Kolejna noc spędzona w samochodzie. Zatrzymaliśmy się na kempingu pod Christchurch. Dojechaliśmy późną nocą, dlatego oglądanie miasta zostawiliśmy na następny dzień. Tym samym nieświadomie i nie po raz pierwszy minęliśmy się z Martą i Kubą, wcześniej już wspominaną parą znajomych, którzy również podróżują po świecie. Zanim dowiedzieliśmy się, że oni także są (czy też raczej byli) w Christchurch, Marta i Kuba zdążyli pojechać do Kaikury, z której my dopiero co przyjechaliśmy. Opóźnienia w komunikacji podczas podróży po Nowej Zelandii to rzecz normalna związana z żałosnym jak na tak cywilizowany kraj dostępem do sieci. Problem wydaje się mieć podobną naturę do tego, co zastaliśmy w północnej części Australii. Nie znamy szczegółów, z naszej strony wygląda to po prostu tak, że miejskie biblioteki są niemal jedynym miejscem, w którym można względnie normalnie skorzystać z darmowego wi-fi. Dlatego też w Christchurch połowę naszego czasu przesiedzieliśmy w bibliotece.
Samo miasto zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Malutkie, zadbane, trochę starszych budynków, wliczając w to umiejscowioną w środku miasta piękną, gotycką katedrę. Poza tym, pomimo niewielkich rozmiarów, da się tam dostać wszystko to, co w dużym mieście. Skorzystaliśmy z tego faktu i, po wielu miesiącach poszukiwań i wątpliwości, kupiliśmy w końcu lepszy aparat. O fotografii pojęcie mamy żadne, taka podróż to w sumie dobra okazja, żeby się czegoś nauczyć. Nawet jeśli zdjęcia dzięki temu nie będą lepsze, z pewnością nowa zabawka da nam dużo radości.
Z Christchurch wyjechaliśmy wczesnym popołudniem, czterdzieści parę godzin przed trzęsieniem ziemi. Gorzej trafili Marta i Kuba. Po odwiedzeniu Kaikury wrócili na krótko do Christchurch i trzęsienie ziemi złapało ich w samym centrum miasta, na dworcu autobusowym. Na szczęście nic im się nie stało.
My w tym czasie zdążyliśmy dojechać do Queenstown, którego klimat nachalnie przywodzi na myśl małe alpejskie miasteczka. Głównym powodem naszych odwiedzin w tym miejscu była chęć spróbowania czegoś z szerokiej oferty tzw. outdoor activities. Nowa Zelandia oferuje idealne warunki do uprawiania wszelkiego rodzaju sportów, z czego tłumnie korzystają tak Nowozelandczycy, jak i turyści. Obok tradycyjnych form spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu, jakimi są chociażby chodzenie po górach, rowery czy kajaki, można tu znaleźć wszelkie rodzaje nieco bardziej ekstremalnych sportów i rozrywek. To w końcu w Nowej Zelandii wynaleziono bungee jumping.
Mnie osobiście bungee średnio pociąga. Zawsze chciałam za to wyskoczyć z samolotu. Nasz budżet przewidywał tylko jedną z szerokiej oferty atrakcji, zdecydowaliśmy się więc na skydiving. A skoro żeśmy się już zdecydowali i przejechali szmat drogi, żeby zrobić to w ładnej scenerii, pogoda się zepsuła i żadna z firm w Queenstown nie latała. Odczekaliśmy dwa dni i ruszyliśmy w dalszą drogę, uznając, że na pewno gdzieś po drodze jeszcze uda nam się wyskoczyć z samolotu.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).