Zazwyczaj najbardziej fascynuje nas to, co najodleglejsze od tego co znamy. Wydaję mi się, że taka jest Ameryka Południowa, a zwłaszcza jej indiańska część. Boliwia, a właściwie od 2009 r. Wielonarodowe Państwo Boliwii, to najlepszy przykład: na czele z prezydentem Evo Moralesem toczy właśnie na forum międzynarodowym walkę o uznanie jednego z praw Indian, prawa do świętej rośliny – koki. Zacznijmy jednak od początku...
Boliwia swoją nazwę zawdzięcza jednemu z wyzwolicieli Ameryki Południowej - Simonowi Bolivarowi, sąsiaduje z Brazylią, Argentyną, Paragwajem, Peru i Chile. Niemal każdy z uroczych sąsiadów uszczknął kiedyś dla siebie kawałek terytorium boliwijskiego, ale to Chile postrzegane jest jako najgorsze z całej piątki. To ono w wyniku wojny o Pacyfik toczonej w latach 1879–84 pozbawiło Boliwię dostępu do morza. Skutki tego zdarzenia były i wciąż są bardzo dotkliwe dla gospodarki ograbionego kraju, dlatego Boliwijczycy walczą o przywrócenie im praw do zbiornika, ich marynarka musi tymczasem stacjonować na jeziorze Tititaca. Samo jezioro to zresztą temat na oddzielną historię: w czasach kultur prekolumbijskich stanowiło ważny ośrodek imperium inkaskiego. Terytorium kraju podzielić można na zaniedbywane przez lata nizinne tereny wschodnie, zachodnie Andy z najludniejszą częścią państwa czyli płaskowyżem Altiplano oraz rozciągającą się na południu równinę Gran Chaco. Warto też wspomnieć o boliwijskiej stolicy, a właściwie stolicach: Sucre to stolica konstytucyjna, ale to w La Paz (Altiplano) mieści się siedziba rządu. Taki rozdział ma swoje przyczyny w historycznym konflikcie toczonym między konserwatystami (Sucre) a liberałami (La Paz).
Każdy kraj to jednak przede wszystkim ludzie. Społeczeństwo boliwijskie to obecnie w większości Indianie Aymara (żyją tam też Indianie Kechua), zamieszkujący głównie wspomniane Altiplano, wschód to przeważnie europejscy imigranci, w dużej mierze z byłej Jugosławii. Wchodząc w świat indiańskich zwyczajów dostajemy coś zupełnie innego od tego, z czym spotykamy się na co dzień. Przez wiele lat autochtoniczni mieszkańcy tych ziem byli traktowani jak najgorsze zło, zabraniano im chodzenia po publicznych placach (do 1944 roku!), nazywano ich złodziejami, pijakami, dzikusami, chciano doprowadzić do unifikacji całego narodu, paradoksalnie obowiązek szkolny, który miał zrobić z Indian białych Boliwijczyków (przynajmniej mentalnie), pomógł im upomnieć się o swoją godność i swoją pozycję. Współczesna Boliwia to kraj 36 oficjalnych języków, prawo pozwalające na posługiwanie się zasadami pielęgnowanymi przez tradycyjne wspólnoty – ayllu, kolorowa, tęczowa flaga indiańska jako jeden z oficjalnych symboli narodowych. Kultura aymara staje się boliwijskim znakiem rozpoznawczym, jeśli chcemy naprawdę ją poznać – zakładając, że jest możliwe rzeczywiste poznanie czegoś, czego nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć – powinniśmy dostrzegać nie tylko kolorowe pasiaste chusty, wysokie meloniki czy chullo, mieniące się różnymi barwami tradycyjne nakrycie głowy, ale i całe bogactwo zwyczajów.
Najważniejszą istotą, mocą świata jest dla autochtonów pachamama, matka ziemia, dająca nam pokarm, a tym samym życie. Należy jej się cześć i szacunek, bo bez jej przychylności społeczność może nie przetrwać. Pachamama obecna jest w życiu Aymara przez cały rok. Składa się jej ofiarę, kiedy pragnie się wybudować dom (to ingerencja w jej ciało), raczy się ją chichą (rodzaj piwa z kukurydzy), kiedy uczestniczy się w fieście. Najczęściej ofiarowuje się jej alkohol, kokę i płód lamy, bo są to rzeczy, w których – jak wierzą Indianie – znajdziemy najwięcej potrzebnej nam do życia energii. Kwestia życiodajnej energii to kluczowa sprawa dla Aymara: jeżeli dostarczymy ją matce ziemi, ona zwróci nam wszystko w plonach. Wzajemność to podstawowa zasada, jaką kieruje się tu ludność autochtoniczna. Stąd też jedna z pierwszych rad, jakich udziela się turystom wybierającym się w tamte rejony: nie odmawiaj, daj coś w zamian, inaczej możesz być potraktowany jako ktoś, kto chce jedynie czerpać korzyści. Wspomniana już koka to dla tutejszych Indian święta roślina rodząca święte liście. Od wieków używano jej w rytuałach, ceremoniach, bez niej Aymara nie wyobrażają sobie życia. I to nie tylko w sensie duchowym: zawarte w niej wartości odżywcze umożliwiają funkcjonowanie na bardzo dużych wysokościach w nieprzyjaznym środowisku andyjskim. Dlatego Boliwijczycy muszą o nią walczyć, inaczej straciliby część swojego dziedzictwa (zapis w konstytucji boliwijskiej daje jej status dziedzictwa narodu).
Zbliżając się do końca chciałabym odnotować jeszcze jedną istotną cechę kultury boliwijskiej: uwielbienie dla świętowania: święto patrona wioski, święto z powodu uroczystości rodzinnych itp. „Obejmij mnie w pasie i przytul mnie w tańcu, pocałuj mnie jeśli chcesz” – jak śpiewał zespół Los Kjarkas w swojej piosence "Lambada", która popłynęła w świat jako brazylijski przebój. To Boliwijczycy byli pierwsi, oni też lubią tańczyć!
Jeżeli zainteresowała Was Boliwia zajrzyjcie także na strony internetowe:
www.southamerica.art.pl/html/boliwia_mapa.htm
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).