W kwestii transportu zniosłam już w Azji wiele. Wytrzymałam nieludzki tłok w nepalskich autobusach, syf, plucie i palenie w autobusach w Chinach, nie narzekałam na najniższą klasę w pociągach w Indiach. Ale są granice, a pociąg z Jakarty do Jogjakarty (klasa ekonomi, w dzień po meczu finałowym Malezja–Indonezja o puchar Azji Południowo-Wschodniej) je przekroczył.
Na biletach mieliśmy numery siedzeń. Naszego miejsca nie zobaczyliśmy, bo nie dopchaliśmy się w jego pobliże. Nie udało nam się nawet wepchnąć do naszego wagonu. Po kilku minutach starań Peter stał na górnym schodku, ja w połowie wystawałam z pociągu, a za mną było jeszcze kilku bardzo chcących wsiąść facetów.
Spróbowaliśmy w innym wagonie. Udało nam się dostać do środka, ale co z tego, skoro nie było miejsca na to, żeby chociażby zdjąć plecak, nie mówiąc już o tym, żeby np. na nim usiąść. Przejechaliśmy trzy stacje, na każdej wpychał się nowy tłum pasażerów oraz kilku handlarzy sprzedających wodę, tandetne zabawki i papierosy, które pasażerowie przy trzydziestoparostopniowym upale oczywiście palili w pociągu. W pewnym momencie znaleźliśmy się pośrodku wagonu, z tłumem pchających się i wrzeszczących ludzi z jednej i tym samym z drugiej strony. Wszyscy chcieli przejść, nie wiadomo po co ani którędy, popychali nas i siebie nawzajem. Powiedziałam dość. Dziewięć godzin w takich warunkach to przegięcie. Po długiej walce wydostaliśmy się z pociągu. Na szczęście byliśmy wciąż jeszcze w Dżakarcie.
Wróciliśmy na dworzec, kupiliśmy bilety na, niestety, najwyższą klasę i pojechaliśmy kilka godzin później. Czekając na nasz drugi pociąg, zobaczyliśmy kilka innych, równie załadowanych składów, z ludźmi wystającymi z drzwi i okien oraz siedzącymi na dachach pociągów.
Jogjakarta, czy inaczej Yogyakarta, nazywana najczęściej po prostu Jogją, to najczęściej odwiedzane przez turystów miasto Javy. Nazwa Yogyakarta odnosi się zarówno do miasta, jak i do całego regionu, który z kolei należy do kilku nielicznych miejsc w Indonezji, w których wciąż panuje sułtanat.
Do Jogjy dojechaliśmy o 2:00 rano. Nie było sensu wydawać na nocleg, z plecakami pojechaliśmy więc do Borobudur, oddalonej o półtorej godziny jazdy od miasta starożytnej buddyjskiej świątyni, która uznawana jest za największą tego typu budowlę na świecie. Borobudur stylem przypomina Angkor Wat i, choć jest jedynie pojedynczą świątynią, a nie zajmującym setki kilometrów kwadratowych kompleksem, zaryzykuję stwierdzenie, że robi od niego większe wrażenie, a to w dużej mierze za sprawą dobrego zakonserwowania i swojego rewelacyjnego położenia. Z Borabudur roztacza się widok na czynny wulkan Merapi oraz okoliczne wzgórza, oddzielone od świątyni puszczą, która, najwyraźniej, wiecznie pokryta jest mgłą.
Spokojny spacer po Borobudur utrudniają całe wycieczki szkolne polujące na białych. W szukaniu Europejczyków i Amerykanów do zdjęć pomagają dzieciom wychowawcy i nauczyciele. Peter w pewnym momencie zrobił sobie karteczkę „Zdjęcie z białym – 1000 rupiah, trzy – 2500”, a jednej grupie w zamian za pozowanie kazał zaśpiewać jakąś ludową piosenkę. Zaśpiewali. A my jesteśmy na kolejnych kilkudziesięciu – jeśli nie kilkuset – zdjęciach.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).