JEZIORO TOBA
Piętnastogodzinna podróż autobusem z Bukittinggi do Parapat była koszmarem. Na jej wspomnienie wciąż robi mi się niedobrze. Kierowca bardzo starał się, żeby zapewnić pasażerom jak najniższy komfort podróży. Przez piętnaście godzin, wliczając w to całą noc, puszczał płyty z indonezyjskim karaoke. Poziom tych utworów dorównuje najbiedniejszemu disco polo. Słów nie rozumiemy, ale z teledysków można wywnioskować, że każda piosenka opowiada o tym samym: on się w niej zakochuje, zdobywa jej serce, potem ją zdradza, ona odchodzi, a on jest zrozpaczony. Muzyka przez całą drogę na full, szyby aż chodziły. Można to znieść przez godzinę.
Jakby komuś od samej krętej, górskiej drogi i dramatycznie złej muzyki nie zrobiło się niedobrze, z pomocą przychodzą: rozpylany co chwilę obrzydliwie słodki odświeżacz do powietrza oraz pasażerowie i kierowca palący w autobusie. Dodajmy do tego zapalone przez całą noc światło, klimatyzację nastawioną na około piętnaście stopni i kobietę wymiotującą na siedzeniu za nami. W Parapat wysiedliśmy konkretnie sponiewierani. Ale warto było.
Parapat to mała miejscowość położona nad jeziorem Toba – jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie do tej pory widzieliśmy. Toba wypełnia długi na 100 i szeroki na 30 kilometrów krater superwulkanu o tej samej nazwie. Wybuch Toby, który miał miejsce około 70 tysięcy lat temu, uważany jest za największą erupcję wulkaniczną, jaka wydarzyła się na Ziemi w ciągu ostatnich 25 milionów lat. Zdarzenie to miało wpływ na klimat całej planety, powodując wulkaniczną zimę oraz, według niektórych naukowców, wyginięcie większości ówczesnej ludzkiej populacji. Wybuch Toby pokrył całą południową Azję – uśredniając – piętnastocentymetrową warstwą pyłu (w Tajlandii warstwa ta dochodziła do dziewięciu metrów, a w Indiach wciąż można znaleźć miejsca, gdzie osiąga ich sześć).
Celem naszej podróży nie był Parapat, ale Samosir, wyspa położona na samym środku jeziora. Po około czterdziestu minutach bardzo przyjemnego rejsu promem dopływa się do miejscowości Tuk Tuk, lokalnego resortu. Już sam widok wyspy może wynagrodzić noc spędzoną w autobusie. Tuk Tuk widziany z jeziora przywodzi na myśl małe, włoskie wysepki.
Samosir, jak i cała Sumatra, ostatnimi czasy nie cieszą się zbyt dużym zainteresowaniem turystów. Wizy, które do niedawana wydawano bezpłatnie na okres trzech miesięcy, obecnie przyznawane są na miesiąc i to za opłatą (25$). Większość ludzi, mając do dyspozycji jedynie 30 dni na całą Indonezję, zostanie przy odwiedzeniu najbardziej popularnych miejsc, zamiast tłuc się setki kilometrów na północ, żeby zobaczyć atrakcje drugiej czy trzeciej kategorii. Ich strata, brak turystów dodaje tylko temu miejscu uroku.
Jako że niemal każdy mieszkaniec Tuk Tuk dysponuje jakimś typem zakwaterowania, a odwiedzających jest jak na lekarstwo, można przebierać do woli w ofertach. Ceny noclegów są tak niskie, że bez problemu mogliśmy pozwolić sobie na coś bardziej eleganckiego z wygodnym łóżkiem i ciepłą wodą. Cisza, spokój, przezroczysta woda jeziora, piękne góry, mnóstwo tanich restauracji z bogatym (i eklektycznym) menu. Żyć, nie umierać. Poważnie rozważaliśmy możliwość zostania tam na święta.
Jedynym mankamentem naszego pobytu na Samosir był fakt, że trafiliśmy na porę deszczową. Nie byłoby to wielkim problemem, gdybyśmy pewnego dnia nie postanowili objechać wyspy na wypożyczonym skuterze. Wybieranie się na stukilometrową wycieczkę z założeniem, że pewnie nie pada częściej niż raz dziennie, a rano już była przecież burza, to bardzo głupi pomysł.
Żadne z nas nie miało wcześniej zbytnio do czynienia ze skuterami, miejscowi jeżdżą po azjatycku. W takich warunkach dwie godziny po ciemku, w ulewnym, tropikalnym deszczu ciągnęły się w nieskończoność. Nie wiem, jakim cudem udało się nam po tym nie rozchorować.
Pomimo że wyspą byliśmy zachwyceni, postanowiliśmy wrócić do Dżakarty. Nie chcąc ryzykować kolejnych kilku godzin z karaoke i spóźnienia się na samolot, wybraliśmy szybszy, prywatny minibus, który okazał się być samochodem osobowym. W towarzystwie chłopaka z Holandii i trzech starszych pań, po kilku godzinach jazdy, za którą kierowca w Europie dziesięć razy straciłby prawo jazdy, dotarliśmy na czas na lotnisko w Medanie.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).