Wjechaliśmy tylko nieco bardziej w głąb Rosji i już zaczęły się kłopoty. W Niżnym Nowogrodzie postanowiliśmy skorzystać z hostelu. W sieci nie bar- dzo dało się coś znaleźć, stwierdzi- liśmy, że znajdzie się na miejscu. Niestety, na stacji żadnych reklam, informacji, nikt o żadnym hos- telu/hotelu/pokojach do wynajęcia w ogóle nie słyszał. Zaczepiliśmy jakąś turystkę, która miała przewodnik.
Sama Moskwa liczy sobie tyle miesz- kańców co całe Węgry. Aglomeracja moskiewska ma ich prawie o połowę więcej. W Petersburgu nasłuchaliśmy się historii o tym, jakie to zatłoczone miasto, że do drzwi do pociągu metra ustawiają się kolejki, a ulice są tak zakorkowane, że ludzie niemalże żyją w swoich samochodach, bo nie opłaca im się wracać do domu. Niczego takiego nie zobaczyliśmy.
Jest całkiem nieźle. Pięć linii metra, stacje wyglądają raczej jak korytarze muzealne niż miejsca związane z transportem publicznym, bilet na na- sze kosztuje dwa z kawałkiem, moż- na kupić w pakietach, wtedy jest mi- nimalnie taniej. Obsługa w kasach oczywiście po angielsku ani słowa. Wpisanie w CV braku znajomości języków obcych jest chyba wymogiem przy staraniu się o pracę w okienku.
Pierwszy przystanek zaplanowaliśmy w Wilnie. Trabant sprawował się bez zarzutu, udało nam się nawet zabrać jednego autostopowicza. Na wieczór umówiliśmy się z naszymi hostami. Pierwszy raz korzystaliśmy z Couch Surfingu. Ludzie, do których trafili- śmy też. Byli nieco spięci, ale sympa- tyczna para: on muzyk, ona fotograf. W zamian za gościnę zaoferowali- śmy, że robimy kolację.
Udało się. Ruszyliśmy. Z opóźnie- niem, zmęczeni dwudniową wyprowa- dzką, ale ruszyliśmy. W czwartek ra- no ostatecznie pożegnaliśmy miesz- kanie, zapakowaliśmy trabanta, pozostało jeszcze śniadanie na Krakowskim i mogliśmy wyjeżdżać w Warszawy. Rodziny chyba zaczęły już powoli wybaczać nam naszą decyzję, choć niektórzy wciąż nie wierzą, że wytrzymamy więcej niż kilka tygodni.