ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Jak większość odwiedzających Kubę, wylądowaliśmy w Hawanie. Nasz samolot był opóźniony, w związku z czym spóźniliśmy się na ostatni autobus do centrum miasta. Czyli została nam taksówka. Dwadzieścia pięć CUC (około dwadzieścia pięć dolarów) to o wiele więcej niż mieliśmy zamiar wydać na tę przyjemność. Było już mocno po zmroku, próby obejścia tej ceny w postaci dojechania taksówką jedynie do najbliższego przystanku autobusu lub miejsca, gdzie moglibyśmy złapać stopa, nie miały większego sensu. Ostatecznie znaleźliśmy trzy inne osoby – parę z Niemiec i Holendra – i zabraliśmy się większym samochodem, dzieląc koszty na pięć. Tym samym do centrum miasta dojechaliśmy sporą grupą i w takim samym składzie poszliśmy szukać noclegu. Nie wyszło nam to na zdrowie.

Podróżowanie w większej grupie ma oczywiście pewne plusy, ale ma też sporo minusów. Im więcej osób, tym bardziej rzucasz się w oczy i tym mniej elastyczny jesteś przy dokonywaniu wyborów. Nie było możliwości, aby pięcioro białych chodzących w nocy z plecakami po starej części Hawany nie zostało zauważonych przez jineteros – ludzi, którzy szukają klientów dla właścicieli casas particulares. Za każdorazowe przyprowadzenie klientów taka osoba dostaje prowizję, zazwyczaj około pięciu CUC za każdą spędzoną w casa particular noc. Rzecz jasna te pięć CUC doliczane są do twojego rachunku, czyli cena podskakuje o pięć dolarów za noc. Nie warto dać się nigdzie zaprowadzać przez inną osobę niż właściciel casa particular. Właściciele mają zwykle przy sobie coś w rodzaju wizytówki, są w stanie opisać pokoje i podać od razu cenę. Jineteros nieraz będą twierdzić, że chcą zaprowadzić nas do swojego własnego domu, ale to, czy ktoś mówi prawdę, łatwo jest rozpoznać.


Pierwszego dnia nie wiedzieliśmy jeszcze, jak to dokładanie działa. Poszliśmy z pierwszą osobą, która zaproponowała nam nocleg, ale podziękowaliśmy jej po piętnastu minutach obchodzenia okolicy wielkim kołem, żeby nie natknąć się na policję i po zaprowadzeniu nas do jakiegoś nieoznaczonego i ewidentnie nieswojego domu. Podziękowanie nie wystarczyło. Nasz nowy przyjaciel szedł za nami jeszcze długi czas, a następnie śledził nas z ukrycia, po czym, kiedy sami znaleźliśmy odpowiednie miejsce, pojawił się za naszymi plecami i przekonał właściciela, że to on nas przyprowadził. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero następnego dnia, kiedy nie było już jak tego odkręcić. Udało mu się, bo oprócz niego wokół nas znalazło się jeszcze z pięciu innych tworzących chaos jineteros, którzy przekrzykiwali się, próbując przekonać wszystkich nas razem i każdego z osobna, żebyśmy poszli z nimi.


Jak wynika z powyższego, lepiej jest szukać zakwaterowania na własną rękę. Casas particulares są oznaczone niebieskim znakiem, który łatwo jest znaleźć, szczególnie w większych miastach, takich jak Hawana. W historycznym centrum stolicy Kuby niebieski znak wisi na co trzecim budynku. W mniejszych miejscowościach nie jest już tak łatwo, ale wystarczy zapytać w jakimś sklepie czy barze, czyli dostać informację od osoby, która na pewno zna okolicę i, jako że pracuje, nie może pójść z tobą i zażądać za to prowizji. Pukając do drzwi casa particular, warto sprawdzić też czy nikt nie stoi nam za plecami. Na szczęście tego typu sytuacje zdarzają się jedynie w bardziej turystycznych rejonach, a Kubańczycy w porównaniu chociażby z mieszkańcami południowo-wschodniej Azji, są umiarkowanie nachalni.


Poza propozycjami noclegu w Hawanie powtarzają się jeszcze dwie inne, równie typowe oferty: taxi i cygara. Po spacerze po historycznej części miasta człowiek może dojść do wniosku, że wszyscy Kubańczycy pracują w fabryce cygar. Jeśli ktoś zaczyna rozmowę od pytania, skąd jesteś, na 90% skończy ją czymś w rodzaju „A tak przy okazji, pracuję w fabryce, nie chcesz przypadkiem kupić cygara?”.


Kupowanie cygar na ulicy jest nieco ryzykowne, choć zdarza się, że można dostać coś dobrego za niską cenę. Jeśli chce się mieć jednak pewność co do jakości, lepiej wybrać się na zakupy do autoryzowanego sklepu.


Po dwóch nocach w Hawanie postanowiliśmy, że kolejnym przystankiem będzie plaża. Potrzebowaliśmy odpoczynku po tej całej bieganinie ostatnich tygodni. I tu zaczyna się najciekawsza część podróży po Kubie – transport.


Kubańczycy do przewozu ludzi używają wszystkiego, co jeździ. Nie chodzi tylko o powszechnie znane i budzące zachwyt zabytkowe amerykańskie samochody, których pełno jest w każdym zakamarku wyspy. Oprócz nich używa się tu wozów konnych, otwartych ciężarówek, przerobionych na nowe potrzeby wozów wojskowych czy traktorów ciągnących przyczepki. Poza powyższymi do wyboru są jeszcze autobusy chińskiej (bo jakże by inaczej) produkcji i, na niektórych trasach, pociągi.


Na krańcach każdego miasta i większości wsi na Kubie można znaleźć miejsce nazywane "punto amarillo" czy inaczej "punto de recogida". W przypadku większych miejscowości punto amarillo, czyli dosłownie żółty punkt, to coś w stylu dworca z siedzeniami, łazienką, najczęściej jakimś małym barem oraz kasą, w której płaci się za usługę. Przy mniejszych miejscowościach punkty te są odpowiednio skromniejsze. Wszystkie te dworce łączy postać pracownika w charakterystycznym kombinezonie, od którego żółtego koloru wzięła się ich popularna nazwa.


Zadaniem osoby w żółtym kombinezonie jest zatrzymywanie pojazdów i rozdzielanie po nich pasażerów. Z tego, co wiemy, samochody państwowe, czyli na przykład ciężarówki bez załadunku, mają obowiązek zatrzymania się na żądanie pracownika punto de recogida. Jeśli więc trafi ci się podróż na pace, jedynym kosztem, jaki ponosisz, jest kupienie w kasie numerka, za który płaci się 1,5-3 grosze. Jeśli natomiast zatrzyma się prywatny samochód (choć prywatny powinnam tu wziąć w cudzysłów, ale o tym później), cenę ustala się z kierowcą.


Przy punto de recogida zatrzymują się też autobusy i inne rzeczy robiące za autobusy. Co ciekawe, ten sam autobus, na który biletów nie sprzedanoby nam na oficjalnym dworcu – przypominam, że jedyną linią, którą oficjalnie mogą jeździć turyści, jest droga Vía Azul – zabiera obcokrajowców bez szemrania i za lokalną cenę, jeśli złapie się go przy punto amarillo.


Dostanie się do punto de recogida zajmuje zazwyczaj trochę czasu. Nieraz trzeba się do niego przespacerować godzinkę z plecakiem w palącym słońcu, czasem można złapać robiący za miejski autobus powóz konny. Warto się jednak wysilić, bo skorzystanie z punto amarillo to nie tylko oszczędzone kilkadziesiąt dolarów i jedyna możliwość, żeby za transport na Kubie płacić lokalne ceny. To niesamowita sposobność, aby zobaczyć, jak naprawdę wygląda życie na Kubie i aby porozmawiać z Kubańczykami na innym poziomie niż turyta–usługodawca. Korzystając z punto amarillo, czyli oficjalnego stopa, lub łapiąc stopa na własną rękę, dociera się do miejsc, do których nie dojedzie się z Vía Azul. Tak więc po Kubie nie poruszaliśmy się inaczej niż wyżej wymienionymi sposobami.


Żeby podróżować po Kubie autostopem, trzeba dysponować czasem i być względnie elastycznym. Nie jest to najlepszy wybór, jeśli chce się zobaczyć konkretne miejsce i dotrzeć do niego o wybranej godzinie czy nawet w wybranym dniu. Dlatego też nasze wstępne plany, zakładające, że dojedziemy aż do Santiago i Baracoa na wschodnim krańcu wyspy, zostały stosunkowo szybko zmodyfikowane. Uznaliśmy, że zamiast biegać z miejsca na miejsce, zobaczymy, gdzie zabiorą nas kubańscy kierowcy.


Z Playa Larga, gdzie spędziliśmy kilka dni u miłej rodziny, chodząc na plażę, nurkując i oswajając się z miejscową kuchnią – spróbowaliśmy większości z krótkiej listy kubańskich dań, w tym także kotleta z krokodyla – pojechaliśmy do Santa Clara. Santa Clara znana jest głównie z pomnika Che Guevary, gdzie, jak twierdzi kubański rząd, zostały złożone jego szczątki przywiezione z Boliwii. Drugą atrakcją miasta jest piękna, kolonialna starówka. W ogóle cała Kuba wygląda jak jedno wielkie, kolonialne miasto. Nieco zaniedbane, ale wciąż, jeśli chodzi o architekturę, Kuba jest naszym numerem jeden jak do tej pory.


Z Santa Clara chcieliśmy dojechać do Trinidad. Szło nie najgorzej, dopóki nie trafiliśmy do pewnej małej miejscowości. Zaczęło lać i nic, ale to kompletnie nic nie przejeżdżało drogą, którą chcieliśmy jechać dalej. Po godzinie czy dwóch trafiła się w końcu jakaś ciężarówka, na której było tylko trzech innych mężczyzn dzielących się rumem. Butelka rumu dosyć często krąży po pakach takich ciężarówko-autobusów, podejrzewam, że stąd wzięło się kolokwialne określenie na jeżdżenie autostopem "viajar en botella" – podróżować w butelce. Samochód, niestety, dojeżdżał tylko do jakiejś mniejszej wsi. Nasze wyobrażenie o tym, że prędzej czy później musi tamtędy coś jechać, bo przecież w okolicy jest tylko jedna droga, padło po jakimś czasie. Cali przemoczeni, bo deszcz wrócił jeszcze kilkakrotnie, zaczęliśmy pytać po ludziach, czy ktoś nie ma samochodu, którym, oczywiście za odpowiednią opłatą, nie mógłby podrzucić nas do najbliższej miejscowości z przystankiem autobusowym, punto do recogida czy chociażby noclegiem. Pech, w tej wsi nikt nie miał samochodu.


Na pomoc przyszedł nam traktor. Traktor z małą, drewnianą przyczepką, na której siedziało znów trzech mężczyzn, między którymi krążyła butelka rumu. Traktor wprawdzie dopiero co ruszył, ale panowie musieli dzielić się butelką od dłuższego czasu, bo w połowie drogi zaczęli nam śpiewać narodowe pieśni.


Traktor podrzucił nas kilka kilometrów i zostawił przy skręcie na inną wioskę. Zaczynało robić się ciemno. Kuba wprawdzie jest bardzo bezpiecznym miejscem, ale noc i tak milej spędzić jest pod dachem. Ruszyliśmy piechotą w stronę następnej wsi, w której podobno była szansa znaleźć jakiś transport. Doszliśmy do niej po kilku kilometrach spaceru, kiedy noc zapadła już na dobre i, przypadkowo, trafiliśmy w najlepszym z możliwych momentów. Przywitał nas niecodzienny widok: wesoły traktor wjeżdżający do wsi. Wesoły, bo ciągnący przyczepkę z całą populacją Tres Palmas wracającą z imprezy. Mieliśmy szczęście znaleźć się we wsi w noc jedynego dorocznego święta, którego nazwę można by przetłumaczyć jako „Dzień Wieśniaka”.


Naszą sytuacją zainteresowała się miejscowa pani doktor – dwudziestoośmioletnia dziewczyna wyglądająca na czterdziestolatkę. Najpierw z jedynego we wsi telefonu zadzwoniła do sąsiedniego miasta sprawdzić, ile wyniosłaby nas taksówka, następnie próbowała przekonać kierowcę traktora, żeby nas zabrał, a kiedy okazało się, że obie możliwości są koszmarnie drogie, zaproponowała nam nocleg w swoim mieszkaniu nad kliniką. Tym oto sposobem zostaliśmy na drugiej części imprezy i „nielegalnie” przespaliśmy noc w domu niebędącym płatnym casa particular.


Rano ruszyliśmy dalej na piechotę. Po jakimś czasie ktoś zabrał nas na stopa. Podobnie jak właściciel traktora poprzedniego dnia, nie chciał za podwózkę żadnych pieniędzy. Powoli, z tysiącem przesiadek i dniem opóźnienia, dojechaliśmy do Trinidad, pięknego i, jak się okazało, mocno turystycznego miasta na południu wyspy.


Stamtąd wróciliśmy na północne wybrzeże: Caibarién, Coralillo, Santa Marta. Coralillo, jak twierdzą jego mieszkańcy, to prawdopodobnie jedyne miasto na Kubie, gdzie nie ma casa particular. Dowiedzieliśmy się o tym, kiedy dojechaliśmy tam około 21:00. Najbliższe zakwaterowanie: hotel położony siedem kilometrów droga gruntową od miasta. Gotowi byliśmy iść na piechotę, ale znalazło się łatwiejsze wyjście: chłopak z wynajętym rosyjskim kamazem. Tańsze niż taksówka. Tej nocy wypróbowaliśmy więc państwowy hotel, który w sumie nie był jakoś specjalnie drogi i jakością dorównywał casas particulares.


Nasze dwa tygodnie na Kubie skończyliśmy tam, gdzie je zaczęliśmy, czyli w Hawanie. Miasto wydało nam się głośne i chaotyczne po mniejszych miejscowościach, które mieliśmy okazję odwiedzić. W ciągu tych dwóch tygodni poznaliśmy mnóstwo wspaniałych, otwartych i, trzeba przyznać, gadatliwych ludzi, jakimi są Kubańczycy. To jedna z ich charakterystycznych cech – uwielbiają rozmawiać, a jeszcze bardziej lubią mówić. Zapytaj o coś – dostaniesz cały wykład. Kubańczycy mówią o wszystkim i, wbrew temu, czego można byłoby się spodziewać, chętnie mówią o polityce, choć powstrzymują się od ostrej personalnej krytyki. Trzy najczęściej pojawiające się zarzuty co do obecnej sytuacji w kraju dotyczyły braku możliwości swobodnego podróżowania poza granice państwa, niskich płac oraz systemu własności, jeśli tak to mogę nazwać.


Nic na Kubie nie należy tak do końca do Kubańczyka. Jego dom, samochód, wszystko co ma, jest tak naprawdę państwowe. Ludzie mają wprawdzie domy i samochody, ale mają je bardziej w użytek niż na własność. Nieruchomości ani pojazdu nie można sprzedać. Można po cichu dogadać się z sąsiadem i dać mu samochód w zamian za pieniądze, ale nie można go przerejestrować, samochód zawsze będzie przypisany do pierwotnego właściciela.


Na wyspie nie ma czegoś takiego jak salon sprzedający samochody, auto najczęściej dostaje się od rządu za zasługi. Ponieważ bardzo ciężko jest o samochód, po ulicach wciąż jeżdżą zabytkowe pojazdy. Rodziny dbają o nie z pokolenia na pokolenie, bo nowego tak łatwo nie dostaną. Dzięki temu kubańskie drogi są niesamowicie bezpieczne. Nikt nie chce zniszczyć samochodu, wszyscy jeżdżą wolno i ostrożnie. Osobiście podróżując na pace ciężarówki na Kubie czułam się bezpiecznej niż przypięta pasami w nowoczesnych autobusach w Ameryce Południowej i Azji. A, i ciekawostka. Na Kubie pełno jest naszych polskich maluchów. Podobno żeby takiego zdobyć, trzeba zapłacić pięć tysięcy dolarów. Wypatrzyłam też ze trzy duże fiaty.


Jak wynika z powyższego i jak można się spodziewać, wielu Kubańczykom nie brakuje pieniędzy jako takich. Brakuje im możliwości zrobienia z nich użytku. Dlatego ogromna część populacji ucieka w ten czy inny sposób za granicę. Inni, szczególnie ci biedniejsi, wydają pieniądze na ulubiony kubański gadżet – złoto, jak sami mówią, symbol biedy. Łańcuszki, kolczyki, wisiorki, krzyżyki, złote zegarki – ma je niemal każdy. Nie oznacza to oczywiście, że na Kubie panuje dobrobyt, ale ludzie nie są też tak biedni, jak zwykło się uważać.


Do największych zalet państwa, o których mówili nasi rozmówcy, należą wcześniej już wspominane darmowa służba zdrowia i edukacja oraz spokój i bezpieczeństwo, jakie panują na Kubie. Z tymi dwoma ostatnimi trudno się nie zgodzić.


O Kubie można by jeszcze długo opowiadać, ale myślę, że na dziś czas już postawić kropkę. Kraj ten – ze wszystkimi swoimi plusami i minusami – to definitywnie jedno z naszych ulubionych miejsc na świecie. Mamy nadzieję, że dane nam będzie wrócić do niego jeszcze nie raz.

W taksówce W taksówce Playa Larga Ryż z fasolą - typwo kubańskie Paladar za walutę narodową Śniadanie w casa partiular w Playa Larga Pokój w casa particular w Playa Larga Playa Larga Playa Larga Nurkowanie:-) Przy Cueva de los peces Rośnie wszędzie Kotlety z krokodyla Kolacja w casa particular Casa particular w Playa Larga - właścicielka z córką przed domem Pomnik Che w Santa Clara Pomnik Che w Santa Clara Codzienna walka o pewne zwycięztwo Santa Maria Lody za cztery grosze I ciastko z lodami za trzy Lodziarnia Kolejka po lody Pokój w casa particular w Santa Clara Pizzeria, w ofercie pizza familijna, cenę wybierz sobie sam Tres Palmas i klinika, w której spędziliśmy noc Widoki po drodze Koliber na drucie I drugi Widoki po drodze Trinidad Mango Trinidad Trinidad Cristal - najpopularniejsze piwo na Kubie Bucanero - mocniejsza wersja Paladar za walutę narodową Kolacja Noc w Trinidad Noc w Trinidad Noc w Trinidad Noc w Trinidad Noc w Trinidad Noc w Trinidad Noc w Trinidad Noc w Trinidad Noc w Trinidad Leżakowanie w przedszkolu Trinidad Trinidad Trinidad Trinidad Trinidad - pod casa particular Ludzie czekający na transport i pracownikw żółtym uniformie Pizzeria Pizza Wódka w saszetkach Plaża w Varadero Plaża w Varadero Plaża w Varadero Plaża w Varadero Plaża w Varadero Oznaczenie domów, gdzie wynajmują pokoje obcokrajowcom Plaża w Varadero Plaża w Varadero Plaża w Varadero Cuba Libre i Mohito - dwa kultowe kubańskie koktajle Jeden z barów w Hawanie Trunki plus kubańskie wersje popularnych napojów (tuKola etc.) W jednym z barów w Hawanie Oficjalne bilety w punto de recogida Świstek papieru za 25 dolarów

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl