Indonezja jest jednym z największych skupisk wulkanów na świecie, dlatego prosto z Bromo pojechaliśmy obejrzeć kolejny – położony na wschodnim krańcu Javy – Ijen. Z krateru wulkanu wydobywa się dym, który następnie osadza się na okolicznych skałach, tworząc żółtą warstwę siarki. Jako że Ijen nie zdarzają się już erupcje, okoliczna ludność trudni się wydobyciem i sprzedażą siarki. Codziennie rano każdy mężczyzna dwukrotnie wchodzi na górę i znosi koszyki wypełnione tym minerałem. Górnicy (o ile tak ich można nazwać) dorabiają sobie pozowaniem do zdjęć nielicznym turystom, którzy docierają w to miejsce. Zrobienie im niepozowanych zdjęć graniczy z cudem, bo nawet jeśli nie masz aparatu w ręku, niemal każdy podchodzi mówiąc „photo, photo!”, jak tylko cię zobaczy.
Na oglądanie wulkanu musieliśmy być gotowi – niespodzianka – o czwartej nad ranem. Dzień wcześniej przyjechaliśmy w okolice wulkanu wraz z inną mocno międzynarodową grupą. W cenę transportu wliczony był nocleg w małym hoteliku, który z zewnątrz wyglądał całkiem przyzwoicie, miał nawet mały basen i coś w stylu jaccuzi wypełnionego gorącą wodą termalną, ale pokoje nie przewyższały standardem i czystością tanich chińskich hotelików czy indyjskich noclegowni średniej klasy. Próbowano nas też dwukrotnie naciągnąć na dodatkowe pieniądze. Dwa zero dla nas. Co ciekawe, dla miejscowych oszukiwanie turystów jest czymś tak naturalnym i właściwym, że nie okazują żadnego zażenowania, jeśli złapie się ich na kłamstwie. Kierowca próbował nam na przykład sprzedać wejściówki do parku narodowego za 25 000 rupiah, najpierw twierdząc, że już je wykupił dla wszystkich pasażerów i jest to jedynie kwestia zwrócenia mu kosztów, następnie próbując nas przekonać, że jeśli będziemy sami je chcieli zdobyć, będzie nas to kosztować o wiele drożej. Skoro jednak obstawaliśmy przy kupieniu biletów przy wejściu do parku, bez cienia wstydu zaprowadził nas następnego dnia do kasy biletowej i towarzyszył nam, kiedy za wejściówki płaciliśmy właściwą cenę – 15 000 rupiah.
Wejście do parku, gdzie zostawił nas kierowca, i krater dzieli jakieś sześć kilometrów. Spacer pod górę (który o tej godzinie może boleć) umilają wspaniałe widoki na okoliczne góry i dżunglę. W miarę zbliżania się do krateru zapach siarki unoszący się w powietrzu staje się coraz silniejszy, a temperatura wyraźnie się obniża.
To, co zobaczyliśmy po dotarciu na górę, przerosło nasze oczekiwania. Ukształtowanie terenu, błekitnoniebieskie jezioro wypełniające dno krateru, kłęby dymu i żółte osady siarkowe dają wrażenie krajobrazu z innej planety. Niesamowite miejsce, którego z całą pewnością nie powinno się pominąć podróżując w tych stronach.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).