DELHI
Najciekawsze w Delhi są bazary i targowiska. W małych i brudnych (bo jakże inaczej) sklepikach można trafić na prawdziwe skarby. Trzeba się jedynie uzbroić w cierpliwość, bo sprzedawcy są zazwyczaj bardzo natarczywi. Zbliżenie się do jakiegokolwiek straganu oznacza konieczność powiedzenia „nie” przynajmniej kilkanaście razy. Dobre miejsce do nauki asertywności. Jeszcze lepsze do nauki targowania się.
Ceny w Indiach to osobna historia. Poza bardzo nielicznymi przypadkami, nie są one ustalone, o wszystko trzeba się targować. Początkowa kwota podana przez sprzedawcę, rikszarza czy recepcjonistę w hotelu jest zazwyczaj około trzy razy wyższa niż ta, do której jest on skłonny zejść, ale zdarzało się, że podawano nam i sześciokrotnie wyższe ceny. Zdajemy sobie sprawę, że wciąż płacimy za to samo więcej niż płacą Hindusi, ale dopóki różnica mieści się w rozsądnych granicach, uznajemy to za uczciwe. Nie da się zaprzeczyć, że mamy więcej i że nawet przy podwojonych cenach ciągle jest dla nas tanio.
Problem zaczyna się, gdy próbują oszukiwać, dając ci mniej niż to, za co zapłaciłeś, czyli na przykład, kiedy rikszarz wysadza cię w połowie drogi, twierdząc, że to już tu. Tego typu przekręty są przykre, ponieważ nie chodzi tu już o te dodatkowe dwa złote, ale o czas i problemy, które mogą przez nie powstawać. Smutne jest to, że cały czas należy zakładać, iż osoba, z którą masz do czynienia, próbuje cię oszukać. Zawsze trzeba pytać dokładnie o wszystko po trzy razy, kazać się zawozić pod same drzwi, odkręcać kran w łazience, żeby sprawdzić, czy naprawdę poleci z niego woda. Hindusi potrafią też iść za tobą godzinami, opowiadając historie o tym, jak to ich interesuje kontakt z inną kulturą, jak bardzo gardzą tymi ludźmi, którzy próbują jedynie sprzedać coś po wygórowanych cenach, po czym, gdy mówisz „do widzenia”, zaczynają krzyczeć, że jak śmiałeś nie kupić niczego od nich, po tym jak spędzili z tobą tyle czasu. Inni darowują sobie wprowadzające bajki i jedynie po nieodłącznym wstępie „Hello!! Hello!! Hello!! Sir/Madame!! Look, look!!!” wykrzykują nazwy swojego niejednokrotnie absurdalnego produktu. To, że właśnie łapię taksówkę na lotnisko i nie potrzebuję ogromnego balona za jedyne dziesięć rupii, ani też plastikowych zabawek świecących w ciemnościach, nikogo nie odstrasza od kilkunastu uporczywych prób wciśnięcia mi ich. I tak cały czas.
W Delhi, obok powszechnie stosowanych sztuczek, mają jeszcze jedną rozrywkę – zabawę w złe wydawanie reszty. Nie skłamię, jeśli powiem, że ani razu nie wydano nam jej poprawnie. Pierwsza próba wyciągnięcia dodatkowych pieniędzy pojawia się zazwyczaj na rachunku. „Przez pomyłkę” kasjer zapisuje, że herbata kosztowała 30, a nie 20 rupii, opcjonalnie próbuje przekonać klienta, że to błąd w menu i właściwa cena to 30. Druga opcja to to, że po prostu w wydawanej reszcie brakuje jakiejś kwoty. A po zwróceniu uwagi za każdym razem ta sama śpiewka: niechcący, zdarza się, jesteśmy tylko ludźmi (w znaczeniu: a wy jesteście tylko głupimi turystami z kupą pieniędzy i nie powinniście byli zauważyć różnicy).
Podróż po Indiach to wieczna walka…
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).