ENGLISH
SOBOTA, 19 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

DŻAKARTA
12 grudnia, około 15:00 czasu polskiego, przekroczyliśmy równik. Pierwszym miejscem, jakie odwiedziliśmy na półkuli południowej, była Dżakarta.

To, czego trudno nie zauważyć w Dżakarcie, to fakt, że biali są tu wciąż atrakcją. Zaczepiają nas nie tylko dzieci, ale także dorośli i to praktycznie bez przerwy. Najczęściej słyszanym okrzykiem jest ”hello mister!!”, który używany jest tak w stosunku do mężczyzn, jak i do kobiet. Nieświadoma tego faktu przez kilka pierwszych dni ignorowałam zaczepki, uznając, że z jakiegoś powodu miejscowi interesują się tylko Péterem. Kilka osób musiało dojść do wniosku, że jestem źle wychowana.

Indonezyjczycy są bardzo sympatyczni i pomocni, co, na dłuższą metę, może być nieco męczące. Nie można spokojnie przejść się po ulicy bez ciągłych pytań w stylu ”hey, you, were you go?” oraz „czy mogę zrobić sobie z tobą zdjęcie?”. Przez całe życie nie zrobiono mi tyle zdjęć, ile podczas pierwszego tygodnia w Indonezji. Szybko też odkryliśmy, że jednym z popularnych zadań domowych z angielskiego jest udokumentowana rozmowa z obcokrajowcami.


Pierwsza grupa złapała na rynku Kota, w starej części Dżakarty. Praca domowa polega na zadaniu obcokrajowcowi kilku prostych pytań typu „jak się nazywasz?”, „skąd jesteś?”, „czym się zajmujesz?”, „jak ci się podoba w naszym pięknym kraju?” itp., itd., wypełnieniu ankiety i zdobyciu do tego potwierdzenia w postaci fotografii albo filmu. Zdjęcia nie są oczywiście robione jedynie w związku z zadaniem domowym. Indonezyjczycy w ogóle mają fioła na punkcie fotografowania białych. Są przynajmniej na tyle kulturalni, że podchodzą i pytają o pozwolenie, w przeciwieństwie do chociażby Hindusów, którzy potrafią podbiec z komórką w ręku, pstryknąć ci zdjęcie 10 centymetrów od twarzy i uciec.


Jeśli wyrazi się już zgodę na zrobienie zdjęcia, trzeba być przygotowanym na małą sesję. Na jednym zdjęciu nigdy się nie kończy, bo każdy chce mieć zdjęcie z samym białym, potem ze sobą i białym, potem z kolegami, sobą i białym, potem przychodzi siostra i mama, a potem następna osoba, ośmielona tym, że ktoś już spróbował i się udało.


Tak więc po pierwszej grupie z uniwersytetu, która podeszła do nas, jak zauważyła, że inna grupa dziewczyn obfotografowała Pétera i nie miał on nic przeciwko, obsiadła nas kolejna grupa, tym razem dzieci na szkolnej wycieczce. Poświęciliśmy im w sumie jakąś godzinę. Chcąc coś w końcu spokojnie zjeść, próbowaliśmy wymknąć się po cichu jedną z mniejszych uliczek, ale nic z tego. Kolejna grupa złapała nas przy stole. Sympatyczni ludzie, zagadnięci o lokalne potrawy, zamówili dwa dania, żebyśmy mogli ich spróbować. Nie zdążyliśmy wstać od stołu, kiedy pojawiła się następna grupa.


Na początku myśleliśmy, że to pomysł jednego wykładowcy. Zmieniliśmy zdanie, kiedy to samo przytrafiło się w Bukittinggi na Sumatrze i to jakieś pięć razy pod rząd. Jedna grupa złapała nas nawet na niewielkiej wyspie Samosir. Jeśli doliczymy do tego grupę studentów z Padangu, kilku chłopaków, którzy, zapytani o drogę do parku panoramicznego, wsadzili nas do samochodu i zawieźli tak do parku, jak i w miejsce, na które roztacza się widok z owego parku oraz całą hordę wszystkich innych spotkanych po drodze ludzi, daje to kilkaset zdjęć, na których jesteśmy. Co oni z tymi zdjęciami później robią, pozostaje dla nas zagadką.


Nasza pierwsza wizyta w Dżakarcie miała być krótka i robocza. Mieliśmy zamiar wrócić tu na święta i dlatego zajęliśmy się głównie szukaniem odpowiedniego miejsca. Padło na Dżakartę, ponieważ wydawało nam się, że to duże miasto i z pewnością będziemy w stanie z łatwością wynająć mieszkanie , gdzie będziemy mogli postawić choinkę, coś ugotować (z europejskich produktów, które na pewno da się tu dostać), czyli poczuć się trochę jak w domu. Małe mieszkanie ze względnie sensownie wyposażoną kuchnią, dostępem do sieci i do tego w cenie, na którą byłoby nas stać, okazało się jednak trudniejsze do znalezienia niż moglibyśmy przypuszczać. Po trzech dniach wyjechaliśmy nieco zrezygnowani, uznając, że na pewno coś się w końcu znajdzie, jeśli nie w Dżakarcie, to w jakimś innym mieście. Do świąt pozostało jeszcze kilka dni, nie chcieliśmy spędzić tego czasu siedząc w jednym miejscu. Polecieliśmy na Sumatrę.

 

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl