla pozostałych obywateli 40, a dla obcokrajowców – 100. Czyli jeszcze gorzej niż w Nowej Zelandii. Tam przynajmniej za obejrzenie lodowca z odległości nie chcieli pieniędzy. Na nasze szczęście, strażnicy wzięli nas za Argentyńczyków. Nie to, żebyśmy skłamali, oni po prostu nie wnikali. Zapytali raz „Skąd?”, towarzysząca nam para odpowiedziała "Buenos Aires", na co usłyszeliśmy „No to po 40 od łebka”. I nie pytano dalej. Kierowca nic nie powiedział, para zapytała tylko, czy mamy równo 80, no to co mieliśmy się dopraszać. Jak się później okazało, wszyscy pozostali podzielają nasze zdanie, że tak wysokie ceny dla obcokrajowców to przegięcie.
To, co tak zachwyca ludzi w Perito Moreno, to jego błękitny kolor oraz niesamowicie głośne, powtarzające się co kilka minut dźwięki pękającego lodu. Raz na jakiś czas od lodowca odrywają się mierzące od kilku do kilkudziesięciu metrów bryły lodu, które z ogromnym hukiem spadają w wody jeziora Argentino. Rewelacyjne wrażenie.
Wszystko wyszło więc lepiej niż się na to zapowiadało. W kawiarni pod lodowcem udało nam się nawet zapłacić za kawę złotówkami. Jak zwykle zmarzliśmy tylko trochę, choć i tak uważam, że mieliśmy sporo szczęścia. W ciągu ostatniego tygodnia nad Perito Moreno na zmianę padał deszcz i śnieg, a tego dnia deszcz zamieniał się od czasu do czasu miejscami ze słońcem. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że Indianie zamieszkujący Patagonię przed pojawieniem się tu białego człowieka byli w stanie chodzić bez ubrań, pływać (tylko kobiety, mężczyzn nie uczono tej umiejętności) i spać na gołej ziemi. Nasze szczęście, że my tak nie musimy.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).