WARANASI
Jest lepiej.
Waranasi to słynne miejsce pielgrzymek hindusów, co przyciąga turystów, a gdzie są turyści, standardy muszą być wyższe. Znaleźliśmy zupełnie przyzwoity hotelik – Ganapati Guesthouse – nad samym brzegiem Gangesu. Na tyle nam to miejsce odpowiadało, że z jednej zaplanowanej nocy zrobiły się trzy.
Główną atrakcją Waranasi jest oczywiście święta rzeka Ganges, nad którą tłumnie ściągają hindusi, żeby odbyć rytualną kąpiel. Nad Gangesem odbywają się także kremacje. Na niektórych gathach, czyli schodach prowadzących do rzeki, rozpalane są ogniska. W nich, na oczach bliskich i turystów, palone są ciała zmarłych. Jedno ognisko płonie około trzech godzin (albo tyle, na ile drewna udało się uzbierać mniej zamożnej rodzinie), po czym prochy wrzucane są do Gangesu. Obecnie zamiast ognia można wybrać elektryczność. Taka nowoczesna kremacja trwa tylko godzinę i jest kilkakrotnie tańsza od tradycyjnej.
Nie wszyscy zmarli są paleni. Istnieje kilka grup ludzi, którzy nie potrzebują oczyszczenia poprzez ogień. Wedle jednego z naszych nieproszonych przewodników (bo nawet w tej kwestii pojawiają się różne wersje), są to między innymi: małe dzieci, kobiety w ciąży, bramini oraz osoby ukąszone przez kobrę. Ciała takich ludzi, po obciążeniu kamieniami, wrzucane są bezpośrednio do rzeki. W wodzie, w której rozkładają się zmarli i do której spływają ścieki, Hindusi nie tylko kąpią się, ale i piorą ubrania.
Z nieco mniej typowych miejsc, które warto odwiedzić w Waranasi, polecamy uniwersytet. Jest wprawdzie wciąż głośniej niż na europejskich kampusach, ale w porównaniu z resztą miasta to prawdziwa oaza spokoju. Nikt przynajmniej za tobą nie idzie, próbując zawlec cię do swojego sklepu, na siłę wsadzić do rikszy albo łódki czy po prostu wyłudzić pieniądze. Większość Hindusów uważa białych za gadające worki pieniędzy. Jeśli dasz napiwek, potrafią z pretensją zapytać „Jak to, tylko tyle?”. Nie widzą nic złego w naciąganiu i oszukiwaniu turystów, ale jeśli to biały zwróci im uwagę, że na przykład zapłacił za godzinną wycieczkę łódką (co więcej, zapłacił trzy razy tyle, ile jest warta), a właściciel próbuje wysadzić go już po dwudziestu minutach, pojawiają się oskarżenia w stylu „masz złą karmę”, „nie masz boga w sercu” etc.
W Waranasi jest lepiej, ale wciąż panuje chaos. My jak my, dajemy sobie z nim jakoś radę. W naszych krajach też nie do końca wszystko jest na swoim miejscu. Poza tym do chaosu przyzwyczajaliśmy się stopniowo: najpierw Rosja, potem Chiny i w końcu Nepal. Ale ci biedni Koreańczycy… Chodzą zawsze zbici w grupkach i się dziwią. Przeniesieni prosto ze swojego czystego i poukładanego świata, do bólu uczciwi Koreańczycy w pojedynkę przegraliby zupełnie w kontakcie z Indiami. Czekając na spóźniający się pociąg w czymś, co nazywało się biurem informacji dla obcokrajowców (Hindusi lubią dumne nazwy), byliśmy świadkami, jak przez około czterdzieści minut grupa Koreańczyków wysyłała coraz to nowe delegacje z pytaniami do informatora, bo nie rozumieli. Jak to nie wiadomo, kiedy przyjedzie pociąg? Jak to nikt nie wie, dlaczego się spóźnia? Jak to nikogo nie obchodzi, że my się spóźnimy? Każda delegacja pytała, uprzejmie dziękowała za nieudzielenie informacji i odchodziła, nadal nie rozumiejąc. A my obok spokojnie odczekaliśmy swoje trzy godziny, uznając takie spóźnienie za całkiem niewielkie jak na indyjskie standardy, po czym wsiedliśmy do pociągu do kolejnego miasta – Agry.
GORAKHPUR
Śmieci, odchody, umierające na ulicy zwierzęta – tak wygląda Gorakhpur. I żadnej ucieczki. Brud i chaos można znieść, o ile jest miejsce, gdzie można się przed nimi schować i od nich odpocząć. Tu nawet hotel, który miał pod nazwą napisane „luksusowy”, był pogwałceniem wszelkich zasad higieny. Niezmieniana od tygodni pościel, robaki, plamy, o łazience nie ma co wspominać. Hotel miał też basen. Obsługa nie widziała żadnego problemu w tym, że pływają w nim różne rzeczy, woda śmierdzi i ma wygląd tej z kałuży przed blokiem. Przyjechaliśmy zbyt późno i zbyt zmęczeni, żeby móc jechać dalej, na pociąg musieliśmy poczekać do następnego wieczora. Dworzec był chyba jeszcze gorszy od reszty miasta. Setki ludzi śpiących na placu przed budynkiem dworca, tyle samo w środku i na peronach. Z megafonu po angielsku ogłaszano, że nasz pociąg „is arriving right on time” jeszcze godzinę po czasie, kiedy powinniśmy byli odjechać. I nikt nic nie wie.
Podobno nienawidzi się pierwszego miasta, jakie odwiedza się w Indiach. Być może to tylko zbieg okoliczności, że to akurat miejsce było naszym pierwszym, niemniej nikomu nie polecamy odwiedzin w Gorakhpur.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).