ENGLISH
SOBOTA, 19 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Droga nad Bajkał

Zacznijmy od Irkucka, który miał być tylko noclegiem przed dotarciem do naszego właściwego celu.

Na miejscu umówiliśmy się z Viktorią. Dziewczyna pochodzi z Jakucji. Z rodziną widzi się raz na rok, bo w jej miasteczku panuje wieczna zmarzlina i nie można wybudować stacji kolejowej, a samoloty są zbyt drogie, żeby tam latać częściej.

Viktoria ma miesięcznego kotka, którego kupiła na bazarze za złotówkę. Mieszka razem z grupą znajomych w dzielonym mieszkaniu. Nie mają dodatkowego łóżka, spaliśmy więc na podłodze razem z kotem. Zaraz po przyjeździe zabrali nas na domówkę do znajomej, gdzie, jak się okazało, zebrało się towarzystwo irkuckich grotołazów. Szybko znaleźliśmy wspólny język, szczególnie z właścicielkami mieszkania, Ksenią i Anną, które są dziennikarkami w miejscowej gazecie. Znały jedną współczesną polską książkę, na nieszczęście „Samotność w sieci”, ale przynajmniej mamy o niej tę samą opinię.

W Irkucku przez przypadek dowiedzieliśmy się o burjackiej imprezie, jeśli tak to można nazwać, która odbywa się raz na cztery lata. Wokół wzgórza położonego niedaleko miejscowości Jelenci zbierają się wszyscy szamani z okolicy, aby odprawiać swoje rytuały. Osoby postronne są mile widziane, choć oczywiście muszą trzymać się w odpowiedniej odległości i nie mogą brać w obrzędach bezpośredniego udziału. Stwierdziliśmy, że jedziemy.

Na miejsce dotarliśmy wieczorem, bo dopiero po południu udało się nam znaleźć kogoś, kto nas tam zawiózł. Jak się okazało – spóźniliśmy się. Mieliśmy złe informacje, zjazd trwał jeden dzień, a nie, jak nas poinformowano, dwa. Zjedliśmy kolację w przydrożnym barze, którego całe menu stanowiły dwie rzeczy: barszcz i pozi – rodzaj okrągłych buriackich pierogów. W barze też zapytaliśmy o nocleg. Próbowaliśmy wprawdzie złapać stopa i dojechać bliżej wyspy, na której chcemy spędzić kilka dni, ale kręcąca się wokół nas lokalna młodzież nie chciała zrozumieć, że nie złapiemy niczego, jeśli będą koło nas stać. Zapadający zmrok też nie ułatwiał sprawy. Zaproponowano nam darmowy nocleg na podłodze w barze, problem jednak polegał na tym, że musielibyśmy tam siedzieć zamknięci bez łazienki (wychodek na zewnątrz) i światła aż do otwarcia, czyli jakieś 12 godzin. Ostatecznie miłe właścicielki baru podrzuciły nas do gospody w najbliższej wsi. Niby coś w rodzaju motelu, pokoje nawet ok, ale w budynku (ani okolicy) nie ma prysznica, a w jedynym zlewie obsługującym wszystkie pokoje była tylko zimna woda. Plusem było to, że nie mieli ustalonej godziny wymeldowania, wyspaliśmy się więc spokojnie i obudziwszy się rano odkryliśmy, że, w przeciwieństwie do naszego pierwszego pomysłu, żeby się gdzieś rozbić z namiotem, zostanie w gospodzie było słuszną decyzją. Na zewnątrz konkretnie lało.

Po lekkim ogarnięciu się, poszliśmy łapać stopa lub marszrutkę, które dowiozłyby nas do promu, którym to z kolei mieliśmy dostać się na wyspę na Bajkale, gdzie w międzynarodowym hostelu czekał już na nas zarezerwowany pokój. Okazało się to trudniejsze, niż myśleliśmy. Z godzinę staliśmy w deszczu, zaczepiani jedynie przez ludzi, którzy chcieli od nas „tylko czterdzieści kopiejek, na pewno macie pieniądze” lub około 100 zł za podrzucenie kilka kilometrów. W końcu zatrzymał się miły starszy pan, miejscowy, który nie myślał o braniu od nas pieniędzy. Po przejechaniu kilku kilometrów, po względnie sensownej drodze, asfalt się skończył i już nie pojawił się więcej ani na stałym lądzie, ani na wyspie. Nie mieliśmy pojęcia, że przejechanie 40 km może zająć tyle czasu. Polne drogi, po ulewnym deszczu wyglądające jak podłużne kałuże błota, nie pozwalały jechać szybciej niż 10–20 km na godzinę, a do tego samochód naszego kierowcy na pewno nie był terenowy.

Viktor, bo tak miał na imię, dosyć szybko zboczył z głównej trasy, po której jechały inne samochody, wybierając opuszczoną górską dróżkę. Uznaliśmy, że wie co robi i nie wygląda na kogoś, kto wysadzi nas na jakiejś polanie z nożem w ręku żądając pieniędzy. Nie pomyliliśmy się. Viktor wysadził nas wprawdzie dwukrotnie, ale raz po to, żeby pokazać nam widok ze swojego ulubionego wzgórza, a drugi raz przy swoim domku letniskowym nad Bajkałem, gdzie jego córka, Irina, przyjęła nas ciepłą kawą i bigosem.

Na wyspę dotarliśmy późno. Promy chodzą często i są darmowe, a przynajmniej nikt się o pieniądze od nas nie upomniał. Tu trzeba przejechać jeszcze 40 km po drogach tej samej jakości jak te, które prowadzą do promu. Wyspa wygląda na tak opuszczoną, że po drodze trudno uwierzyć, że dojedzie się w końcu do jakiejś wioski. Wioska jednak w końcu się znalazła, mała i drewniana, a na jej obrzeżach nasz hostel, także drewniany.
 

Kilka (zebranych) uwag o rosyjskich pociągach  

Raz – są do bólu punktualne. Żaden pociąg, którym jechaliśmy do tej pory nie spóźnił się na żadną stację ani o minutę, na żadnej też nie był ani o minutę za wcześnie. I wcale nie dlatego, że zegary na stacjach były przestawiane tak, żeby się zgadzało. Na rozpisce wiszącej w okolicach pociągowego czajnika można polegać bez obaw. Biorąc pod uwagę dystanse – duży szacun.
Dwa – żeby uprościć kwestię zmiany stref czasowych, wszystkie rozkłady międzymiastowe w kraju podane są w czasie moskiewskim. Zgodnie z nim też ustawione są wszystkie zegary na dworcach oraz np. czas pracy kas. Trochę mylące, jeśli strefy czasowe zmienia się szybko, ale w sumie to i tak najsensowniejsze rozwiązanie.
Trzy – o czym już wspominałam, na angielski nie ma co liczyć ani w kasach, ani w pociągach. Warto mieć przy sobie kartkę papieru, żeby uniknąć pomyłek. Nawet jeśli rozumie się rosyjski, jak pani w okienku jednym tchem wymieni pięć różnych godzin odjazdu pociągów i ich pięć różnych cen, można się pogubić. Należy być też przygotowanym na płacenie gotówką. Naklejki informujące o możliwości płacenia kartą są tylko naklejkami, w większości miejsc w ogóle nie chciano przyjąć karty, w dwóch kasach kartę przyjęto, ale podobno nie działała, pomimo że bankomat obok nie miał z nią żadnych problemów.
Cztery – nie wiemy, jak jest zimą, ale latem jeśli chce się pojechać najtańszą wersją, bilety lepiej kupić możliwie jak najwcześniej, na ostatnią chwilę ich po prostu nie ma.
Pięć – warunki jazdy. Nasz entuzjazm po dwóch pierwszych odcinkach trasy nieco opadł, im dalej na wschód, im pociąg dłużej w trasie, tym bliżej mu do stereotypowego wyobrażenia o kolei transsyberyjskiej, choć oczywiście bez przesady, żadnych klatek z kurami, na żadną pociągową libację też się nie natknęliśmy. Największym problemem jest to, że z tych 60 osób jadących w wagonie przynajmniej jedna na pewno będzie chrapać. Porównując ten stan rzeczy z naszymi oczekiwaniami można by nawet powiedzieć, że jest nieco nudno.

IRKUCK

Kolejny raz 30 godzin w pociągu. Tym razem bez większych przerw, jedynie zwykłe, trwające od 5 do 30 minut, postoje, na których od sprzedawców oferujących swoje towary w kartonowych pudełkach można kupić wszystko: od wody i piwa, przez lody, papierosy, zestawy obiadowe złożone z kotletów i ziemniaków zapakowanych w plastikowe torebki, aż po karty do telefonów. Pociąg jedzie z Moskwy, niektórzy pewnie właśnie tam zaczęli swoją podróż, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść wchodząc do wagonu – oddycha się raczej ciężko. W Irkucku chcemy spędzić jak najmniej czasu. Po załatwieniu kilku spraw typu mongolska wiza planujemy jak najszybciej uciekać nad Bajkał. Oboje mamy już dość brudnych i zatłoczonych miast.

NOWOSYBIRSK

31 godzin w pociągu. Jak na razie nasz rekord. Kolejna dobra rada – jak się kupuje bilet na pociąg dobrze sprawdzić jego trasę. Nasz pociąg wcale nie potrzebował ponad 30 godzin, żeby dotrzeć na miejsce. Wystarczyłoby mu ich 22. Pozostałe osiem stał na bocznicy w jakimś mniejszym miasteczku. Nawet nie był to cały pociąg, a dwa odłączone wagony czekające na podczepienie do innej lokomotywy. Te dwa składy rozpoczęły swoją trasę w Baku i przypominały raczej wozy cygańskie. Różnicy między ludźmi z Azerbejdżanu a Rosjanami nie da się nie zauważyć. W poprzednich pociągach było zupełnie kulturalnie, tu natomiast mężczyźni ubrani w podkoszulki i ze złotymi łańcuchami na szyjach oraz kobiety w kolorowych ubraniach z cekinami niezależnie od pory dnia czy nocy nie przestawali do siebie krzyczeć. Rozmowa chyba nie jest ich sposobem komunikacji. Konsekwentnie też ignorowali swoje dzieci, które zachowywały się jeszcze głośniej od nich. Małemu chłopczykowi mającemu swoje miejsce obok naszych łóżek dopiero po pół godzinie wykrzykiwania na cały głos i bez chwili przerwy czegoś w stylu „Sze-ke-le!” ktoś zwrócił uwagę. I był to Rosjanin, nie żadne z jego rodziców. Brak poszanowania dla snu innych nie wynikał z ich złej woli, byli dla nas jak najbardziej mili, pokazali nam zdjęcia Baku, wykazali zainteresowanie, co robimy w Rosji, zaoferowali pomoc w razie problemów. Po prostu kwestia innych przyzwyczajeń. Powietrze też było nieco gęstsze niż w poprzednich pociągach. Słowem – ten odcinek podróży bardziej przypominał stereotypowe wyobrażenie o kolei transsyberyjskiej.

Sam Nowosybirsk nie zrobił na nas szczególnego wrażenia. Jest to trzecie co do wielkości (po Moskwie i Petersburgu) miasto Rosji i pierwsze, w którym numery autobusów wypisane przy przystankach zgadzają się mniej-więcej z numerami tego, co przyjeżdża. Temperatura wyraźnie niższa niż w pozostałych częściach Federacji, wieczorem i rano widać ludzi w swetrach i płaszczach. Nocleg załatwiliśmy sobie u Ewgenii, trzydziestotrzyletniej dziewczyny mieszkającej ze swoim trzynastoletnim synem. Ewa, jak sama woli się nazywać, to chodzący chaos. Potrafiła dać nam trzy sprzeczne informacje w jednym zdaniu. Pierwszego dnia musieliśmy ukryć bagaże i uciekać z mieszkania, bo jej macocha, która nie przepada za gośćmi, zapowiedziała nagle swoją wizytę. Na spółkę z synem z jakiegoś powodu mają tylko jeden klucz do domu, co nie ułatwiało nam wyjścia na miasto.

W Nowosybirsku podjęliśmy kolejną próbę dostania się na siłownię lub basen. Nie licząc Aqua Parku, nie udało nam się to jeszcze ani razu. Żeby wejść w Rosji na zwykły basen trzeba mieć zaświadczenie od lekarza, że nie ma się żadnych chorób, które mogłyby być powodem zanieczyszczenia wody. Na siłownię wejścia tylko w pakietach. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. W sieci reklamowało się kilka miejsc. Znalezienie choć jednego z nich było sztuką, pod wskazanymi adresami wcale ich nie było lub, jak w przypadku „Klubu Europa”, na budynku (który był przedszkolem) wywieszony został jedynie banner z nazwą, ale wszystkie drzwi zaryglowane lub zamurowane, a przez okna widać było, że w środku pusto. Innym razem „fitness center” oznaczało salon z jakimiś skafandrami do spalania tkanki tłuszczowej. Ograniczeni czasem i tym razem zrezygnowaliśmy, ale nie poddamy się tak łatwo, na liście mamy jeszcze dwa rosyjskie miasta, w końcu musi się udać.

JEKATERINBURG

W końcu ktoś wytłumaczył nam, o co chodzi z rejestracją. Ponieważ zbyt późno napisaliśmy do ludzi z CS i nikt nie odezwał się na czas, zmuszeni byliśmy znaleźć płatny nocleg, w którym oczywiście zapytano nas o poprzednie rejestracje. Pokazaliśmy bilety (zbieramy wszystko od ostatniego razu). Nieco kręcili nosem, ale udało się. Rejestrację można otrzymać w dwóch miejscach: w hotelu, którym jest się zameldowanym lub na poczcie (jeśli się nie mylę, musi być to poczta główna danej miejscowości). Wydają ją zazwyczaj tylko trzy razy w tygodniu, jeśli więc jesteśmy jeden dzień, to jej nie otrzymamy tak czy tak, ale naszym obowiązkiem jest zgłoszenie się. Tak było i tym razem, nasze trzy dni pobytu w Jekaterinburgu nie pokrywały się z żadnym dniem pracy urzędu, ale mamy potwierdzenie zapłaty za rejestrację – całe dwa ruble za jeden dzień. Jeśli zostajemy u znajomych, muszą oni pójść z nami na pocztę i złożyć oświadczenie, że wyrażają zgodę na nasz pobyt w ich mieszkaniu oraz, że biorą za nas na ten czas odpowiedzialność. Rzecz jasna mamy zamiar ignorować ten przepis.

Jekaterinburg to całkiem miłe miejsce, przypomina mi trochę Warszawę. Najbardziej charakterystycznym elementem miasta jest świątynia wzniesiona w miejscu, gdzie w 1918 roku bolszewicy zamordowali cara Mikołaja II wraz z rodziną. Przed cerkwią ustawiona została rzeźba upamiętniająca to wydarzenie, obok można znaleźć tablice ze zdjęciami, a nawet plakat przedstawiający carską rodzinę jako świętych. Poza tym jest jeszcze kilka „atrakcji turystycznych” typu deptak, pomnik klawiatury czy rzeźba przedstawiająca hydraulika. No i coś, na co czekaliśmy od dawna – Aqua Park Limpopo.

Jakiś czas temu Peter, czytając o miejscach, do których jedziemy, natknął się na informację, że w Jekaterinburgu jest „drugi pod względem wielkości park wodny w Europie”. Już z samym określeniem „w Europie” można by polemizować, ale postanowiliśmy sprawdzić. Wniosek jest jeden – nie warto. Ktoś, kto zamieścił tę informację nie był pewnie nigdy w porządnym parku wodnym. Jest tam wprawdzie kilka atrakcji, oprócz zjeżdżalni (czerwona najfajniejsza) mają sauny, jacuzzi i mini rzekę, ale wszystko to pod szarym dachem, do którego przyczepione są chmurki z papieru, idealnie komponujące się z kiczowatym zdjęciem plaży, którym przykryte są ściany, a na którym piksele widoczne są nawet z drugiego końca hali. Wejście jest drogie i oczywiście nie obejmuje korzystania ze zwykłego basenu pływackiego, za które trzeba dopłacić jeszcze około 25 zł. W środku trzy malutkie bary oferujące dwa rodzaje wyschniętych kanapek, wodę, sok i piwo. Jeśli by ktoś bardzo chciał – sugerujemy wejście na 2 godziny, przez cały dzień zwyczajnie nie ma tam co robić.

KAZAŃ

Jesteśmy co do tego zgodni – najfajniejsze miejsce na trasie naszej dotychczasowej podróży. O ile Niżny Nowogród zwiedzając te okolice można sobie spokojnie darować, to Kazań powinien być punktem obowiązkowym. Miasto to jest stolicą Republiki Tatarstanu, mającej własnego prezydenta i pewną autonomię. Tatarzy porównują się nieco z Katalończykami, choć sami otwarcie nie protestują, ale, ponieważ są stosunkowo bogatym regionem, wkładają dużo pracy i pieniędzy w zachowanie swojej kultury i języka. No i są to po prostu przemili, bezstresowi ludzie. Ale może od początku.

Do Kazania trafiliśmy trochę przypadkiem. Nie było go w naszych początkowych planach, potem pojawił się na krótki czas, ale zrezygnowaliśmy z niego na korzyść wcześniejszego pojechania do Jekaterinburga. Po odstaniu godziny w kolejce do kasy okazało się jednak, że biletów na plackart nie ma ani na jutro, ani na pojutrze, ani na za dwa dni. Uznaliśmy, że nie ma ich po prostu dla obcokrajowców, a że kolejna, czwarta klasa, tak zwane kupe, jest dwa i pół razy droższa (prawie czterysta złotych), stwierdziliśmy, że sobie darujemy pociąg i zobaczymy, jak to będzie, w ten czy inny sposób przecież dojedziemy. Gdzieś po drodze znaleźliśmy biuro turystyczne sprzedające także bilety na pociąg, weszliśmy sprawdzić, czy i tu nie będzie miejsc na plackart. Nie było. Ani do Jekateringurga, ani do żadnej miejscowości po drodze. Tylko kupe. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy skorzystać z kupe, uznając, że w sumie i tak chcieliśmy raz pojechać którąś z wyższych klas, autobusów nie ma, na stopa daleko, a jak na 17 godzin w pociągu sypialnym to cena jeszcze do przetrawienia. Niestety, kiedy po dwóch minutach wróciliśmy do okienka, na ostatni pociąg mający wolne kupe pozostał jeden bilet. Ktoś na uprzedził. Zapytaliśmy więc, czy na jakikolwiek pociąg wyjeżdżający tego dnia jest wolny plackart. Był na jeden. Tak trafiliśmy do Kazania.
Miasto od razu robi dobre wrażenie: czysto, ładnie, brak kolejek przed kasami, a na pytanie „Do you speak English?” dostaliśmy odpowiedź „Of course”, co było miłą odmianą po ostatnich kilku dniach, a naklejka przy kasie informująca, że można płacić kartą nie była tym razem tylko dekoracją. Było wcześnie, weszliśmy do jakiegoś hotelu (w którym leciała polska Viva), zapytać o otwarty lokal z Wi-Fi. Recepcjonistka powiedziała nam, że przecież oni mają, żebyśmy korzystali. W informacji turystycznej zapytaliśmy o najbliższe miejsce, gdzie można na kilka godzin zostawić plecaki, więc zaproponowali, że nam je przechowają, pomimo że nie prowadzą takich usług. W Muzeum Narodowym dwie panie, które normalnie zajmują się sprawdzaniem biletów, ucieszone zainteresowaniem obcokrajowców, zaczęły nas oprowadzać po wystawach. Wejście na tutejszy kreml było darmowe, choć chętniej bym za nie zapłaciła niż za to w Moskwie. Główną atrakcją jest wybudowany niedawno meczet, którego odwiedzenie też nic nie kosztuje. Przy wejściu do dyspozycji turystów są chusty i spódnice. Jedyne, za co trzeba zapłacić to plastikowe ochraniacze na buty, ale to wydatek rzędu 40 groszy.

Kazań jest mieszaniną kultur i religii, wydaje się jednak, że nikt nikomu nie przeszkadza. Wszędzie mnóstwo barów i kawiarni (tym razem prawdziwych), na deptaku znaleźliśmy lodziarnię z blachą chłodzącą, na której robiono miseczki do lodów z czekolady. Okazało się też, że mają duży aqua park, o którym nie wie Wiki Travel ani żaden inny znaleziony przez nas portal o mieście. Na noc zostaliśmy u Ildara i jego współlokatorów. Bardzo pozytywni ludzie. Następnego dnia rano musieliśmy jechać, bo znów tylko na jeden pociąg w ciągu najbliższych dni były miejsca w plackarcie, ale poważnie rozważaliśmy zostanie na jeszcze dzień-dwa. Dobra rada dla chcących podróżować rosyjskimi pociągami: istnieje możliwość kupienia biletów na ich oficjalnej stronie: www.rzd.ru, jedyny problem, że nie mają wersji angielskiej, dlatego nasze google po haśle ich nie znajduje. Strona ułożona logicznie, więc obsługa nawet bez znajomości języka nie nastręcza zbyt wielu problemów, trzeba tylko przeskoczyć wpisanie kilku rzeczy cyrylicą, a można w ten sposób zaoszczędzić sobie sporo czasu.

KOMENTARZE:

2010-08-11 00:13:04 Małgorzata Bukowska

Bardzo ciekawa wyprawa,Bajkał robi wrażenie,czekam na dalszy ciąg. Powodzenia!!!

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl