ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Czyli mała, tropikalna, niemal idealna wyspa w Zatoce Tajlandzkiej. Wybraliśmy ją na miejsce naszych kolejnych wakacji. Od sześciu tygodni biegamy z miejsca na miejsce, czas najwyższy na odpoczynek. A do tego Koh Mak nadaje się znakomicie: piękne plaże z białym pisakiem, gorąco na tyle, że można się wygrzać i opalić, ale nie na tyle, żeby mieć dosyć; woda przejrzysta i ciepła tak, że wejście do niej nie boli, chłodna jednak na tyle, żeby orzeźwić. Jakby wytępić wszystkie komary, byłby to istny raj na Ziemi.

Tradycyjne zakwaterowanie na wyspie to bungalow – bardzo proste, drewniane domki z łazienką lub bez. I tu należy wspomnieć o kolejnym atucie tego miejsca: jest tanio. Za nocleg w naszym pierwszym bungalow (z łazienką) płaciliśmy nieco ponad dwadzieścia złotych. Na trzy ostatnie noce przenieśliśmy się do innego ośrodka, gdzie cena była dwa razy wyższa, za to domek stał na samej plaży. Przed oknem hamak i leżaki, trzy metry dalej morze.

Bungalowy są czyste i dosyć wygodne, choć w pierwszym nieco brakowało mi przestrzeni na rozpakowanie plecaka. Mieliśmy też całkiem spore towarzystwo. Najpierw odkryliśmy (i nie przesadzam) piętnastocentymetrowego, włochatego pająka w łazience. Nieco później okazało się, że mieszka z nami nietoperz. Oraz kilka gekonów i stado mrówek.

Koh Mak ma około siedmiu kilometrów wzdłuż i jakieś cztery wszerz. Jest więc wystarczająco duża, żeby można było wybierać między kilkunastoma ośrodkami i restauracjami, jednocześnie nie ma tu tłumów, plaża przed domkiem jest praktycznie prywatna, a po dwóch dniach okazuje się, że znasz większość miejscowych  ( oni znają ciebie). Trafiliśmy tym lepiej, że był to sam początek sezonu. Pierwszej nocy załapaliśmy się na darmową imprezę z okazji jego rozpoczęcia, na której zebrała się większość ludzi z wyspy. Te same twarze, choć za każdym razem w nieco innym składzie, widywaliśmy co wieczór w The Monkey Bar, centrum życia nocnego Koh Mak, w którym każdej nocy odbywały się koncerty w wykonaniu Tee Happy Man & Friends.

Na Koh Mak, jak i na większość okolicznych wysp, przyjezdni mogą wybierać między wieloma sportami, głównie wodnymi, ale nie tylko. Są więc rowery, kajaki, łódki, siatkówka, znaleźliśmy nawet małą siłownię, ale ze względu na panujące tu warunki, najlepszym wyborem jest oczywiście nurkowanie (opcjonalnie snorkling). Było to dla mnie pierwsze podejście do tego sportu, trzeba było zatem zacząć od zrobienia licencji. Szkolenie Open Water Diver trwa 3–4 dni, składa się z części teoretycznej, zakończonej egzaminem, oraz praktycznej, czyli kilku godzin na płytkiej wodzie, żeby oswoić się ze sprzętem, oraz czterech zejść do 18 metrów.

Na kurs wybraliśmy jedną z czterech szkół znajdujących się na wyspie, a mianowicie Koh Mak Divers. Firma godna polecenia i nieco tańsza od pozostałych. Trzeba się tylko przyzwyczaić do brytyjskiego poczucia humoru Steeva, właściciela centrum. Moją instruktorką była Anouk, dziewczyna z Holandii. Niestety, Péter nie mógł zrobić kursu ze mną. Szkoda tym bardziej, że ja jestem nurkowaniem całkowicie zachwycona i nie mam zamiaru poprzestać na Tajlandii. Przed nami jeszcze kilka miejsc typu Indonezja, Australia czy Meksyk, gdzie podobno uprawianie tego sportu jest jeszcze ciekawsze.

Inną atrakcją, którą pochwalić się może wyspa, jest rezerwat słoni, który zarabia na siebie organizowaniem tzw. elefant trekking. Skorzystaliśmy z oferty i muszę przyznać, że było to sympatyczne doświadczenie.

Na Koh Mak trafiliśmy oczywiście także na święto. Trudno było w sumie nie trafić. Mottem Tajów jest czerpanie przyjemności ze wszystkiego, co się robi, jeśli coś da się zamienić w zabawę, to na pewno to zrobią. Z tego względu lubią oni różnego rodzaju uroczystości i nie opierają się przed przyjmowaniem zagranicznych świąt. Po co marnować okazje do zabawy?

Święto, na które trafiliśmy, to Loi Krathong, „spławianie tratewek”, jedna z dwóch najważniejszych dat w Tajlandii. Odbywa się ono w dwunastym miesiącu kalendarza lunarnego. Podczas pełni księżyca Tajowie puszczają na wodę koszyczki w kształcie kwiatu lotosa, wypełnione symbolicznymi ofiarami: kwiatami, kadzidłem, świeczkami. Na naszej wyspie imprezę zorganizowano na największym molo, gdzie została ustawiona scena. W programie był mały koncert w wykonaniu miejscowego taksówkarza, tradycyjne tańce przygotowane przez dzieci z jedynej szkoły na Koh Mak oraz, rzecz jasna, konkurs piękności.

Na Koh Mak zostaliśmy kilka dni dłużej, niż planowaliśmy. Ciężko się wyjeżdża z małej, tropikalnej, niemal idealnej wyspy.

W sumie dobrze, że dostaliśmy wizę tylko na piętnaście dni, bo nie zobaczylibyśmy nic z więcej z okolicznych państw. I tak musieliśmy już skreślić Laos. Na nowej liście pojawiła się za to stolica Malezji, Kuala Lumpur.
Ale zanim tam dotrzemy, poświęcimy kilka dni Kambodży.



KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl