YATSUHASHI, MATCHA I OKONOMIYAKI
Czyli krótko o japońskiej kuchni. Temat jest szeroki, a my mieliśmy zbyt mało czasu, żeby spróbować wszystkiego, czego byśmy chcieli, stąd jedynie dwa słowa o kilku rzeczach, które przypadły nam do gustu. Matcha, czyli zielona herbata w proszku, którą można dostać także w Polsce, jest produktem typowym dla okolic Hiroszimy i dodaje się ją do bardzo wielu rzeczy takich jak ciasta, torty, lody. W wielu kawiarniach sprzedawana jest matcha latte. Jedna z form Yatsuhashi, czyli małych trójkątnych pierożków, również zawiera matchę.
Z niesłodkich rzeczy warto zwrócić uwagę na okonomiyaki. Ma ono wiele odmian, ale generalnie jest to danie wielowarstwowe przygotowywane na rozgrzanej blasze, które z daleka może przypominać nieco pizzę. Najniższa warstwa to rodzaj naleśnika czy placka, na który kładzione są pozostałe składniki: makaron, warzywa, mięso etc. Całość polana specjalnym sosem. Jedna z fajniejszych rzeczy, jakie można zjeść w Japonii.
Uwaga dodatkowa: w japońskich restauracjach nie mają zdjęć potraw. Mają coś lepszego – wystawiane na witrynach plastikowe atrapy jedzenia, które można dostać w środku. Wyglądają one tak autentycznie, że na początku zastanawialiśmy się, czy jest to prawdziwe jedzenie pokryte warstwą czegoś konserwującego, czy też plastik.
W Tokyo przypadkiem udało nam się spróbować też kuchni indonezyjskiej. Para, u której mieszkaliśmy nie tylko przygotowywała nam posiłki w domu, tak się akurat złożyło, że byliśmy u nich, kiedy skończył się Ramadan, więc zaprosili nas na obchody do ambasady. Po miesiącu postu świętowanie polega głównie na jedzeniu, a to, co nam dali w ambasadzie było całkiem niezłe.
TOKYO I INNE MIASTA
Tokyo ma 33 miliony mieszkańców i jest w nim tyle samo rowerów. Gdzie się nie obrócić, widać dziesiątki osób jadących na zazwyczaj mocno wysłużonych rowerach miejskich ze zbyt nisko jak na nasze standardy ustawionymi siedzonkami. Co kilkaset metrów można znaleźć wielkie rowerowe parkingi. Tak jest w każdym większym mieście, w którym byliśmy: w Hiroszimie, Osace, Kyoto. Nie ma lepszego sposobu na poruszanie się po japońskich miastach niż rower, dlatego też wynajmowaliśmy rowery wszędzie, gdzie się dało.
Miasta moją zazwyczaj dobrze rozwinięte sieci komunikacyjne, można wybierać między autobusami, pociągami i metrem (małym wyjątkiem jest Hiroszima, która zamiast metra ma tramwaje, nazywane jeżdżącymi muzeami), ale jednorazowy bilet może kosztować tyle, co wynajęcie roweru na cały dzień. Kultura jazdy jest wysoka, nawet przed wejściem do autobusu Japończycy ustawiają się w kolejki i grzecznie wchodzą jeden po drugim. Nikt się nie pcha, jedynym wyjątkiem są godziny szczytu, kiedy do wagonu jakoś zmieścić się trzeba, tu swoją pracę zaczynają metrowi upychacze, czyli ludzie zajmujący się dopychaniem pasażerów przed zamknięciem drzwi.
W godzinach szczytu w metrze działają ladies cars, wagony dla kobiet, a także dla starszych lub niepełnosprawnych. Rzekomo powodem ich wprowadzenia był fakt, że mężczyźni, wykorzystując fakt, że Japonki nie potrafią protestować, obmacywali je w czasie jazdy przy większym tłoku. Mówienie „nie” ogólnie sprawia Japończykom problemy. Odmowa jest niegrzeczna, dlatego w większości sytuacji powiedzą „tak”, jeśli tylko trochę ich ponaciskać. Oznaką, że nie mają ochoty spełnić prośby jest wciąganie powietrza, drapanie się po głowie i dźwięki typu „sss…aaa”, wtedy lepiej odpuścić.
Podobno zjawisko przyjmuje absurdalne rozmiary, my nie mogliśmy spotkać się z nim zbyt często, bo sama rozmowa z Japończykami nie jest zbyt często możliwa. Pomimo że większość opanowała do pewnego stopnia angielski, posługują się nim w bardzo minimalnym stopniu. Znów winny jest system nauczania, w szkole nie maja w ogóle konwersacji, od nauczyciela angielskiego usłyszeliśmy też, że nie mają motywacji do nauki języka, odwalają źle ułożony program i koniec. Osobiście dosyć wyraźnie doświadczyliśmy natomiast innego przejawu ich problemów z odmową. Zapytani o drogę nie są w stanie powiedzieć „nie wiem”. Czy wynika to z niechęci przyznania się do niewiedzy czy też z niemożliwości odmówienia pomocy – tego z kolei my nie wiemy, ale fakt jest faktem, żaden Japończyk nie powiedział, że nie wie, mimo że było oczywiste, że nie miał pojęcia, o co go pytamy. Za każdym razem osoba pytana wskazywała jakiś kierunek, czasem po kilkuminutowym namyśle lub próbie czytania mapy, szukając wskazanego miejsca w zupełnie innej dzielnicy. Trzy pod rząd o to samo zapytane osoby potrafiły wskazać trzy zupełnie inne miejsca, zdarzało się nawet, że jedna i ta sama osoba wskazywała dwa różne kierunki zmieniając zdanie („a nie, nie, to jednak będzie tam”).
Podsumowując, Japonia to bardzo przyzwoity kraj. Czysto, wszystko poukładane, mili, pomocni i przewidywalni ludzie. Od Korei, jak już wspomniałam, różni się szczegółami, głównie w mentalności mieszkańców. O ile uprzejmość Koreańczyków wydawała nam się naturalna i niewymuszona, o tyle tutaj czasami odnosimy wrażenie, że ludzie są przyjaźni trochę z obowiązku. No ale ciężko oceniać po spędzeniu w Japonii niecałych dwóch tygodni, to tylko nasze subiektywne obserwacje.
SPANIE W JAPONII
Z CS jest ciężko. Japończycy nie mają zwyczaju zapraszania gości do domu. Nie dziwne, sami ledwo się mieszczą w swoich malutkich mieszkankach. Dlatego ludzi z Japonii na CS prawie nie ma, jeśli da się już kogoś znaleźć, zazwyczaj jest to obcokrajowiec. Dlatego też musieliśmy trochę kombinować. Spanie to największy wydatek w Japonii, a kraj nie należy do tanich. Nie jest też tak ekstremalnie, jak się ogólnie przyjmuje, jeśli pilnuje się wydatków można wyjść ostatecznie jak przy podobnej długości pobycie w Europie. Oczywiście będąc już w Japonii nie można odmówić sobie pewnych lokalnych przyjemności, ale żeby nie dały one za bardzo po kieszeni, trzeba zaoszczędzić na czymś innym, na przykład na noclegach.
W ciągu naszego krótkiego pobytu spaliśmy na wszystkie możliwe sposoby: w hotelu kapsułowym, w namiocie, na plaży, u dwóch osób z CS (Kanadyjczyk oraz rodzina z Indonezji), w onsenie, w love motelu, w youth hostelu, w najtańszym z możliwych hostelu, w którym nie było nawet pościeli, warunkiem wejścia było okazanie śpiwora, kilka nocy spędziliśmy w autobusie korzystając z naszego bus passu.
Z wyżej wymienionych dwa zasługują na dodatkową uwagę: hotel kapsułowy i love motel. Obie możliwości zaliczają się do najtańszych, żadnej z nich nie znajdzie się też w Europie. Hotel kapsułowy jest bardzo wygodną opcją dla podróżujących samotnie lub w grupach tej samej płci. Tak w zasadzie sala z kapsułami nie różni się za bardzo od zwykłego dormu, znajduje się w niej od kilku do kilkunastu łóżek, różnica polega na tym, że są one obudowane, czyli o wiele bardziej prywatne. Wyposażenie kapsuły zależy od jej rodzaju, w naszych były dwie lampki, półeczka, budzik, telewizor. Jedyny problem polega na tym, że większość takich hoteli jest wyłącznie dla mężczyzn. W tych, w których kobiety przyjmują, kobiety i mężczyźni muszą spać w osobnych salach.
Alternatywą dla par jest love motel. Love motels można znaleźć w każdym mieście, poznaje się je po tym, że z zewnątrz wyglądają jak kasyna, w środku natomiast recepcjonista jest schowany za zasłonką lub ścianką, tak, że widać tylko jego ręce, a pokój wybiera się przyciskając guzik w specjalnej maszynie ustawionej obok. Nad guzikami zawsze są zdjęcia pokoi oraz cena: za noc, za pobyt w ciągu dnia, czasami za pół godziny. Recepcjonista bez słowa przyjmuje pieniądze i tyle. Klucze nie są potrzebne, ponieważ z takiego hotelu się nie wychodzi, opuszczenie pokoju jest równoznaczne ze zrezygnowaniem z niego. Pokoje wyglądają jak w normalnym przyzwoitej klasy hotelu, do dyspozycji duże łóżko, mały barek i prywatna łazienka, tyle że na stole można znaleźć program kanałów dla dorosłych na dany dzień. Zdarzają się też hotele z pokojami tematycznymi czy innymi atrakcjami, ale trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać, nasz pokój był zwykły z tapetą w króliczki z jakiejś bajki dla dzieci. Pobyt w love motelu jest dobrym pomysłem, jeśli w danym miejscu trzeba przespać noc, ale na dłuższą metę dla obcokrajowców nie jest wygodny: po wymeldowaniu się nie można zostawić plecaka, nikt nie udzieli informacji o mieście, nie ma map ani kuchni. Wszystko po cichu i dyskretnie. Love motels zyskały sobie dużą popularność w Japonii z tego samego względu, dla którego prawie nie ma Japończyków na CS – malutkie mieszkania z drzwiami z tektury, w których ciężko o prywatność. Oferta tych hoteli jest więc skierowana nie tylko, jak by się tego można spodziewać, do młodych, korzystają z nich także dojrzałe małżeństwa, dla których jest to jedyna szansa, żeby pobyć trochę sam na sam.
JAPONIA
- Where do you stay? – zapytał mnie celnik na lotnisku, ponieważ nie wpisałam nazwy hotelu w formularzu.
- We don’t know yet, we’ll look for some place when we get to the city.
- No, no, no, which hotel?
- I don’t have any hotel booked, I’ll look for it today.
- *^$^$&*%#& - nie znam japońskiego, ale ton przekleństwa jest rozpoznawalny międzynarodowo – no, no, no, your reservation, name of your hotel.
- We don’t have reservation, we are going to find a hotel today.
- %#&^*^$&&%.. How many of you?
- Two of us, me and my fiancé over there – powiedziałam wskazując na Petera stojącego za mną. Celnik go zawołał, mi najwidoczniej nie wierząc:
- Where do you stay In Japan?
- We don’t know yet, we’ll look for something when we get to the city – odpowiedział Peter, który nie słyszał wcześniejszej rozmowy.
- &@&*&$@&%*^ !! – i zadzwonił po kogoś. Zjawił się człowiek w białej masce.
- Go with him.
No to poszliśmy. Zaprowadził nas jakiegoś pokoju i zapytał:
- Where do you stay in Japan?
Wytłumaczyliśmy. Zapytał, czy znamy nazwę jakiegokolwiek hotelu w Japonii.
- Maybe Hilton? – zapytał Peter.
- Ok, you just have to put something.
Japonia na pierwszy rzut oka nie różni się od Korei. Podobne budynki, podobnie ubrani ludzie, podobne produkty w podobnych sklepach, to samo uwielbienie dla Hello Kitty, Myszki Miki oraz wszelkich innych małych i słodkich rzeczy. „Koreańczycy są jak Hiszpanie, Japończycy jak Niemcy” powiedział nam Fred, również Kanadyjczyk poznany jeszcze w Korei. I to chyba jest to. Innym razem w hotelu kapsułowym, w którym check out time był o 10:00, a ja o 10:02 byłam jeszcze w ogólnodostępnym saloniku szukając swojego długopisu, pani z recepcji przyszła wypomnieć mi moje niedopuszczalne spóźnienie. Ale poza tym są mili.
SHIRAHAMA
Z Wakayamy chcieliśmy dostać się w jakieś nieco mniejsze miejsce. Wypytaliśmy o możliwości w okolicy i ruszyliśmy wypróbować jeżdżenie stopem w Japonii. Działa i to bardzo dobrze. Zazwyczaj nie trzeba czekać dłużej niż pięć minut. Poza tym łapiąc stopa dajemy ludziom radość. Cieszą się jak dzieci, widząc nas przy drodze. Pewnie myślą o nas podobnie, jak my o nich: wyleźli z jakiegoś filmu. Jeżdżenie autostopem nie jest tradycją w Japonii, jak nam powiedział jeden z naszych kierowców, Japończycy są na to zbyt nieśmiali, ale sam zwyczaj znają, głównie właśnie z amerykańskich filmów.
Do Shirahamy dojechaliśmy wieczorem. Niewielkie miasto, przepiękna plaża z białym piaskiem i, niestety, popularne miejsce wakacyjne. Sezon już się wprawdzie skończył, większość hoteli zamknięta, ale trafiliśmy na weekend, więc drugiego dnia miejscowość wypełniła się ludźmi. Co gorsze, wszystkie możliwości noclegu dramatycznie drogie. Po przejściu kilku kilometrów z plecakami stwierdziliśmy, że starczy, byliśmy akurat przy samym brzegu morza, nie było plaży, jedynie skały, ale obok był jakiś skwerek i brak znaku „zakaz rozbijania namiotów”. Znaczy, że można. Nie był to najlepszy pomysł na świecie. Miejsce genialne, ale w mini namiocie przy czterdziestu stopniach i dużej wilgotności powietrza nie idzie spać. Nie dało się też spać na zewnątrz: stada komarów, że o karaluchach i innym robactwie nie wspomnę. O drugiej w nocy poddaliśmy się, zwinęliśmy namiot i wróciliśmy kilka kilometrów na plażę. Rozłożyliśmy się pod jednym z parasoli z palmowych liści, kiedy robiło się już jasno, a obudziliśmy, gdy plaża była pełna ludzi. Tu też spędziliśmy większość dnia.
Drugą noc postanowiliśmy przespać w normalnym łóżku, bo następnego dnia czekała nas całodzienna podróż do Hiroszimy. Znaleźliśmy najtańsze możliwe miejsce, w którego cenę wliczony był onsen – rodzaj japońskiej łaźni zbudowanej na gorących źródłach. Wygląda to w ten sposób, że na wejściu są prysznice (takie, jakie zaczęły się już w Mongolii: umieszczone nisko z krzesełkiem i zawieszonym przed nim lustrem), najpierw należy się umyć, a potem wchodzi się do wody. Podobnie wygląda sento, czyli zwykła łaźnia japońska, różnica polega na tym, że w sento woda nie pochodzi z gorących źródeł. W japońskich wannach, których rozmiar waha się od dużego wiadra po mały basen, siedzą wszyscy razem (panie i panowie osobno, rzecz jasna) lub, w przypadku tych mniejszych, jedni wchodzą po drugich. Biorąc pod uwagę, że pomiędzy kolejnymi osobami nie zmienia się wody, obowiązek wzięcia prysznica to dobry pomysł.
WAKAYAMA
Czyli położone jakieś 80 km na południe od Osaki niewielkie miasto w Japonii. Trafiliśmy tu trzeciego dnia pobytu w tym kraju. Pierwszą noc spędziliśmy w Tokyo, do czego wrócę nieco później, ponieważ w Tokyo będziemy jeszcze kilka dni. Druga noc upłynęła nam w autobusie. Przed przyjazdem kupiliśmy tzw. bus pass, czyli otwarty bilet na przejazdy na dowolnych trasach na pięć dowolnie wybranych dni. Jedynym ograniczeniem jest to, że jednego dnia możemy skorzystać jedynie z dwóch przejazdów, co zupełnie nie krzyżuje nam planów. Bus pass znaleźliśmy przypadkiem, to nowa rzecz, wprowadzona w te wakacje. Wstępnie planowaliśmy kupić train pass, podróżowanie pociągiem po Japonii jest, że tak powiem, bardziej klasyczne, ale przekonała nas cena. Bilet na pociąg jest (dosłownie) trzy razy droższy, do tego działa przez siedem kolejnych dni, a przy jedenastodniowym pobycie o wiele wygodniej jest mieć ich do dyspozycji pięć, ale dowolnie wybranych.
Do Wakayamy dojechaliśmy o siódmej rano. Na nocleg umówiliśmy się z Hugo, nauczycielem angielskiego i masażystą pochodzenia kanadyjskiego. Mogliśmy spotkać się z nim dopiero wieczorem, więc zostawiliśmy plecaki na stacji, wynajęliśmy rowery i pojechaliśmy na plażę odespać nieco noc w autobusie. Poruszanie się rowerem w Japonii jest więcej niż wygodne, poza tym w Wakayamie za tę przyjemność zapłaciliśmy około cztery złote za rower, w Tokyo za cały dzień policzyli nam około ośmiu. Bardzo dobra alternatywa do transportu publicznego, szczególnie biorąc pod uwagę jego ceny.
Plaża Kataonami była śliczna i opuszczona. Dla Japończyków lato kończy się 31.08, a jesienią przecież nie pływa się w morzu. Do tego woda – rewelacja. Miała idealną temperaturę: na tyle ciepła, że nawet ja nie miałam problemu z wejściem, na tyle chłodna, że orzeźwia. Obecnie w Japonii upały wciąż są dosyć uciążliwe, po godzinnej przejażdżce po mieście wejście do morza było naprawdę miłe.
KOMENTARZE:
2010-09-21 07:20:21 Marvin
Pöncsi! Köszi az sms-t, te is az maradsz nekem, akivel Zicsen együtt nyaraltunk és elbicikliztünk a Balatonig. Köszönöm a sok együtt töltött szép emléket, biztos azóta neked már 100x annyi van. :)
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).