ENGLISH
WTOREK, 22 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

TREKKING W RAMECHHAP

Po pierwsze – nepalskie autobusy nigdy nie są pełne. Nawet nie chodzi o to, że ludzie w autobusach międzymiastowych nie tylko siedzą, ale też stoją, ani nie o to też, że ci stojący i siedzący upychani są w niemożliwej liczbie z bagażem na kolanach, pod nogami, z dziećmi siedzącymi na ramionach etc. Chodzi raczej o to, że Nepalczycy, kiedy upychanie do środka robi się trudne, obsiadają dach, przyczepiają się do otwartych drzwi oraz innych wystających rzeczy. I słowo honoru, nie ma czegoś takiego jak brak miejsca. Nieraz myśleliśmy już, że nikt więcej nie wejdzie, a koleś zajmujący się zbieraniem pieniędzy i upychaniem pasażerów zabierał a to czteroosobową rodzinę, a to jakiegoś plującego grubasa, a to grupę młodych chłopców i tak bez końca. Tak załadowanym autobusem Nepalczycy jeżdżą sobie po krętych, górskich dróżkach.

Po drugie – czas w Nepalu to pojęcie bardzo względne. Ludzie tu nie znają się na zegarku, nie potrafią oceniać ani odległości, ani czasu. Jeśli powiedzą „cztery godziny”, zazwyczaj znaczy to przynajmniej osiem. Jeśli zapyta się o to samo w kilku miejscach, powiedzmy, ile jedzie autobus z Kathmanadu do Pokhary, każda odpowiedź będzie inna (w naszym przypadku było to cztery, pięć, siedem i dziewięć godzin). Autobus, którym jechaliśmy do Mudhe, gdzie zaczynaliśmy trekking, miał jechać około czterech godzin. Na miejsce dotarliśmy nocą, po ośmiu godzinach bez żadnej przerwy na jedzenie czy toaletę. Tu czekała na nas pierwsza niespodzianka.

Mudhe to opcjonalne miejsce rozpoczęcia trekkingu. Jak już wspomniałam, wybraliśmy nową, jeszcze praktycznie nieuczęszczaną trasę – Indigenous Peoples Trail – która jest częścią projektu promującego nieturystyczne rejony Nepalu oraz kulturę ludzi tam mieszkających. Na trasie zaplanowanej na 7-8 dni można spotkać przedstawicieli sześciu grup etnicznych (Sherpa, Newa, Thami, Tamang, Yolmo i Majhis), noce spędza się głównie w tzw. home stays, a nie, jak w przypadku tras typu Annapurna, w tea houses, czyli po prostu mieszka się z lokalnymi rodzinami, które przeszły krótki kurs, i których mieszkania zostały przystosowane do potrzeb zachodnich turystów, osiągając najniższe europejskie standardy. To przynajmniej można znaleźć w i tak trudno dostępnych materiałach promocyjnych. W praktyce daleko im nawet do tych najniższych standardów, ale o tym później. Większym problemem okazała się bardzo mała adekwatność opisu trasy i brak map regionu. Mieliśmy do dyspozycji jedynie mapę z materiałów promocyjnych, która nie uwzględniała większości dróg w okolicy, a która byłaby jako-tako przydatna jeśli tylko miejscowi w ogóle umieliby czytać mapę. Do tego doszło to ich dziwaczne poczucie czasu i odległości, połączone z kompletnym brakiem zrozumienia, dlaczego chcemy iść normalnym szlakiem, a nie skrótem, który dla nas skrótem najczęściej wcale nie był. Czasowo często lepiej wychodziliśmy na obejściu doliny łagodną trasą niż na schodzeniu na dół i wspinaniu się po czasami nawet bardzo stromych stokach, po których miejscowi, od dziecka przyzwyczajeni do gór, biegali w plastikowych klapkach. Ale wróćmy do Mudhe.

Trasa IP Trail oficjalnie zaczyna się w Dunghe, ale nie dostaliśmy biletów, a w opisie stwierdzano, że w razie czego „you can spend a night in Mudhe”, a następnego dnia możesz dojść do Dunghe po trzech-czterech godzinach spaceru. Robiący za hotel slums bez wody i z toaletą, do której strach było wejść, wywołał w nas śmiech, choć wychodząc z autobusu modliliśmy się o czyste łóżko i prysznic. Nie było innej możliwości, więc trudno, mieliśmy śpiwory, uznaliśmy, że jedną noc przetrwamy, gorzej nie będzie. Kolejny błąd. Czas w hotelu spędziliśmy całkiem miło z prowadzącą go rodziną. Tu też pierwszy raz padło pytanie, które nas zamurowało: „love marriage or arranged marriage?”. Kwestią wyjaśnienia: już dawno porzuciliśmy próby wyjaśniania ludziom, którzy nie mówią płynnie po angielsku, że jesteśmy zaręczeni. Z jakiś powodów nie są w stanie tego zrozumieć, prędzej czy później zawsze kończyło się tym, że dochodzili do wniosku, że jesteśmy małżeństwem, to i my uznaliśmy, że tak będzie łatwiej, więc na pytanie o relację między nami odpowiadamy „tak, to mój mąż”, „tak, ona jest moją żoną”. Pomaga nam w tym fakt, że jesteśmy zaręczeni według węgierskiego zwyczaju, co oznacza, że oboje nosimy już nasze ślubne obrączki, z tą różnicą jedynie, że w tej chwili nosimy je na lewej ręce, z której na ślubie przełożymy je na prawą. Po pierwszym dziwnym pytaniu, które padło jeszcze kilkakrotnie w ciągu kolejnych kilku dni, pojawiło się następne, także później powtarzane: skoro jesteście małżeństwem, to gdzie są wasze dzieci? Ile macie synów i córek? Odpowiedzi na nie już jakoś nie bardzo potrafili zrozumieć.

Z samego rana spokojnie ruszyliśmy w kierunku Dunghe. Ostateczny cel – Kholakharka. Cały spacer powinien był zająć nam jakieś sześć godzin. Zaczęliśmy się nieco niepokoić, kiedy zaczęło zmierzchać, ale w tym momencie byliśmy z grupą miejscowych, którzy szli w to samo miejsce i przekonali nas do pójścia z nimi skrótem. Znają drogę, wiedzą co robią – myśleliśmy. Fakt, może i wiedzieli, ale zapomnieli nam powiedzieć. W pewnym momencie po prostu zatrzymali się, mówiąc, że jeszcze długa droga, więc noc spędzają tu. Tu oznaczało Kalapani, coś co w Nepalu dumnie nazywa się wsią i figuruje na mapie, a co w praktyce było czterema czy pięcioma szałasami zrobionymi, z czego się da: kartonu, drewna, odrobiny blachy. W każdym szałasie palenisko i jedna prycza dla całej rodziny. Stanęliśmy przed wyborem: zamglony las w nieznanych górach po zmroku albo wspólna prycza z ludźmi, którzy nigdy nie widzieli łazienki. Wybraliśmy to, co musieliśmy wybrać. Oprócz ludzi na pryczy spała też kura z kurczętami i pewnie jeszcze jakieś inne zwierzęta, ale było ciemno i nie dociekałam. Na tej wysokości nie ma już przynajmniej zbyt wielu robali. To była jedna z najgorszych nocy w naszym życiu. Twardo, brudno, zimno, kilku chrapiących facetów, co jakiś czas ktoś z jakiś powodów zaczynał krzyczeć, potem zaczynali krzyczeć inni, dziecko zdaje się narobiło do wspólnego łóżka, a kurczaczki próbowały po cichu uciekać spod kury. Nie było mowy o zaśnięciu. Przeczekaliśmy ciemność i jak tylko zaczęło świtać ruszyliśmy dalej. Jedno trzeba przyznać – jak na te warunki kolacja, tradycyjny daal bhat, nie była zła.

Krótki spacer od szałasów i widok zrekompensował nam dwie ostatnie noce. Himalaje. Mont Everest. Nepalskie góry to pierwsza rzecz, której widok nas tak naprawdę zachwycił (Korea zachwyciła nas całością, nie obrazem). Nie mam tu na myśli samych Himalajów. Niższe góry ze swoimi tarasami, doliny, wioski, to wszystko razem – i użyję tu tego określenia, choć go nie lubię – zapiera dech w piersiach. Widoki wydawały nam się równie niesamowite pierwszego i ostatniego dnia, nie sposób się nimi znudzić i żadne zdjęcie nie odda ich prawdziwej atmosfery.

To, co w Nepalu nawet bardziej zachwycające, to ludzie. Na naszej trasie spotykaliśmy w zasadzie wyłącznie miejscową ludność, na białych trafiliśmy dwukrotnie i dwukrotnie były to osoby idące z przewodnikiem, które trafiły tu po znajomości. Dla niektórych, szczególnie bardzo młodych Nepalczyków, byliśmy pierwszymi białymi, jakich widzieli. Ze strony większości z nich spotkaliśmy się z bardzo dużą życzliwością i zainteresowaniem. Potrzebne było tylko jedno magiczne słowo – namaste. Jest to uniwersalne pozdrowienie, które otwiera wszystkie drzwi i sprawia, że nieco podejrzliwy wzrok ustępuje miejsca szerokiemu uśmiechowi. Pozdrawialiśmy więc każdą spotkaną osobę, a oni odwdzięczali się tym samym i niejednokrotnie zapraszali nas do przyłączenia się do nich czy nawet pozostania w ich wiosce na noc. Ludzi na trasach, jak na góry, było sporo, tak się bowiem złożyło, że trafiliśmy na największe hinduskie święto, z okazji którego wszyscy mieli dziesięć dni wolnego i tłumnie ciągnęli z Kathmandu do swoich rodzin.

Kolejnego dnia wszystko z początku szło dobrze. Znaleźliśmy wszystkie punkty oznaczone na mapie, choć w innej kolejności, bo skrót z dnia poprzedniego prowadził najpierw przez miejsce, do którego mieliśmy dojść następnego dnia, a dopiero potem przez wioskę, w której mieliśmy spędzić poprzednią noc. Zmęczeni, nieco rozczarowani nieadekwatnością opisu („Kolaharka is a perfect place to have lunch” oznacza na przykład, że jest tam kilka szałasów i w ze dwóch z nich można kupić herbatniki i chińskie zupki, jedyny z resztą asortyment większości sklepików po drodze), ale za to zachęceni myślą, że trafiliśmy na właściwy szlak i następną noc spędzimy w miejscu spełniającym najniższe zachodnie wymogi postanowiliśmy zrobić trasę dwóch dni w jeden. I wyszłoby nam to pewnie, gdyby nie kolejny skrót, który, jak się zarzekali miejscowi, jest jedyną właściwą drogą. Do względnie czystego miejsca do spania zabrakło nam jakiejś godziny marszu. Gdy zapadała noc, byliśmy na bardzo stromym zboczu, a po przekroczeniu doliny czekało nas takie samo podejście. Najbardziej rozsądnym wyjściem z sytuacji było zawrócenie do ostatniego domu i poproszenie o nocleg. Przyjęli nas z uśmiechem, przenieśli dziadka do innego pokoju, gdyż tym razem budynek był jako-tako murowany i podzielony na części, przygotowali kolację (wszystko oczywiście z własnego ogrodu) i poczęstowali raksi własnej roboty, czyli tak zwanym nepalskim winem, niezbyt mocnym alkoholem przypominającym nieco węgierską palinkę. Gdy zapytaliśmy o zapłatę, powiedzieli, że możemy dać coś wedle uznania. Daliśmy prawdopodobnie dwa razy za dużo, ale pieniądze na pewno trafiły we właściwe miejsce.

Dwa następne dni szło się całkiem nieźle. Nie padało tym razem, a my staraliśmy się trzymać większych dróg, dziękowaliśmy za skróty. Pierwszy raz trafiliśmy na noc do przygotowanego miejsca, które podobno miało być najlepsze na całym szlaku. Udało nam się nawet wziąć coś w stylu zimnego prysznica i choć dla miejscowych europejski standard oznacza, że zamiast jednego dużego łóżka dla wszystkich jest kilka osobnych, a obok domu jest wychodek, miejsce, jako że wciąż jeszcze nieuczęszczane, było przynajmniej względnie czyste. Dobra passa skończyła się następnego dnia po południu, kiedy to dotarliśmy do miejsca, w którym schodziło się z pięć różnych dróg. Nie do końca to było na mapie, tak jak i miejscowi nie do końca mogli się zdecydować, gdzie nas wysłać. Wybraliśmy więc dużą drogę, która najbardziej odpowiadała tej na mapie i skończyliśmy w kompletnie innym miejscu, gdzie znów, zamiast względnie normalnych domów, pojawiły się szałasy. Jeden nocleg w takim szałasie wystarczy na całe życie. Chcieliśmy wrócić na trasę, ale od rozwidlenia szliśmy cały czas w dół, na tę samą drogę pod górę nie wystarczyłoby nam dnia. Jak na zawołanie zjawił się autobus, czy raczej robiąca za autobus ciężarówka. Widzieliśmy ją już wcześniej, pełną ludzi, jeżdżącą po stromych serpentynach, gdzie my szliśmy ostrożnie, żeby nie zjechać. Stwierdziliśmy, że są kompletnie pomyleni, żeby wsiadać do czegoś takiego. Teraz znów mieliśmy dwa wyjścia: zboczyć z trasy i prawdopodobnie dwie kolejne noce przespać na dzielonych pryczach albo wsiąść na pakę. Żadne wesołe miasteczko nie dostarcza większych emocji jak taka przejażdżka. Przez pół godziny kurczowo trzymałam się wszystkiego, czego się dało i zastanawiałam się nad tym, którędy da radę najszybciej wyskoczyć, jak ciężarówka zacznie staczać się w przepaść. Pewnie wyskoczyłabym kilka razy, kiedy samochód nie wyrabiał na ostrych zakrętach i staczał nieco w dół, żeby znowu ruszyć, gdyby nie zapewnienia Petera, że jest ok, choć podejrzewałam, że on sam w to wierzył. Z tyłu paki stał mężczyzna z wykręconą laską, najwyraźniej jakiś rodzaj szamana i zaklinał drogę. Koleś obok, żeby mnie czymś zająć, zaczął rozmowę o tym, że Nepal to niedobry kraj, bo drogi są takie niebezpieczne, a na którymś kamieniu jednemu z pasażerów pękła puszka z niebieską farbą i rozlała się po pace. Po wyjściu z ciężarówki przysięgłam Peterowi, że nie będę już narzekała na szałasy i skróty, bylebyśmy nie korzystali więcej z tego rodzaju autobusów.

Nie była to jedyna atrakcja tego dnia. Na drogach spotykaliśmy całe grupy ludzi niosące i prowadzące zwierzęta, głównie koguty, kozy i bawoły. Zbierali się przy małych świątyniach na wzgórzach. Zaprosili i nas. Nie myślałam, że kiedyś zobaczę składanie ofiar ze zwierząt. Nie mogliśmy zostać długo, więc widzieliśmy tylko jak starszy mężczyzna zabija gołębia, po czym składa jego głowę na ołtarzyku obok kwiatów, cukierków, herbatników i wielu innych niezbyt, jak na nasz gust, pasujących do sytuacji przedmiotów, po czym miesza jego krew z jajkiem. Pozostałe zwierzęta czekały na swoją kolej. Zachęcano nas do robienia zdjęć, ale, jak na złość, bateria w aparacie umarła kompletnie, a w ostatniej wsi nie było możliwości jej podładowania. Mocy starczyło na jedno marne, niewiele pokazujące zdjęcie.

Tego dnia, a także podczas kolejnych, widzieliśmy Nepalczyków niosących zabite zwierzęta lub dzielących mięso z bawołu, mijaliśmy wiele miejsc ubroczonych krwią. Dostaliśmy kilka zaproszeń do świętowania, czyli jedzenia mięsa „szczęśliwych zwierząt”. Na szczęście w tej części świata ludzie bez problemu rozumieją, co znaczy wegetarianin i nie naciskali. Od wjechania do Nepalu mięsa praktycznie nie tykamy, a na pewno już nie dalibyśmy się na nie namówić w tych warunkach.

Na sześć nocy, które spędziliśmy w górach, jedynie dwie udało nam się spędzić w zaplanowanych miejscach. Ostatniej, mocno zdeterminowani, żeby dojść, robiąc znów podwójny odcinek, szliśmy jeszcze ze dwie godziny po zachodzie słońca. Ruszyliśmy o szóstej rano, praktycznie nie robiliśmy przerw, uznaliśmy, że starczy, zobaczyliśmy wystarczająco, czas wracać do cywilizacji. Ale nie ma łatwo. Kiedy szczęśliwi znaleźliśmy właściwą wioskę i właściwy dom, okazało się, że właściciel zamknął dom i jedyny w okolicy wychodek na kłódki i radośnie pojechał sobie do innej wsi. A więc kolejna noc w zwykłym nepalskim domu. Nie było źle, przynajmniej żadnych kur w łóżku, jedynie ktoś obok najwyraźniej starał się w nocy o potomka.

Do przystanku autobusowego, z którego odjeżdżały autobusy do Kathamandu, zostało nam około godziny marszu. We wsi powiedziano nam, że każdego dnia jest „many, many buses”. Ruszyliśmy o szóstej, żeby jak najszybciej wrócić do miasta. Nie wierzyliśmy jednak, że to koniec przeszkód i nie pomyliliśmy się.
W Nepaltoku i na trasie do niego prowadzącej zobaczyliśmy kilka autobusów. Wszystkie jechały z Kathmandu. Pytaliśmy każdego kierowcy i zawsze ta sama odpowiedź „Kathamndu dziś? Nieee. Może jutro, a najwcześniej dziś około dziesiątej-jedenastej w nocy. Jest święto”. Wybornie. Lało, ale co robić, droga kończyła się w Nepaltoku. Ruszyliśmy w kierunku Kathmandu. Im więcej wsi ominiemy, tym większa szansa, że ktoś będzie przejeżdżał i nas zabierze. W razie czego do najbliższego miasta jest 30-40 kilometrów, damy radę dojść.

Pierwszy samochód znalazł się, jak uszliśmy z pięć. Ujechaliśmy niewiele więcej, zanim definitywnie zażądaliśmy od kierowcy zatrzymania się. Panowie zachowywali się dość podejrzanie. Zażyczyli sobie śmiesznie wysokiej stawki za przejechanie 60km, w bardzo marny sposób próbowali grać na naszych uczuciach, po czym zaczęli kombinować coś ze zjeżdżaniem z trasy. Prawdopodobnie chodziło tylko o jakiś teatr, żeby wyciągnąć więcej pieniędzy, ale woleliśmy nie ryzykować.

Jakąś godzinę później zabrał nas busik wiozący całą rodzinę. Po trzech minutach odkryli, że brakuje im jednej komórki. Więc wracamy. W drodze powrotnej do Nepaltoku minął nas autobus, jeden z tych, których kierowcy zarzekali się, że dziś nie wracają. Jak już nieraz w ciągu ostatnich dni, zaczęliśmy podejrzewać, ze ten cały trekking to jakaś ukryta kamera. Szukanie komórki zajęło kolejną godzinę, bez powodzenia (znalazła się po drodze w samochodzie). Uznaliśmy, że co by się nie działo, nie ruszamy się z busika, dopóki nie będziemy w Kathmandu.
U Marissy zjawiliśmy się tego dnia po południu. W Kathmandu spędziliśmy jeszcze dwa dodatkowe dni, potrzebne na załatwienie indyjskiej wizy i wypranie wszystkiego, łącznie ze śpiworami, plecakami i kurtkami. Żeby odbić sobie nieco niewygodę wycieczki w góry, przenieśliśmy się do dosyć drogiego jak na nepalskie standardy i najbardziej zbliżonego do czystego hotelu blisko Thamelu. Na recepcji wisiał plakat reklamujący IP Trail. Zapytaliśmy, skąd go mają, materiałów nie ma nawet w agencjach turystycznych, na co recepcjonista odpowiedział, że koleś, który stworzył ten szlak mieszka w tym właśnie hotelu. I faktycznie, Gerry, specjalista od rozwoju regionalnego, Irlandczyk, zajmował pokój piętro pod nami. Wieczór spędziliśmy u niego. Opowiedział nam o tworzeniu szlaku, o tym, jak próbowano przygotować właścicieli domów do przyjmowania turystów, poprosił o uaktualnienie informacji i przeredagowanie artykułu w Wikipedii. IP Trail jest dopiero w pierwszej fazie powstawania, gotowy będzie za jakieś 5-6 lat, informacje nie są aktualne, bo praktycznie nie ma tam jeszcze ludzi, więc wszystko oparte jest na doświadczeniu jednej „grupy badawczej” złożonej z dwóch białych i dwóch Nepalczyków, którzy byli tam dosyć dawno temu. Poza tym potrzebują informacji o tym, jak radzą sobie wybrane rodziny w kontakcie z turystami, bo tu jest najwięcej do zrobienia. W jednym miejscu na przykład właściciel używał pomieszczenia przeznaczonego na łazienkę jako schowka, z jednego pokoju zrobił skład butelek i innych śmieci, a w jedynym pozostałym pod poduszką Peter znalazł stary grzebień pełen włosów, jakąś szmatę, zapalniczkę i jeszcze kilka innych skarbów.

Spotkanie Gerry'ego to bardzo pozytywny zbieg okoliczności. Pomimo wszystkich niedogodności uważamy, że IP Trail jest rewelacyjnym projektem, który oferuje więcej niż popularne szlaki. Potrzebuje tylko nieco dopracowania i bardzo nas cieszy, że będziemy mogli przyczynić się do jego rozwoju.

Na zakończenie dwa słowa o Nepalczykach. Są to cudowni, otwarci i ciepli ludzie. Do okolic, w których byliśmy, nie dotarło jeszcze przeświadczenie, że ludzie z Zachodu żyją w niekończącym się dobrobycie, w związku z czym trzeba ich naciągać na każdym kroku. Oprócz jednej sytuacji wszyscy byli wobec nas uczciwi, dostawaliśmy ceny jak wszyscy inni, a nie pomnożone przez trzy, jak w Kathmandu. Wspaniałe jest to, że nawet mieszkający w szałasach chłopi znają odrobinę angielski, a w każdej wiosce znajdzie się osoba, z którą można w mniejszym czy większym stopniu, ale jednak płynnie porozmawiać. W Chinach o taką osobę było ciężko nawet w dużym mieście. To, co nie podoba nam się w Nepalczykach, to to, że żyją w strasznym brudzie. Nie nauczyli się jeszcze korzystać z niektórych udogodnień, nie trafia do nich zupełnie, że plastik to nie skórka od banana i rzucona na ziemię się nie rozłoży. Aż boli, kiedy widzi się śmieci przed domami, wzdłuż dróg, w środku lasu. Dosyć okropny jest też ich sposób załatwiania potrzeb fizjologicznych. Nie fatygują się, żeby odejść od wioski czy chociażby wyznaczyć jakieś konkretne miejsce. Robią gdzie popadnie pod własnymi oknami, może nie na środku drogi, ale wciąż zaraz pod domem. Nie rozumiem do końca, jak to się ma do idei skromności i obowiązku chodzenia w długich spodniach oraz zakrywania ramion, kiedy z toalety korzysta się na oczach wszystkich. Z myciem też jest ciężko. W mniejszych miejscach na wieś przypada jedno źródełko, w większych jest ich kilka, niektóre domy mają nawet swoje własne, ale wciąż wystawione na widok publiczny. Nepalczycy najczęściej myją więc tylko te części ciała, które wypada mieć odkryte. Nepal ogólnie jest dziwnym połączeniem rzeczy, które są zachwycające z tymi, które odrzucają. Prawdopodobnie jeszcze bardziej rażącym przykładem tego typu miejsca będą Indie, do których właśnie jedziemy.

KATHMANDU

Mamy rok 2067. Choć w Nepalu używany jest także kalendarz gregoriański, Bikram Sambat – tradycyjny kalendarz lunarny – jest nadal na tyle popularny, że w większości miejsc wiszą kalendarze z lokalną datą i jedynie naniesionym na nim naszym systemem liczenia czasu, a  na reklamach można znaleźć informacje w stylu „założone w 2065 roku”. Data to nie jedyna zmiana.

Krótki lot z Kunmingu przeniósł nas w zupełnie inną rzeczywistość. Jest kolorowo, gwarno, ani śladu po wieżowcach czy choćby nieco bardziej nowoczesnych budynkach. Jest za to sporo kilkupiętrowych restauracji i kawiarni z (moimi ulubionymi) klimatycznymi tarasami na dachach. Wszędzie pełno jest mnichów, a po ulicach biegają małpy. Katmandu to wielka wioska, która zamiast rozrosnąć się we wszystkie strony – w górę, na boki i pod ziemię – została przy swoim wiejskim systemie, dostawiając jedynie coraz to nowsze baraki i niskie domy obok tych już istniejących. To z rzeczy, które kreują specyficzną atmosferę tego miejsca.

Z tych, które utrudniają cieszenie się nią, szczególnie irytujące są dwie: śmieci i bicie psów. W mieście nie ma niczego podobnego do kosza na śmieci. Wszyscy po prostu rzucają to, co już niepotrzebne tam, gdzie akurat stoją, a potem siedzą w tym syfie.

Ulice to wielkie wysypiska, w niektórych miejscach śmieci tworzą pagórki, z których podjadają chodzące samopas krowy. Spacerując nocą po Katmandu można czasem trafić na małe uliczne ogniska, gdyż czasami Nepalczycy próbują palić śmieci. Generalnie miasto nocą jest niemal kompletnie wyludnione, spacer poza bardzo turystycznymi rejonami nie należy do przyjemności, szczególnie że po ulicach kręcą się sfory psów, które bite i maltretowane przez mieszkańców raczej nie są przyjaźnie nastawione do ludzi. W Nepalu nie mieliśmy zamiaru spędzać zbyt wiele czasu, z początku myśleliśmy też o zrezygnowaniu z głównej aktywności, jaką oferuje ten kraj, to jest z trekkingu, rozglądaliśmy się nawet za możliwością załapania się na jakiś wolontariat. Wyszło jednak tak, że nie tylko poświęciliśmy Nepalowi dwa razy więcej czasu niż planowaliśmy, ale i większą jego część spędziliśmy w górach. Na wolontariat mieliśmy zbyt mało czasu, bo większość z nielicznych możliwości związana była ze współpracą z placówkami typu dom dziecka. Pomysł z wolontariatem będzie musiał zatem poczekać prawdopodobnie aż do Australii.

Poza tym znaleźliśmy nowy, dobrze się zapowiadający i wyraźnie bardzo mało uczęszczany szlak w regionie Ramechhap, który mieścił się w naszych możliwościach czasowych. Zredukowaliśmy więc nasze plecaki do jakiś pięciu kilo, resztę zostawiliśmy u Marissy, u której zatrzymaliśmy się w Katmandu, zapakowaliśmy dużą butelkę rumu do picia na wszelki wypadek po lokalnych posiłkach, małą ilość suchego prowiantu i całkiem spory zapas tabletek do odkażania wody (podobno tą miejscową nie powinno się nawet płukać zębów), po czym, nie wiedząc do końca, czego się spodziewać, ruszyliśmy w stronę Mudhe. Od tego momentu zaczęło robić się ciekawie.

 

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl