KOCHI
Kochi, znane także pod nazwą Cochin, położone jest nad Morzem Arabskim w regionie Kerala na południowym zachodzie Indii.
Między południem a północą Indii jest przepaść. Niby kraj wciąż ten sam, królują kolorowe ubrania, podobnie jak mieszkańcy północy, ludzie tu też próbują naciągać białych, potrafią być mocno natarczywi, w Kochi, tak jak i w Delhi czy Waranasi, bezpańskie krowy, kozy i psy chodzą po ulicach. Ale to zwyczajnie nie to samo.
W Kochi jest przed wszystkim o wiele czyściej. Jeszcze może nie czysto, ale właśnie czyściej. Chodniki nie są wysypiskami, żadnych trupów na ulicach, po raz pierwszy od przekroczenia granicy pościel w wynajętym pokoju była w takim stanie, że nie musieliśmy używać śpiworów. Poza tym można pozwolić sobie na obniżenie progu ostrożności wobec miejscowych. Na północy ludzie naciągają rzeczywistość, opowiadają najdziwniejsze historie, kłamią i kombinują bez przerwy, tylko po to, żeby wyciągnąć te dwa grosze więcej. Nie można zaufać w zasadzie żadnej informacji. Nieraz lepiej nawet chodzić w kółko przez pół godziny niż zapytać o drogę, bo, często nie wiedzieć po co, odpowiedzi mogą być bardzo dalekie od realnego stanu rzeczy. W Kerala natomiast udało się nam porozmawiać z kilkoma osobami, w tym także sprzedawcami, którzy nie ograniczali się do stwierdzenia, że wezmę to czy tamto, a właściwie to wezmę dwa, bo przecież to jest „very good offer, very good price”. Tutaj zdarzyło się nawet, że po prostu przedstawiono nam ofertę i nie naciskano na zakup. Bardzo miła odmiana. Krótko mówiąc, południe to wersja soft północy. Osobom, które przyjeżdżają do Indii na krótko, polecilibyśmy odwiedzenie tego właśnie regionu. Zyskuje się mnóstwo czasu, jeśli nie trzeba walczyć o wszystko na każdym kroku, a czas w Kerali się przydaje, bo w okolicy jest co robić.
My, niestety, czasu mieliśmy nie za wiele. Musieliśmy ograniczyć się do dwóch–trzech rzeczy. Wybraliśmy Elephant Camp z przyległym schroniskiem dla zwierząt, wycieczkę łódką po tzw. back waters oraz wypożyczenie rowerów. Dwie pierwsze atrakcje są nieco komercyjne, trzecia z kolei raczej nie cieszy się popularnością. Dzięki temu, już jakieś piętnaście minut po wypożyczeniu rowerów, to my staliśmy się atrakcją turystyczną. Poczuliśmy się znów jak w nepalskich górach – ludzie byli bardziej zainteresowani tym, skąd jesteśmy i jak się tam żyje niż tym, co moglibyśmy od nich kupić. Jak zwykle pierwsze były przy nas dzieci.
Cztery dni w Kerali to mało, ale pomogły nam odzyskać nieco sił przed powrotem na kompletnie chaotyczną północ.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).