Wbrew temu, co usłyszeliśmy od wszystkich zapytanych o stolicę Chile osób – że smog, że brudno, że brzydko, że kradną – mnie podoba się to miasto. Owszem, powietrze nie jest najczystsze i jak każde większe miasto, Santiago ma swoje złe strony. Ale ma też sporo tych dobrych. Mają tu dużo niewielkich, kolorowych uliczek, kawiarni, barów. Dziesiątki domów pokryte są artystycznym grafitti, a pośrodku miasta znajduje się wielki targ, gdzie można także dobrze i tanio zjeść. Od naszego przylotu do Ameryki Południowej nie byliśmy w większym mieście, miło było znów zobaczyć ruch na ulicach, budynki wyższe niż jednopiętrowe oraz jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w dużych miastach, czyli metro.
Santiago de Chile ma trzy linie metra, nazwane pierwszą, drugą i piątą. Metro było jedyną rzeczą, o której usłyszeliśmy od Chilijczyków coś pozytywnego. Wedle wielu osób, jest to jedna z najładniejszych i najczystszych kolejek podziemnych na świecie. Niestety, osobiście nie podzielam tej opinii. Metro jest w porządku, ale nie jest niczym bardziej szczególnym niż większość tych, które widzieliśmy wcześniej.
Zanim dojechaliśmy do Santiago, odwiedziliśmy dwa mniejsze miejsca: Pichilemu i La Boca. Pichilemu to niewielka miejscowość położona na wybrzeżu. W sezonie zjeżdżają się tu surferzy z Chile, Argentyny, Brazylii, a także i z bardziej oddalonych krajów. Poza sezonem Pichilemu jest raczej wyludnione. Widzieliśmy może pięciu surferów, którzy tak czy inaczej stanowili większość obcokrajowców, jakich do tej pory spotkaliśmy w Chile.
La Boca to z kolei mała rybacka mieścina. Tutaj już nikt nie przyjeżdża. Wybraliśmy tę miejscowość na chybił-trafił i dojechaliśmy do niej autostopem. Jest to praktycznie jedna ulica, kilka sklepów i straganów oraz ze dwa niezbyt czyste i jakoś tak pół-otwarte hosteliki, w których, tak samo jak i we wszystkich innych, w których mieliśmy okazję spać do tej pory w Chile, zawsze jest zimno.
Chilijczycy twierdzą, że ogrzewanie jest zbyt drogie. W domach nie ma kaloryferów, w co niektórych można znaleźć jeden malutki piecyk mający ogrzewać cały dom. Efekt jest taki, że w ciągu dnia na zewnątrz bywa cieplej niż w środku, a w nocy trzeba spać pod kilkoma warstwami kocy, do których ja dodaję jeszcze swój śpiwór. Wzięcie prysznica w takiej temperaturze jest demotywujące, szczególnie, że do zimna dochodzą jeszcze inne czynniki. Ludzie tu jakoś nie mają zwyczaju zbytniego dbania o łazienki. Nie tylko nie są one czyste, ale do tego w większości miejsc rury kanalizacyjne są stare i zbyt wąskie, w związku z czym zwyczajem jest wrzucanie zużytego papieru toaletowego nie do muszli, a do kosza na śmieci. Nie byłoby to problemem, gdyby takie kosze miały odpowiednie zamknięcie i były regularnie opróżniane. Niestety, często są to otwarte wiaderka, z których na podłogę wysypują się brudne papierowe zawiniątka. Ohyda. Na szczęśnie wszędzie mają zawsze czystą pościel. To w końcu ważniejsze niż łazienka.
W Santiago gościny użyczyli nam Jessica i Chris, para rodem ze Stanów Zjednoczonych, która poznała się nie gdzie indziej jak w Budapeszcie. Na Węgrzech mieszkali rok i dopiero niedawno przeprowadzili się do Chile. Przez cały nasz pobyt rozmowy krążyły niemal wyłącznie wokół Budapesztu. W końcu jakaś odmiana, bo zazwyczaj nasi rozmówcy, o ile mają jakieś skojarzenia z Polską – mają rodzinę lub znajomych z Polski, pamiętają papieża, a także podzielają powszechne i nie wiadomo skąd wyciągnięte przekonanie, że nasz kraj cały rok jest skuty lodem – to na Węgry reagują różnie. Starsi czasami pamiętają jeszcze ten kraj z lekcji historii Europy, która niegdyś była obowiązkowa w szkołach lub kojarzą węgierską reprezentację w piłce nożnej z lat pięćdziesiątych. Ale są i tacy, szczególnie ci młodsi, którzy zakładają na przykład, że Węgry to jakaś półautonomiczna część Polski, bo w końcu podróżujące pary są zazwyczaj z jednego kraju. Inni potrafią zapytać „A gdzie to, w Stanach?”, ale wszystkich przebiła pani celnik na chilijskim przejściu granicznym. Po usłyszeniu, że Peter jest z Węgier (hiszp. Hungría z niemym "h" na początku, czyli czytane "ungría") skonfundowana zaczęła szukać nazwy w systemie, po czym stwierdziła: „Hungría? Nie ma takiego państwa. Jest Uganda. Czy chodzi panu o Ugandę?”.
Pozostawię to bez komentarza.
KOMENTARZE:
2011-05-07 01:10:49 sohadiszno
Dziękujemy:)
2011-05-04 21:38:15 Małgorzata Bukowska
Piękna podróż,gratuluję,ciekawe zdjęcia. Powodzenia Wam życzę.
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).