Gili Air jest najmniejszą z trzech wysepek położonych w niewielkiej odległości od Lombok – indonezyjskiej wyspy, która znajduje się około 40 kilometrów na wschód od Bali. Dotarcie z Ubud na Gili Air zajmuje trochę i jest nieco skomplikowane.
Najpierw trzeba pojechać autobusem do portu. To jakieś półtorej godziny. Następnie, jeśli wszystko idzie jak należy, trzygodzinna podróż promem do portu na wyspie Lombok. Potem przesiadka znów na autobus, dwie godziny jazdy do portu, skąd odpływają łodzie na Gili, gdzie z kolei trzeba czekać, aż znajdzie się wystarczająco klientów, żeby zapełnić łódkę. My czekaliśmy półtorej godziny i, pomimo że po skompletowaniu załogi powinniśmy byli dopłynąć w 20 minut, dopłynęliśmy dopiero po ponad godzinie, bo sterownik postanowił najpierw wysadzić innych klientów jadących na pozostałe dwie wyspy, które są bardziej oddalone od Lombok.
Na całą tę przeprawę można kupić jeden bilet. Można wybrać też o wiele szybszą, ale także o wiele droższą opcję – speedboat – która zabiera pasażerów z portu na Bali i zawozi bezpośrednio na Gili, bez zahaczania o Lombok. Można także spróbować jechać samemu i organizować każdy etap osobno, wtedy da się zejść do połowy ceny zwykłego biletu, ale na to trzeba mieć spory zapas czasu.
Do ostatniej chwili nie mogliśmy zdecydować się, którą z trzech wysp wybrać. Ostatecznie padło na Gili Air, ponieważ jest ona jedną z dwóch mniejszych i nieco mniej turystycznych wysp, a w odróżnieniu od drugiej z nich – Gili Meno – miała mieć trzy centra nurkowe, podczas gdy na mapie Gili Meno widniało tylko jedno. Mała wskazówka dla korzystających z przewodników: nawet w nowszych wydaniach typu Lonely Planet z 2010 roku nie ma aktualnych informacji. Jeśli piszą one, że w danym miejscu są dwa hotele i jedna kawiarenka internetowa, zazwyczaj da się tam znaleźć pięć hoteli i przynajmniej dwie kawiarenki. W podobny sposób na Gili Air znaleźliśmy pięć centrów nurkowych, a może ich tam być nawet więcej.
Gili Air, tak jak pozostałe dwie wyspy, niezależnie od tego, co można wyczytać w wielu miejscach i usłyszeć od niektórych podróżników, nie są cichym, wyludnionym rajem, ale zwykłym resortem z dużą ilością opcji noclegowych i całym mnóstwem barów, kawiarni i sklepików. Na wyspach jedynymi środkami transportu są wozy konne i rowery, ponadto trafiliśmy tu poza sezonem, więc głośno faktycznie nie było, ale widać, że wyspy żyją wyłącznie z turystyki.
Na Gili Air zakwaterowaliśmy się w najtańszym, ale całkiem przyzwoitym bungalow. Jedyną niedogodność stanowiła woda. Przed podjęciem decyzji zapytaliśmy właściciela, czy woda w łazience jest zimna czy ciepła. Odpowiedział: normalna. Uznaliśmy więc, że zimna. Błąd. Na małej wyspie normalna oznacza słona. Przez kilka dni wszystko było więc oblepione solą.
Spora część męskiej populacji Gili Air uważa się za macho, którym białe kobiety nie mogą się oprzeć. Noszą długie włosy, chodzą z odsłoniętymi torsami, prężą się, całe dnie grają na gitarach i palą skręty, którą próbują sprzedawać także turystom. Daje to oczywiście raczej komiczny efekt, ale o ile bardziej pasuje im ten styl bycia niż to, co widzieliśmy w niektórych innych częściach Indonezji. Musimy stwierdzić – zostawiając na chwilę na boku poprawność polityczną – że z islamem im nie do twarzy. Indonezyjczycy wyglądają o wiele bardziej naturalnie w tradycyjnych sarongach z odsłoniętymi ramionami czy w lekkich, letnich ubraniach, z gitarami, z kwiatami w nieosłoniętych chustami włosach.
Podobno do niedawna islam był traktowany w Indonezji dosyć luźno. Dopiero ostatnie czasy, wraz ze wzrostem wpływu innych krajów muzułmańskich, przyniosły zaostrzenie zasad. Ale – naszym zdaniem – jest to tylko przykrywka, indonezyjska chęć niebycia muzułmanami wyłazi z każdej stron.
Jakarta jest największym zagłębiem klubowym w południowo-wschodniej Azji. Oficjalnie klubów nie ma. Nie istnieją bary ze striptizem, nie ma Stadionu – lokalu, który, głównie za sprawą rozprowadzanego w nim extazy, otwarty jest nieprzerwanie w każdy weekend od piątku wieczorem do poniedziałku rano. Bo jakże mogłyby to wszystko istnieć w największym muzułmańskim kraju na świecie?
Bary są też na Gili Air. Co piątek w Mirage mają w programie muzykę na żywo. Na imprezę schodzą się ludzie z całej wyspy. Koncert, na którym byliśmy, był zaskakująco dobrej jakości, tak pod względem wykonawców, jak i sprzętu. Dwie kategorie wyżej niż Tee Happy Man z Koh Mak. Uroku dodał mu jeszcze fakt, że gdy wokalista zaprosił do brania udziału wszystkich chętnych, najpierw znalazł się jakiś człowiek z trąbką, a chwilę później dziewczyna z saksofonem.
Na Gili Air można także dobrze zjeść. Co wieczór każda restauracja wystawia świeżo złowione ryby i owoce morza, które, za stosunkowo niewielką cenę, przygotowywane są wedle życzenia klienta i serwowane z różnego rodzaju dodatkami. Szczególnie polecamy grillowaną rybę w Wiwins. Ale muzyka i jedzenie to kwestie drugoplanowe. Najlepsze, co oferują Gilis, jest oczywiście nurkowanie.
W morzu w okolicach wysp Gili można spotkać wielkie żółwie, kilka rodzajów rekinów (osobiście udało mi się zobaczyć jedynie cztery whitetip reef sharks), zmieniającą kolory mątwę, która jak ma dobry humor, potrafi usiąść człowiekowi na ręku, oraz całe mnóstwo wszelkich innych kolorowych rybek akwariowych, takich jak błazenki czy moje ulubione papugoryby. Oglądanie tutejszej rafy połączyłam z drugim etapem szkolenia nurkowego – Advanced Open Water Diver. Stanowczo opłaca się robić tego typu kursy w Indonezji. Okolica jest przepiękna, a ceny należą do najniższych na świecie.
Kurs zaawansowany wygląda nieco inaczej niż podstawowy. Jego głównym założeniem jest nie tylko rozwijanie już zdobytych umiejętności, ale także wypróbowanie czegoś nowego. Całość polega więc na wykonaniu pięciu adventure dives, z których dwa – nurkowanie głębokie oraz nawigacyjne – są obowiązkowe, pozostałe klient może dobrać wedle uznania. Niestety, odpadło mi nurkowanie przy wrakach, gdyż przy Gilis nie ma specjalnie wraków (z wyjątkiem jednego, całkiem sporego i porządnie zarośniętego rafą statku, który podobno wypada kiepsko w porównaniu z prawdziwymi wrakami, na mnie jednak zrobił pewne wrażenie). Dobrym pomysłem okazało się za to nurkowanie nocne.
Ogólnie rzecz biorąc nie podzielamy zachwytu, jaki, wydaje się, wyspy wzbudzają u wielu podróżników. Jest to z całą pewnością dobre miejsce na wakacje, ale nie widzę powodu, dla którego miałoby być lepsze od tajlandzkiego Koh Mak czy jakiejkolwiek innej wyspy. Każda z nich ma swoje plusy i minusy. Głównym minusem Gili Air, podobnie jak to jest i w wielu innych miejscach w Azji Południowo-Wschodniej, są śmieci, które można znaleźć zarówno na lądzie, jak i pod wodą. Bez większego żalu opuściliśmy więc wyspy Gilis, żeby, wreszcie, po pół roku podróży, zmienić kontynent.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).