ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

TALLINN

Ostatni odcinek drogi przejechany trabantem. Muszę przyznać, że trabant wywołuje tu nawet więcej emocji niż na Bałkanach. Ludzie zatrzymują się, pytają, oglądają, chwalą, czasem robią zdjęcia. W ciągu trzech dni udało nam się zabrać w sumie sześcioro autostopowiczów: trzy dziewczyny i trzech chłopaków. Mało, ale nie ominęliśmy nikogo. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy dwóch osobach, ale nie pasowała im nasza trasa.

W Tallinnie z założenia nie szukaliśmy nikogo z Couch Surfingu. Następną noc mieliśmy spędzić w autobusie do Petersburga, kilka poprzednich trudno było zaliczyć do przespanych, uznaliśmy więc, że trzeba się wyspać. W pierwszy hostelu („Euforia”) nie było niestety pokoju, ale miejsce rewelacyjne dla młodych ludzi. Zaraz przy starym mieście, cena sensowna, personel jeszcze sensowniejszy, sporo ciekawych ludzi z całego świata. Pomimo że nie byliśmy ich klientami, to u nich zostawiliśmy klucze do trabanta, które Kata odbierze za kilka dni. Chłopak z recepcji poszukał nam innego zakwaterowania w mieście, jedyną opcją był tak naprawdę hotelik w rosyjskiej części Talinna, dosyć daleko od centrum. Okazało się, że wybraliśmy kiepski czas na szukanie noclegu bez rezerwacji, trafiliśmy akurat na festiwal piwa, sporo imprez i koncertów, na które zjechała połowa Estonii i pokaźna grupa obcokrajowców. Hostel jednak nie był taki zły, no i miał saunę. Wykwaterowanie o 12, więc do tej godziny tam zostaliśmy, wyspaliśmy się, ogarnęliśmy i przygotowaliśmy na rozstanie z trabantem. Następnie dworzec autobusowy, żeby kupić bilety. Okazało się, że nie ma. Ani na dziś, ani na jutro. Wcześniej nie chcieliśmy ich kupować, bo nie mieliśmy pewności, czy dotrzemy na czas do Tallinna, zawsze chociażby trabant mógł odmówić posłuszeństwa gdzieś po drodze. Mieliśmy dwie opcje: kolejna noc w Estonii, albo podróż dwoma autobusami z przesiadką w przygranicznym miasteczku Narew. Wygrała opcja druga. Mieliśmy w ten sposób nieco mniej czasu na zwiedzanie Tallinna, ale mówi się trudno, to prawie pod domem, na pewno jeszcze tu będziemy. Trzeba przyznać, że miasto jest ładne i ma swoją atmosferę, choć w tych bardziej turystycznych częściach nieco przesadzają z komercją. Można tu znaleźć na przykład lokale oferujące tradycyjne estońskie spaghetti, a cena za parking przekracza naszym zdaniem wszelkie moralne normy.

Żeby mieć pewność, że zdążymy na autobus o 1:25, zdecydowaliśmy się na kupienie biletów na wcześniejszy kurs, choć oficjalnie podróż miała zająć ponad 3h. Cudem zdążyliśmy na dworzec na 20:00, bo kiedy zebraliśmy się, żeby pójść po trabanta i odstawić go na umówione miejsce (pod inny, trzeci z kolei hostel, którego obsługa pozwoliła nam zostawić nieodpłatnie samochód na ich prywatnym parkingu) lunęło. Ulice w kilka minut zamieniły się w rzeki, ściana deszczu i wyglądało na to, że szybko się nie skończy. Nie byliśmy na to przygotowani. Dwa komputery, do trabanta daleko (no i nie tak do końca mieliśmy pewność, gdzie go zaparkowaliśmy), biegać we dwójkę to nie najlepszy pomysł. Ja zostałam pod „Euforią” , Peter pobiegł szukać samochodu. Przy okazji poznaliśmy Niemca, który kilka lat temu był w podobnej podróży, jak my w tej chwili. Trasa w dużej mierze nam się pokrywa, będziemy mogli pewnie skorzystać nieco z jego doświadczenia.

Biegiem, ale zdążyliśmy. Jak się potem okazało, spokojnie mogliśmy pojechać następnym, bo na miejscu byliśmy z pół godziny przed czasem. A miasteczko jest średnio przyjazne turystom. Dworzec nie istnieje, żadnego baru, tylko jakiś bezdomny przyszedł domagać się papierosów. Mając dwie i pół godziny poszliśmy rozejrzeć się po mieście. Po dłuższej chwili udało nam się znaleźć czynny bar. Menu po rosyjsku, obsługa też w zasadzie nie znała innego języka (ale próbowali, co było miłe), paragony wypisywane ręcznie. Zapytaliśmy kelnera, czemu prawie wszystkie lampy w mieście są zgaszone. Szczerze mówiąc, po moim doświadczeniu mieszkania na Ukrainie, kiedy to w marcu wyłączono nam ciepłą wodę, bo przecież wiosna, ciepło na zewnątrz, więc po co jeszcze ciepła woda, spodziewałam się odpowiedzi w stylu „bo przecież noce są tak krótkie, że się nie opłaca ich włączać”. Co fakt, to fakt, o północy widać było jeszcze resztki zachodzącego słońca, kelner w każdym razie nie umiał wytłumaczyć sensownie braku światła, bąknął coś tylko o złej firmie.

Przystanek autobusowy od przejścia granicznego dzieli jakieś 100 metrów. Procedura przekraczania granicy przypomniała mi stare dobre czasy, kiedy jeździliśmy na Ukrainę. Jedynie zdziwił nas trochę fakt, że formularz celny jest wspólny dla Rosji i Białorusi. Wszystkie formalności zajęły nam jakąś godzinę. Tak naprawdę nasza podróż rozpoczęła się w tym momencie. W poprzednich trzech krajach byliśmy praktycznie w domu. Teraz zostaliśmy bez samochodu i wjechaliśmy do kraju, który może jeszcze nie egzotyczny, ale na pewno dla nas obojga jest nowy.

ŁOTWA

Z Wilna wczesnym popołudniem ruszyliśmy w stronę Łotwy. Rygę postanowiliśmy ominąć. Przy takiej pogodzie kolejny dzień w mieście (jak nam wiadomo, dosyć industrialnym) nie kusił za zbytnio, wybraliśmy morze. Jako że Wilno opuściliśmy popołudniu (trzeba było odczekać trochę po degustacji piwa), w okolice, w których chcieliśmy się zatrzymać dojechaliśmy koło 23. Okazało się, że znalezienie noclegu w sobotę wieczór nie jest taką prostą sprawą. W pierwszym miejscu, gdzie spróbowaliśmy szczęścia chłopak, którego Peter zapytał o nocleg, spojrzał się na trabanta i zapytał „Ale zdaje sobie pan sprawę, że tu trzeba płacić?”. Sprawę sobie zdawaliśmy, ale miejsca i tak nie było. Nie było go też w kolejnych pięciu kwaterach, które udało nam się znaleźć, ceny w nich zresztą i tak były mocno wygórowane. Dopiero po północy trafiliśmy na jakiś kemping, pierwszy raz skorzystaliśmy więc z naszego namiotu. Jak rozstawiliśmy go w dużym pokoju wyglądał jakoś tak poważniej. Na zewnątrz skurczył się jakby i na pewno nie uznalibyśmy go za dwójkę. W zasadzie nie w każdym katalogu jest dwójką, niektórzy uznają go oficjalnie za jedynkę. Niemniej noc da się razie przespać, tym razem mieliśmy jeszcze ten luksus, że plecaki mogły zostać w samochodzie. Między 6:00 a 7:00 rano wygoniło nas słońce, spać przenieśliśmy się na plażę. Rewelacyjne miejsce. Tak jak i w Polsce, na plaże w krajach bałtyckich wychodzi się często bezpośrednio z lasu, co bardzo dodaje im uroku. Wbrew moim oczekiwaniom woda była zupełnie przyzwoita, można było pływać bez bólu. Nieco później poznany Estończyk oświadczył nam, że jedzie z rodziną w inne rejony nad wodę, bo morze jest dla nich w tej chwili zbyt ciepłe. Nam odpowiadało, pobiegaliśmy, popływaliśmy, pograliśmy zabraną przez Petera piłką (zaczynam doceniać jego pomysł) i ruszyliśmy do Tallina.

DZIEŃ PIERWSZY. WILNO

Udało się. Ruszyliśmy. Z małym opóźnieniem, zmęczeni dwudniową wyprowadzką, ale ruszyliśmy. W czwartek rano ostatecznie pożegnaliśmy mieszkanie na Mokotowie, spakowaliśmy trabanta, pozostało jeszcze śniadanie na Krakowskim i mogliśmy wyjeżdżać w Warszawy. Rodziny chyba zaczęły już powoli wybaczać nam naszą decyzję, choć niektórzy wciąż nie wierzą, że wytrzymamy więcej niż kilka tygodni. My w każdym razie nie mamy zamiaru przynajmniej przez najbliższy rok nigdzie się przeprowadzać. Przerobiliśmy to pięć razy w ciągu ostatnich trzech lat, za pierwszym razem wystarczył wózek po cichu pożyczony z supermarketu Dia, tym razem, pomimo że pozbyliśmy się niemal połowy naszych rzeczy, przeprowadzić nie dało się naraz, nawet przy pomocy sporego samochodu transportowego. Głównym problemem był fakt, że nie przenosiliśmy się do innego mieszkania, wszystko, czego z jakiś powodów nie dało się wyrzucić musieliśmy upchnąć po rodzinie i znajomych. Teraz na szczęście mamy ograniczenie w postaci rozmiaru plecaków (czterdzieści litrów w przypadku mojego, pięćdziesiąt u Petera), jak byśmy nie chcieli, chomikować nie da rady. O dziwo, w czterdziestu litrach można zmieścić wszystko, co może się przydać, łącznie ze śpiworem, matą, mini zestawem do gotowania i czterema parami butów (miały być dwie, pojęcia nie mam, skąd wzięły się dwie pozostałe, ale są, zmieściły się, więc jadą). W pięćdziesięciu można jeszcze spokojnie dorzucić namiot, netbooka i piłkę do nogi. Sprzętowi na wyjazd nie poświęciliśmy zbyt dużo uwagi, szukaliśmy go w zasadzie na ostatnią chwilę. Wszystko miało być lekkie, wygodne i niezbyt drogie. Tak naprawdę wciąż nie mamy wszystkiego. Znajdzie się po drodze.

Pierwszy przystanek zaplanowaliśmy w Wilnie. Trabant sprawował się bez zarzutu, udało nam się nawet zabrać jednego autostopowicza. Na wieczór umówiliśmy się z naszymi hostami. Pierwszy raz korzystaliśmy z Couch Surfingu. Ludzie, do których trafiliśmy też. Byli nieco spięci, ale sympatyczna para: on muzyk, ona fotograf. W zamian za gościnę zaoferowaliśmy, że robimy kolację, coś typowego dla jednego z naszych krajów. Wybór padł na leczo. Dobre, szybkie i można przyrządzić na tysiąc sposobów. Przywieźliśmy też węgierskie wino. Wszystko fajnie, tylko niestety okazało się, że gospodarze muszą wyjść następnego dnia o siódmej, bo też gdzieś jadą. No ale cóż, nasza wina, przesunęliśmy wizytę o jeden dzień. Jeszcze jedna niezbyt przespana noc w tą czy w tamtą nie robi większej różnicy. Z samego rana odwieźliśmy ich na dworzec i poszliśmy na miasto szukać śniadania. W prezencie dostaliśmy 3,5 giga litewskiej muzyki. Generalnie mamy w planach proszenie naszych hostów o muzykę, filmy i polecanie książek miejscowych autorów. Powinno uzbierać się trochę ciekawych rzeczy.

Dzień upłynął spokojnie. Pospacerowaliśmy po mieście. W Republice Zarzecza (część Wilna, która w 1998 ogłosiła niepodległość) w jednym z podwórek wypatrzyliśmy przyczepę z kajakami na warszawskich numerach. Znajomi znajomych, ale zawsze miło spotkać. Niedaleko starego miasta na ulicy Gastauto znaleźliśmy genialne miejsce. „Alaus Namai” to stosunkowo nowy lokal na mapie Wilna, jeśli się nie mylę otwarty jakieś półtora roku wcześniej, z zewnątrz wygląda dosyć niepozornie, wystrój wnętrza w porządku, choć nic zbytnio odbiegającego od normy. To, co go wyróżnia to wybór piwa. Sto dziewiętnaście rodzajów, w dużej części małe litewskie browary, komercyjnych piw jak na lekarstwo i to głównie z innych państw, z których jeszcze nie udało się im zacząć sprowadzać czegoś bardziej lokalnego. Właściciel nastawiony jest na stałą klientelę, nie uznaje żadnej formy reklamy i chętnie opowiada o każdym rodzaju piwa, które można dostać w jego lokalu. Jeśli kupuje się piwo na wynos (liczone na litry i rozlewane do plastikowych butelek) istnieje możliwość darmowej degustacji. Jak ktoś wybiera się w tamte strony – polecamy.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl