ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

KRATIE
Do Kratie dojechaliśmy po jakiś dziewięciu godzinach jazdy i dwukrotnej zmianie autobusu. O dziwo, żadnych przekrętów, pomimo że na wszystkie trzy autobusy mieliśmy jeden bilet. Z postanowieniem, że następnego dnia wyruszamy na trekking, zatrzymaliśmy się w tanim hostelu przy głównym rynku.

Kratie to malutka i niepozorna miejscowość położona w północnowschodniej Kambodży. Jedyne, co tak naprawdę ściąga tu turystów, to delfiny krótkogłowe żyjące w Mekongu, które można obserwować z kilku rozrzuconych po okolicznych wioskach miejsc. Z tego powodu w miasteczku znajduje się kilka hosteli, a także informacja turystyczna, która oferuje całkiem sporą ilość, niewiele mówiących za to ładnie wyglądających, drukowanych materiałów, nie ma natomiast wśród pracowników osoby, która choćby półpłynnie mówiła po angielsku.


Pierwszego dnia nie udało nam się dowiedzieć niczego, bo informacja turystyczna była zamknięta. Drugiego odeszliśmy z kupą papieru nadal niewiele wiedząc, bo dziewczyna z obsługi próbowała odpowiadać na pytania, których jej nie zadaliśmy i pokazywać na mapie rzeczy, które nas nie obchodziły, prawdopodobnie tylko po to, żeby wyglądać bardziej profesjonalnie na zdjęciach, jakie w trakcie rozmowy robił drugi pracownik informacji.


To, czego chcieliśmy się dowiedzieć, dotyczyło względnie nowego projektu miejscowych władz, nazwanego Mekong Discovery Trail. Generalnie bardzo dobry pomysł, polegający na tym, że w kilku miejscach przygotowano home stays, otworzono parę wypożyczalni rowerów i kajaków i – prawdopodobnie – przeszkolono kilkunastu przewodników. Teren ciekawy, możliwości wiele, nie powinno być problemu.


Pierwsze odpadły kajaki, na które osobiście bardzo liczyłam. Okazało się, że najbliższy sprzęt można znaleźć w miejscu położonym o kilka godzin jazdy autobusem od Kratie, co więcej, musielibyśmy zabrać ze sobą przewodnika, bo jest on w obowiązkowym zestawie. Nie opłacało się. Drugi upadł pomysł z wyruszaniem tego samego dnia. Zanim ogarnęliśmy się z wypożyczaniem rowerów i ustalaniem trasy, było popołudnie, więc rozsądniej było odłożyć wyprawę na następny dzień. Zostaliśmy więc na noc w innym hotelu (4 dolary za noc za pokój dwuosobowy z łazienką, standard adekwatny do ceny), tak samo chińskim, jak i poprzedni. W Kratie, jak i w całej Kambodży, bardzo widoczne są chińskie wpływy.


Następnego dnia ruszyliśmy. Wypożyczyliśmy rowery za dolara za dzień i pojechaliśmy w miejsce, gdzie mogliśmy przeprawić się na drugi brzeg Mekongu. Tam, przynajmniej według mapy, miało nie być ani betonowej drogi, ani miasta, a o to w końcu nam chodziło.


Na początku szło gładko. Przez kilka godzin jechaliśmy pokrytymi czerwonym pyłem drogami, mijając typowe kambodżańskie wioski. Khmerskie domy to w większości niewielkie drewniane konstrukcje, wzniesione ponad ziemią na drewnianych palach. Takie rozwiązanie ma na celu ochronę przed wodą, która często występuje z brzegów i zalewa wioski. Khmerskie domy oferują mało prywatności, ale idea prywatności jest w tym kraju zupełnie inna niż ta, do której przywykliśmy. Nawet właściciele hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, mając nad sobą dwa piętra zamykanych na klucz pokoi, wybrali mieszkanie w hotelowym barze, odgrodzeni od stolików jedynie szpitalną kotarą. Z nierównymi drewnianymi ścianami khmerskich domów często kontrastuje czerwona dachówka, której, obok tradycyjnego materiału do budowy dachów – liści palmowych – coraz częściej używają miejscowi.


Jechaliśmy prosto tak, jak prowadziła nas droga. I nagle okazało się, że jesteśmy w kompletnie innym miejscu, niż tego byśmy chcieli. Jak – nikt nie wie, bo rozeznanie w terenie Khmerów dorównuje temu, z jakim spotkaliśmy się u Nepalczyków. Pytaliśmy wiele osób, pokazywaliśmy naszą żałosną mapę, zapisywaliśmy nazwy. Wszystko na nic. Odpowiedzi były co najmniej dziwne: „Jedźcie w prawo... a może nie, lepiej w lewo... a w zasadzie to może zawróćcie”. Nie zmienia to faktu, że spotkani ludzie byli bardzo mili i wyglądali, jakby naprawdę chcieli nam pomóc. Komunikację utrudniał oczywiście fakt, że posługiwaliśmy się jedynie kilkoma wspólnymi słowami, ale zazwyczaj do wskazania drogi, jeśli zna się nazwę, wystarczy prosty gest...


Straciliśmy nadzieję, gdy zaczęło się ściemniać. Nie mieliśmy czasu na to, żeby po prostu zostać i zobaczyć, co się wydarzy, choć mieliśmy na to ochotę. Postanowiliśmy wrócić do Kratie na noc i następnego dnia zrobić podobną, jednodniową wycieczkę. Zatrzymaliśmy się jeszcze w wiosce położonej najbliżej promu, żeby coś zjeść.


Okazało się, że plastikowe stoły, które wypatrzyliśmy jadąc w przeciwnym kierunku, nie były barem, ale imprezą urządzoną z okazji narodzin nowego mieszkańca wioski. Zanim się tego dowiedzieliśmy, nie pytając nas o nic, siłą posadzono nas przy stole i przyniesiono jedzenie. Szybko znalazł się też ktoś trochę mówiący po angielsku. Wszystko super, w pełni ufni daliśmy pieniądze dla dziecka. W końcu zwyczaj, poproszono nas o to, uczciwie zapłacić za udział w imprezie. Zgodziliśmy się też na kupienie piwa, choć prośba o to przypominała raczej rozkaz. No ale bariera językowa, chcieli pewnie dobrze. Nieswojo zrobiło się, gdy jakiś mężczyzna wprost powiedział Peterowi „Daj mi pięć dolarów”, a zupełnie przykro, gdy okazało się, że za zapewnieniami o tym, iż wciąż jeszcze możemy złapać prom do Kratie, kryło się stwierdzenie, że jakiś znajomy zabierze nas prywatną łódką. Musimy tylko zapłacić trzydzieści razy tyle, ile kosztuje bilet na normalny prom.


Podziękowaliśmy i, rozczarowani podejściem miejscowych, odjechaliśmy. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego wyboru. Jeżdżenie po ciemku z jedną latarką po nieznanym terenie ma średni sens, ostatecznie więc zapłaciliśmy innym spotkanym po drodze ludziom za przewiezienie nas na drugą stronę.


Podróżowanie po Azji oznacza bycie traktowanym jak worek pieniędzy.

Na szczęście bywają wyjątki. Dzień wcześniej trafiliśmy na inną imprezę. W hotelowym barze grupa znajomych świętowała zbyt wcześnie zakończone wesele kolegi. Zaprosili nas, nie oczekując nic w zamian. Różnica polegała jednak na tym, że ludzie ci spędzili rok na jakimś projekcie społecznym w Niemczech, nie mieli więc skrzywionego obrazu Europejczyków.

Na następny dzień zaplanowaliśmy wizytę w Kampi – oddalonej od Kratie o 15 kilometrów wiosce, gdzie znajduje się punkt obserwacyjny delfinów krótkogłowych.

Najpopularniejszym i najlepszym sposobem na obserwowanie delfinów jest wypłynięcie na rzekę łódką. Nie oczekiwaliśmy zbyt wiele po tego typu wycieczce, zastanawialiśmy się nawet nad zrezygnowaniem z pomysłu, głównie ze względu na wygórowaną cenę. Jednak wbrew naszym wątpliwościom, godzina spędzona na łodzi nie była stratą czasu. Spodziewaliśmy się zobaczyć jednego delfina, przy odrobinie szczęścia może dwa, a one przez cały czas, co chwila, wypływały na powierzchnię.

Na obserwację delfinów warto wybrać się po południu, gdy woda jest spokojna, a słońce zaczyna chylić się ku zachodowi. Mekong wygląda wtedy spektakularnie, a całe doświadczenie jest bardzo relaksujące.

Po drodze do Kampi minęliśmy setki wzniesionych na palach domów. Przejeżdżając koło każdego, przynajmniej raz musieliśmy powiedzieć „hello”. Ludzie pozdrawiali nas, machali, dzieci wybiegały z domów, ciesząc się, próbując przybijać piątkę lub zapytać o nasz kraj pochodzenia. Khmerzy to (pomijając ich zwichrzone wyobrażenie o nieograniczonym bogactwie białych) bardzo ciepli i radośni ludzie. W ich zachowaniu nie daje odczuć się nieszczęścia, które w końcu zupełnie niedawno dotknęło ich kraj.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl