ENGLISH
SOBOTA, 19 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Tak, nie udało się. Nie wpuszczono nas na pokład samolotu. Czemu? Wydaje się, że z dwóch powodów. Po pierwsze, nasz błąd, mieliśmy nieaktualne informacje. Nie wiedzieliśmy, że musimy mieć bilety powrotne z Tajlandii, żeby dostać wizę. To dałoby się jeszcze naprawić. W końcu na lotnisku można kupić bilety. Wystarczyłoby też, żeby udostępniono nam hasło do sieci, netbooka mieliśmy w ręku. Ale obsługa Kingfishera starała się, jak mogła, przedłużyć procedurę, chciała, żebyśmy posiedzieli, poczekali, zabrano nam paszporty pod pretekstem ich skserowania, co zajęło jakieś 15 minut. Za to bez słowa sprzeciwu i bez żadnej dopłaty dali nam bilety na analogiczny lot cztery – cztery! – dni później. Jak się niechcący dowiedzieliśmy, poprzedni lot do Bangkoku został odwołany, pasażerów upychano po innych samolotach, a nasze miejsca były już zajęte, jak my staliśmy jeszcze przed okienkiem check-in i dopiero zaczynaliśmy dyskusję na temat, co w tej sytuacji możemy zrobić.

Nie udało się uciec z Indii, trzeba było więc wykorzystać ten dodatkowy czas. Odwiedziliśmy kilka miejsc w Kalkucie, na które nie znaleźliśmy wcześniej czasu, między innymi Science City. Można je skwitować jednym słowem: retro. Szczególnie część poświęcona ewolucji. Ale bawiliśmy się nieźle.

Jeszcze lepiej bawiliśmy się na kalkuckim szesnastym festiwalu filmowym. Przez siedem dni w kilku salach pokazywane były filmy z całego świata, w dużej części te, które wcześniej nie przeszły przez cenzurę. Okazało się jednak, że kupienie biletów to niełatwa sprawa. Na terenie kina było wszystko oprócz dwóch rzeczy: otwartej kasy biletowej i programu imprezy. Pochodziliśmy trochę, popytaliśmy. Okazało się, że program jest wydrukowany, ale można go dostać jedynie w centrum prasowym. Do sali weszliśmy niepytani o nic przez nikogo i faktycznie zdobyliśmy program. Po tym małym sukcesie uznaliśmy, że może będzie łatwiej, jeśli podamy się za prasę. Bądź co bądź legitymacje mamy, napisać coś o festiwalu i tak mieliśmy zamiar. Poszliśmy więc do głównego organizatora, który zapytał jedynie o kraj naszego pochodzenia. To, dla kogo pracujemy, jak się nazywamy i czego tak właściwie chcemy, jakoś go nie obchodziło. Legitymacji oczywiście nie było potrzeby wyjmować. Koleś dał nam darmowe wejściówki na wszystkie filmy i zaprosił na konferencję prasową. W ten oto sposób resztę wieczorów w Kalkucie spędziliśmy w kinie. Ostatniej nocy obejrzeliśmy jeden z dwóch polskich filmów pokazywanych na festiwalu, „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha, na który nieskutecznie próbowałam się wybrać przez kilka miesięcy przed wyjazdem.

Drugie podejście do wylotu z Kalkuty zakończyło się sukcesem. Tym razem zadbaliśmy o każdy najdrobniejszy szczegół, nie było do czego się przyczepić. Kolejny przystanek – Tajlandia.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl