Tak, nie udało się. Nie wpuszczono nas na pokład samolotu. Czemu? Wydaje się, że z dwóch powodów. Po pierwsze, nasz błąd, mieliśmy nieaktualne informacje. Nie wiedzieliśmy, że musimy mieć bilety powrotne z Tajlandii, żeby dostać wizę. To dałoby się jeszcze naprawić. W końcu na lotnisku można kupić bilety. Wystarczyłoby też, żeby udostępniono nam hasło do sieci, netbooka mieliśmy w ręku. Ale obsługa Kingfishera starała się, jak mogła, przedłużyć procedurę, chciała, żebyśmy posiedzieli, poczekali, zabrano nam paszporty pod pretekstem ich skserowania, co zajęło jakieś 15 minut. Za to bez słowa sprzeciwu i bez żadnej dopłaty dali nam bilety na analogiczny lot cztery – cztery! – dni później. Jak się niechcący dowiedzieliśmy, poprzedni lot do Bangkoku został odwołany, pasażerów upychano po innych samolotach, a nasze miejsca były już zajęte, jak my staliśmy jeszcze przed okienkiem check-in i dopiero zaczynaliśmy dyskusję na temat, co w tej sytuacji możemy zrobić.
Nie udało się uciec z Indii, trzeba było więc wykorzystać ten dodatkowy czas. Odwiedziliśmy kilka miejsc w Kalkucie, na które nie znaleźliśmy wcześniej czasu, między innymi Science City. Można je skwitować jednym słowem: retro. Szczególnie część poświęcona ewolucji. Ale bawiliśmy się nieźle.
Jeszcze lepiej bawiliśmy się na kalkuckim szesnastym festiwalu filmowym. Przez siedem dni w kilku salach pokazywane były filmy z całego świata, w dużej części te, które wcześniej nie przeszły przez cenzurę. Okazało się jednak, że kupienie biletów to niełatwa sprawa. Na terenie kina było wszystko oprócz dwóch rzeczy: otwartej kasy biletowej i programu imprezy. Pochodziliśmy trochę, popytaliśmy. Okazało się, że program jest wydrukowany, ale można go dostać jedynie w centrum prasowym. Do sali weszliśmy niepytani o nic przez nikogo i faktycznie zdobyliśmy program. Po tym małym sukcesie uznaliśmy, że może będzie łatwiej, jeśli podamy się za prasę. Bądź co bądź legitymacje mamy, napisać coś o festiwalu i tak mieliśmy zamiar. Poszliśmy więc do głównego organizatora, który zapytał jedynie o kraj naszego pochodzenia. To, dla kogo pracujemy, jak się nazywamy i czego tak właściwie chcemy, jakoś go nie obchodziło. Legitymacji oczywiście nie było potrzeby wyjmować. Koleś dał nam darmowe wejściówki na wszystkie filmy i zaprosił na konferencję prasową. W ten oto sposób resztę wieczorów w Kalkucie spędziliśmy w kinie. Ostatniej nocy obejrzeliśmy jeden z dwóch polskich filmów pokazywanych na festiwalu, „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha, na który nieskutecznie próbowałam się wybrać przez kilka miesięcy przed wyjazdem.
Drugie podejście do wylotu z Kalkuty zakończyło się sukcesem. Tym razem zadbaliśmy o każdy najdrobniejszy szczegół, nie było do czego się przyczepić. Kolejny przystanek – Tajlandia.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).