W PROWINCJACH SICHUAN I YUNNAN, CZYLI DROGA DO KUNMINGU
Do naszego lotu z Kunmingu zostało kilka dni, ruszyliśmy więc na zachód odwiedzić jeszcze kilka mniejszych miejscowości. Pierwszego dnia nie zajechaliśmy daleko. Tak się złożyło, że następnego dnia zaczynały się tygodniowe obchody święta narodowego, a nam zachciało się jechać autostopem. Nienajlepszy pomysł. Wydostanie się z miasta zajęło nam pół dnia, noc spędziliśmy jakieś 40km od Chengdu. Za to po drodze udało nam się skorzystać z otwartej dzień wcześniej pierwszej linii metra w Chengdu, a w Xinjin, do którego trafiliśmy, dzięki poznanej po drodze miejscowej nauczycielce angielskiego znaleźliśmy nocleg za mniej niż 20zł za prywatny pokój w nieoznakowanym hoteliku, do którego normalnie nigdy nie wpuszczono by białych. Miejsce ciekawe, niemniej kosztowało mnie trochę nerwów, kiedy zeszłam na dół sprawdzić, czemu Peter od dwudziestu minut nie wraca z paszportami i zobaczyłam go w otoczeniu dwóch policjantów mówiącego coś w stylu „nie, nie, my tylko…”. Okazało się, że policjanci martwili się jedynie o nasze bezpieczeństwo i proponowali przeniesienie się do „prawdziwego” hotelu. Podziękowaliśmy.
Święto narodowe to drugie święto, które przypadało na masz krótki pobyt w Chinach. 22 września Chińczycy obchodzili Mooncake Festival czy inaczej Mid-Autumn Festival, podczas którego ustawia się figurkę zająca i je duże ilości księżycowych ciastek, czyli najczęściej okrągłych (choć spotykanych także w kształcie kwadratu) ciastek z różnymi nadzieniami. Czekaliśmy na ten dzień dosyć długo, ciastka księżycowe należą do naszych ulubionych rzeczy w Chinach, szczególnie, że dla nas wiążą się zawsze z elementem niespodzianki. Robią je różne firmy, rodzajów nadzienia jest bardzo wiele, kupując nigdy nie wiedzieliśmy, co będzie w środku. Obchody Mid-Autumn Festival w Pekinie czy Shanghaju były dość huczne, w Chengdu obyło się jednak bez szumu. Jedyną oznaką, że dzień jest w jakiś sposób szczególny były małe ciasteczka księżycowe rozdawane na recepcji.
Wstępnie planowaliśmy kontynuować podróż z Xinjin autostopem, ale następnego dnia padał deszcz, nie mieliśmy mapy, więc zrezygnowaliśmy z zabawy i przesiedliśmy się na autobus. Trzeba było na niego poczekać kilka godzin, znaleźliśmy więc jakąś herbaciarnię, gdzie pojawienie się białych wzbudziło niemałą sensację. Jeden z gości zadzwonił nawet po swojego syna, żeby nas sobie obejrzał i poćwiczył angielski. Mabo, miły, około dwudziestoletni chłopak przysiadł się do naszego stolika pięć minut później. Na stwierdzenie, że smakuje nam herbata odszedł na chwilę, po czym wrócił z prezentem – torbą ze 168 torebkami zielonej herbaty. W żaden sposób nie dało mu się wytłumaczyć, że jesteśmy w podróży i nie zabieramy żadnych pamiątek, bo bagaż ograniczamy do minimum. Herbatę ostatecznie musieliśmy gdzieś upchnąć. Daliśmy się też zaprosić na spacer do ogrodu botanicznego, gdzie zawiózł nas ojciec Mabo.
Tego dnia nie dało rady dojechać do Kangdingu, musieliśmy rozłożyć drogę na raty, kolejną noc spędziliśmy w Ya’an w jakimś prywatnym mieszkaniu przerobionym na pokoje do wynajęcia. Czekała nas jeszcze, jak nam powiedziano, czterogodzinna podróż autobusem. Błąd. Podróż trwała 8 godzin, przez które kierowca katował nas chińskimi kabaretami niezbyt wysokich lotów. Chińczycy uważają, że krzyczenie piskliwym głosem jest śmieszne, a śpiewanie w ten sposób ładne. Dla nas jest do wytrzymania przez godzinę. Po trzeciej godzinie ma się naprawdę dosyć, a po ośmiu wyszliśmy z konkretnym bólem głowy, szczególnie że do tego wszystkiego kierowca nie potrafił wytrzymać dwóch minut bez użycia klaksonu. Klakson w Chinach generalnie służy do czego innego niż w Europie. Tu oznacza „jadę”, więc kierowcy trzymają jedną rękę na kierownicy, a drugą na klaksonie. Zasady ruchu drogowego są respektowane w bardzo minimalnym stopniu (pewnym wyjątkiem są te największe miasta), mało kogo obchodzą takie znaki jaki „zakaz skrętu w lewo”, nawet jeśli policja stoi tuż obok. Zebry w wielu miejscach są, ale nawet na nich i nawet przy zielonym świetle pieszy jest intruzem i to on musi uważać na samochody. Gdyby nie Peter, kilka razy prawdopodobnie zamówiłabym taksówkę, żeby dostać się na drugą stronę. Chińczycy jeżdżą jak wariaci, tak samochodami, jak i motorami, rowerami, e-rowerami i rikszami, jak na razie przebijają ich tylko Mongołowie. Aż dziw, że widzieliśmy tylko około pięciu niezbyt groźnych wypadków, przy czym zawsze była to jakaś osoba leżąca na ulicy. Podobno na górskich drogach zdarza się sporo kolizji, dlatego ostatecznie zrezygnowaliśmy z jechania autostopem po górzystych terenach. Z tego też względu nie da się oszacować czasu przejazdu z jednego miasta do drugiego. Nie jest to jednak jedyny powód. Chińczycy potrafią zakorkować pustą drogę górską, bo wpychają się na trzeciego na zakrętach. Po dotarciu do Kangdingu myśleliśmy, że to była ciężka podróż. Okazało się, że może być gorzej. Dwa dni później w autobusie do Xichang towarzystwo było w większości pochodzenia wiejskiego. W zamkniętym autobusie pluli i palili tanie papierosy, pomimo wielkiego znaku „zakaz palenia”. I nie to, że raz na jakiś czas ktoś sobie splunął. Co kilka minut słychać było głośne zaciąganie się flegmą. My przynajmniej siedzieliśmy obok siebie na podwójnym siedzeniu, takiego szczęścia nie miała Amelia – Polka, która poznaliśmy w hostelu Zhilam w Kangdingu. Jej dostało się miejsce w ostatnim rzędzie pośrodku z dwoma palącymi i plującymi Chińczykami z jednej i dwoma palącymi i plującymi Chińczykami z drugiej strony. I tak 16 godzin. Szczerze współczujemy tego doświadczenia.
Kangding to niewielkie jak na chińskie standardy miasto położone w dolinie niedaleko od tybetańskiej granicy. Duża część ludności jest rdzennymi Tybetańczykami, co widać na pierwszy rzut oka. Długie włosy i spódnice, kolorowe dodatki i ciemniejsza skóra sprawiają, że ludzie ci przypominają bardziej Indian niż Chińczyków, którzy z kolei starają się za wszelką cenę wybielić. Od słońca chronią się na tysiące sposobów – wiecznie noszą ze sobą parasole, przyczepiają je do rowerów i motorów, noszą rękawiczki i dodatkowe rękawy, w czym przypominają damy z dawnych lat. W sklepach ciężko znaleźć krem do opalania z innym filtrem niż 50, a większość zwykłych kremów, nawet firm typu Nivea, ma napisane „whitening” na opakowaniu.
W Kangdingu spędziliśmy niewiele czasu, ale wystarczająco, żeby spróbować tybetańskiej kuchni i wybrać się na spacer po górach. W drodze do Kunmingu zahaczyliśmy jeszcze o Xichang, gdzie spędziliśmy jedną noc i jeden dzień, a następnie nocnym pociągiem – wersja hard sleeper – pojechaliśmy do Kunmingu. Trzeba przyznać, że było o wiele brudniej niż w rosyjskich pociągach, ludzie też nie zachowywali się przesadnie kulturalnie.
Ostatnie miejsce, które znalazło się na naszej trasie po Chinach, Kunming, zaskoczyło nas przede wszystkim barami, których nie widzieliśmy w ostatnich czasach zbyt wiele. Jeśli już mowa o barach, warto powiedzieć dwa słowa o chińskim piwie. W Europie nie nazwano by go piwem. Azjaci nie trawią alkoholu jak biali, już od niewielkiej ilości robią się czerwoni, a następnego dnia mają ogromnego kaca. Dlatego też alkohol w Chinach jest bardzo słaby, piwa oscylują w okolicach 3% i nie mają zbyt wiele smaku. Żeby się za szybko nie upić, Chińczycy nie piją piwa z kufla czy szklanki, ale w postaci „beer shots”. Jak raz poprosiliśmy o kufle, patrzyli się na nas jak na idiotów, nie rozumiejąc, dlaczego chcemy pić alkohol z pojemnika na wodę. Generalnie w Chinach bardziej się opłaca pić herbatę niż piwo. W herbaciarniach mają fajny zwyczaj dolewania wody w dowolnej ilości. Za herbatę płaci się raz, liście wystarczają na dosyć długo, między stolikami zazwyczaj chodzi ktoś z czajniczkiem i co chwila dolewa gorącej wody. Niektóre herbaciarnie ulokowane są w parkach lub ogrodach, co dodaje im klimatu. W takich miejscach często też można zamówić jedzenie. W kwestii jedzenia – nasz pierwotny zachwyt chińską kuchnią zelżał nieco pod koniec pobytu. Nie to, żeby jedzenie zupełnie przestało nam smakować, ale po miesiącu zaczyna się ono nudzić. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że ponieważ jadaliśmy w małych lokalnych barach, raczej unikaliśmy mięsa, a potrawy wegetariańskie powtarzają się we wszystkich regionach. Do tego Sichuan, w którym spędziliśmy sporo czasu, znany jest z bardzo pikantnego jedzenia. Przyprawiają je do tego stopnia, że traci ono cały swój smak i po prostu pali. W Kangdingu odkryliśmy też przyprawę, której nazwy nie pamiętam, a która jest najgorszą rzeczą, jaką do tej pory znalazłam na talerzu. Nie dość, że piecze, ma do tego (dosłownie) smak chrzanu wymieszanego z dużą ilością mydła, który utrzymuje się długo po zjedzeniu choćby jednego ziarenka.
Jako że chińskie jedzenie trochę się nam przejadło, próbowaliśmy znaleźć coś bardziej europejskiego. Podobnie jak u nas wrzuca się chińskie jedzenie do jednego worka, pomimo że różnice regionalne są dosyć spore, tak Azjaci wrzucają do jednego worka wszystko, co związane jest z białymi. Tak więc mają „western food”, co najczęściej oznacza pizzę i hamburgery oraz „western style”, a my wszyscy – Polacy, Francuzi, Amerykanie, Australijczycy – jesteśmy po prostu „Westeners”. I tu znów tak jak w Europie chińskie jedzenie nie ma smaku, tak tu „zachodnie jedzenie” jest zazwyczaj marną imitacją dostosowaną do lokalnych gustów, robioną przez ludzi, którym jest trochę wszystko jedno. Zamówienie pizzy z konkretnymi składnikami nie było łatwym zadaniem. Zdaje się, że wychodzili z założenia, że pizza to pizza, żadna różnica, co ma na wierzchu. Zrobiliśmy kilka prób i tylko raz znaleźliśmy na pizzy to, o co poprosiliśmy, pomimo że dawaliśmy kelnerom listy z zapisanymi składnikami.
Siódmego października pożegnaliśmy się z Chinami. Już czas na kolejne, dziewiąte z kolei państwo – Nepal.
CHENGDU
Osiem dni spędzonych w Chengdu sprawiło, że zaczęliśmy przyzwyczajać się do tego miasta. Nie zostaliśmy w nim dlatego, że jakoś specjalnie nas zachwyciło, Chengdu to raczej zwykłe chińskie miasto z szarymi ulicami i obwieszonymi neonami wieżowcami, do dłuższego postoju zmusiła nas choroba. Jeszcze nic egzotycznego, jak na razie zwykłe przeziębienie, ale dało nam trochę w kość i utrudniło poznanie okolicy. W Chengdu jest kilka rzeczy do obejrzenia, jest też trochę białych, czego trudno było nie zauważyć, Lazy Bones, w którym się zatrzymaliśmy jest w końcu youth hostelem, ale turyści rozchodzą się jakoś w jedenastomilionowym tłumie mieszkańców miasta, tak, że poza hostelem stają się zupełnie niewidoczni. Tu jesteśmy już laowai, starymi białasami, co wcale nie jest obraźliwym określeniem (tak nam przynajmniej powiedziano) i zazwyczaj pojawia się w wyrażeniu: „O, laowai..!Hellooo!! ”. No i zaczęli się na nas gapić. Nie tak, jak się tego spodziewaliśmy, niejedna osoba ostrzegała nas bowiem, że Chińczycy ciągle się gapią, ale jednak czasami się gapią. Są ponadto dosyć chętni do pomocy i ciekawi, ale obserwują z daleka, dopóki nie znajdzie się pierwszy odważny. Jeśli podejdzie już jedna osoba, podejdzie ich piętnaście. I będą dyskutować dziesięć minut o tym, jak najlepiej nam pomóc, nawet jeśli pytanie brzmiało „do stacji metra w lewo czy w prawo?”. No i, co zrozumiałe, nie potrafią pojąć, ze nie rozumiemy chińskiego, uważają, że jak pomówią ze dwie minuty, to zaczniemy nagle rozumieć. Kilka osób, kiedy mówienie zawiodło, wpadło na pomysł, że skoro nie rozumiemy chińskiego mówionego, to zrozumiemy pisany. To samo myślą właściciele knajp, podając nam chińskie menu. Zdjęcia jedzenia od wyjechania z Shanghaju pojawiają się coraz rzadziej, choć jeszcze nieraz się zdarzają, nawet z ich angielskimi nazwami, czasami dzięki Bogu („Dog meat in lotus leaves”), czasami Bóg wie po co („Wild bacteria with rice”, „Soup weight beef by acid”, „Spicy holy ghoust” etc.). To są jeszcze prywatne restauracje, może nie stać ich na tłumacza, ale się starają, nie jesteśmy w stanie zrozumieć natomiast, dlaczego chińskie władze nie zatrudnią jednego, słownie jednego naprawdę dwujęzycznego człowieka do robienia tłumaczeń oznakowań w miejscach publicznych. One się w końcu powtarzają, można byłoby nawet zrobić oficjalną rządową stronę z popularnymi hasłami typu „nie biegać”, niewielki dodatkowy wysiłek, jeśli już podjęło się zadania zamieszczenia angielskich tłumaczeń, a w ten sposób nie mieliby tabliczek w stylu ,„Deformed men and place” (toaleta dla niepełnosprawnych), „Check the ticket mouth” (wejście za okazaniem biletu), „Please not disorderly throw the prduct” (nie smiecić) itd. Nie lepiej było w tzw. operze, na którą wybraliśmy się w ramach małego prezentu dla nas obojga (np. „You are so over!” w znaczeniu „I’ll kill you!”). Sama nazwa opera była jakimś kiepskim tłumaczeniem, bardziej odpowiednie byłoby tu określenie cyrk i to bez żadnej złośliwości. Przestawienie składało się z kilku niepowiązanych ze sobą scen, wybranych, mogłoby się wydawać, na zasadzie „ok, umiesz coś, masz rolę”. W programie był teatr cieni, sketch o wrednej żonie i mężu, który umiał chodzić z zapaloną lampą oliwną na głowie, taniec „pięknych dziewczyn” ubranych w stroje koloru wyblakłej tęczy i pióropusze, jakieś salta, piosenka śpiewana przez kukłę, oczywiście z playbacku, bo niemal cała muzyka i śpiew były z playbacku, solo na którymś z tradycyjnych instrumentów i jeszcze kilka innych rzeczy, z których na największą uwagę zasługuje pokaz bian lian (ang. face changing), czyli techniki bardzo szybkiego zmieniania masek w sposób niezauważalny dla widowni. Sztuka ta wymaga sporej praktyki i robi wrażenie. Szkoda tylko, że z sufitu musiały lecieć przy tej okazji bańki mydlane. Z opery wyszliśmy nieco skonfundowani, ale trzeba przyznać, że na swój sposób bawiliśmy się zupełnie nieźle.
Inną atrakcją Chengdu jest Baza Badawczo-Hodowlana Pandy Wielkiej. Pandy to najbardziej leniwe zwierzęta na świecie. Kiedyś były mięsożerne, ale im się odechciało i przerzuciły się na bambusy, na które nie trzeba polować. Żeby obejrzeć pandy trzeba być w ogrodzie około 9:00, bo wtedy wstają, żeby zjeść, po czym przestają robić cokolwiek, cały dzień śpią jedynie w dosyć dziwacznych pozach. Rozmnażać też im się nie chce, dlatego pomagają im w tym pracownicy Bazy. Ogólnie fajne zwierzęta i warto wstać wcześnie, żeby je zobaczyć.
NA LOTNISKU
Siedząc na lotnisku zauważyłam przechodzącą jakieś dziesięć metrów ode mnie blondynkę. „Marta?” – pomyślałam, ale uznałam, że nie ma szansy. Nasz samolot miał opóźnienie i po jakiś 15 minutach zaczęto rozdawać czekającym jedzenie. W kolejce kilka osób przede mną stał chłopak, blondyn w okularach. „Kuba..? Nieee, niemożliwe”. Chłopak wziął chińskie zupki i ciastka i poszedł do blondynki, którą wypatrzyłam już wcześniej. „Kurczę, ale podobna para” – przeszło mi przez myśl. Byłam przekonana, że to ktoś inny, ale na wszelki wypadek przespacerowałam się w pobliżu, żeby się przyjrzeć, a następnie wysłałam Petera, żeby podsłuchał, jakim mówią językiem. Wrócił z informacją: polski. No to już trzeba sprawdzić. Pomyliłam się. To byli Marta i Kuba. W kwestii wyjaśnienia: Marta i Kuba to para z Habazi, mojego klubu kajakowego, która kilka miesięcy przed nami również wyruszyła w podróż dookoła świata. Wprawdzie kontaktowaliśmy się od czasu do czasu i wiedzieliśmy, że wszyscy jesteśmy w Chinach, ale trasy nam się jakoś rozmijały, myśleliśmy o spotkaniu na przykład gdzieś w Nepalu. Tak się akurat złożyło, że w ciągu kilku dni, kiedy ze sobą nie rozmawialiśmy, trafiliśmy w te same okolice i wpadliśmy na ten sam pomysł, żeby zamiast tracić kilkudziesięciu godzin na jazdę pociągiem kupić najtańszy bilet na samolot, który w przybliżeniu kosztował tyle samo co pociąg. Lot był sporo opóźniony, zawieziono nas więc do hotelu, gdzie mogliśmy trochę porozmawiać, i skąd zabrano nas jakieś trzy godziny później, bo można było startować. Razem dojechaliśmy do Chengdu, gdzie trasy znów nam się rozeszły: my zostaliśmy w mieście na, jak się potem okazało, nasz najdłuższy jak do tej pory postój, Marta i Kuba ruszyli w stronę Tybetu. Jeśli nie uda nam się wpaść na siebie w Nepalu, następnym razem zobaczymy się pewnie w Australii.
MOON HILL
Moon Hill to mała wioska położona pod wzgórzem o tej samej nazwie. Na pierwszy rzut oka było lepiej, ale jak się później okazało, niewiele lepiej. Nie było to miejsce na tygodniowy pobyt, ale ostatecznie postanowiliśmy zatrzymać się na trochę, żeby obejrzeć okolicę i ustalić, co dalej. Oprócz nas w niewielkim hotelu, w którym obsługa mówiła zaskakująco dobrze po angielsku, była tylko jedna grupa. Polacy, z Warszawy.
Najlepsze, co można zrobić w okolicach Yangshuo to oczywiście wypożyczyć rowery. Wystarczy nieco zjechać z głównych szlaków, żeby zamiast turystów spotkać Chińczyków uprawiających pola czy zbierających ślimaki (i wykrzykujących „Hello!” i „Bye bye!”, dwa zwroty, które każdy Chińczyk, od dwulatka zaczynając a na wiejskim starcu kończąc, obowiązkowo zna i z radością używa na widok białych). Widoki, szczególnie z okolicznych krasowych wzgórz o niesamowitych kształtach są rewelacyjne. Wybraliśmy się też do jednej z okolicznych jaskiń wodnych, żeby spróbować kąpieli w błocie i podziemnym gorącym źródle. Po trzech dniach, w dniu trzydziestych urodzin Petera, wróciliśmy do Guilin, żeby złapać samolot do Chengdu w prowincji Sichuan, na który bilety kupiliśmy dzień wcześniej.
GUILIN i YANGSHUO
26h w pociągu nie było takie złe, nawet biorąc pod uwagę, że była to wersja hard seat. W chińskich pociągach są do wyboru cztery opcje: hard seat, soft seat, hard sleeper i soft sleeper. Przejechać się najniższą klasą tak czy inaczej mieliśmy ochotę, choć prawdopodobnie wybralibyśmy ją na jakiś krótszy odcinek, gdybyśmy taki wybór mieli. Niestety, jeśli chcieliśmy dostać się do Guilin w ciągu kilku najbliższych dni, musieliśmy brać co zostało. Na siedząco w wagonie bez przedziałów nie śpi się najlepiej, ale było czyściej niż się spodziewaliśmy. Do tego atrakcje w postaci Tele Zakupów na żywo: co jakieś 2-3h do wagonu przychodził ktoś, kto stawał na środku i zaczynał głośno zachwalać jakiś produkt, robiąc przy tym prezentację np. niesamowitych właściwości superchłonnego ręcznika. Jak kupisz dwa, ścierkę dostaniesz w prezencie. O ile jeszcze sprzedaż ręczników czy skarpetek w pociągu jest uzasadniona, to zdziwiły nas nieco plastikowe zabawki, rzeczy w stylu grającego i świecącego bączka, które cieszyły się dosyć dużym powodzeniem i to wśród dorosłych pasażerów. Chińczycy w ogóle mają słabość do świecących rzeczy, spora część większych budynków straszy neonami i to niezależnie, czy jest to hotel, biurowiec czy lotnisko.
Do Guilin dotarliśmy wieczorem, tam też zostaliśmy na noc. Docelowo chcieliśmy trafić do Yangshuo, małej miejscowości oddalonej od Guilin o jakąś godzinę jazdy, która polecił nam spotkany gdzieś po drodze Hiszpan jako niezbyt turystyczne, spokojne miejsce. Mieliśmy w planach zatrzymanie się na tygodniowy odpoczynek, Yangshuo z opisu wydawało się idealne: góry, jaskinie, rzeki, pola ryżowe, przy czym miejscowość na tyle duża, żeby dało się znaleźć wypożyczalnię rowerów i więcej niż jedną knajpę. To, co zobaczyliśmy po przyjeździe bardzo nas rozczarowało. Przez cały nasz pobyt w Shanghaju nie widzieliśmy tylu białych, ilu w ciągu pierwszych dziesięciu minut w Yangshuo. Było ich więcej niż Chińczyków. Ponadto stragany z kiczowatymi pamiątkami i reklamy wycieczek grupowych na co drugiej witrynie sklepowej. Nie po to przyjechaliśmy do Azji, żeby spędzać czas wśród Europejczyków i Amerykanów. Są to na pewno ciekawi ludzie, od czasu do czasu fajnie się spotkać i wymienić doświadczeniami, ale rok to bardzo mało czasu, a żeby załapać się na międzynarodową imprezę nie trzeba wyjeżdżać z Polski. O wiele bardziej interesuje nas lokalna społeczność, jej zwyczaje, jedzenie, bazary i rodzinne małe restauracje. Bez większego żalu opuściliśmy już sporo „rzeczy, które trzeba zobaczyć”, bo zamiast spinać się, żeby zaliczyć wszystkie atrakcje turystyczne, wolimy zapuścić się w mniej odwiedzane przez obcokrajowców rejony, porozmawiać z ludźmi, potargować się o warzywa etc. Tu Peter jest prawdziwym mistrzem, potrafi zaczepić każdego pod dowolnym pretekstem: pytając o drogę, wiek psa, częstując ludzi jedzeniem, pożyczając sól od sąsiada czy próbując kupić siedzącego pod straganem kota od staruszki sprzedającej słomiane sandały (gotowa była nam go sprzedać za niecałe pięć złotych, choć mała szansa, że należał do niej). W ten sposób można zobaczyć o wiele więcej niż chodząc z grupą od pomnika do pomnika, a zdarza się, że ktoś zaprosi na herbatę czy jakiś mały poczęstunek. Z tego też względu zrezygnowaliśmy z Tybetu, który początkowo był na naszej liście. Jedno, czego im na pewno obecnie nie brakuje, to turyści. Oficjalnie do Tybetu nie można pojechać na własną rękę, chiński rząd próbuje utrudnić odwiedzającym wjazd do tego regionu, trzeba mieć specjalne pozwolenie i zorganizowaną grupę. Zapłacić kupę kasy po to, żeby być przywiązanym do wycieczki z biura i jej programu, w który wpisane są przystanki na robienie zdjęć – nie, podziękowaliśmy, nie mamy tyle determinacji. Ten sam klimat można znaleźć na zachodzie prowincji Sichuan, gdzie nikt nie pyta o pozwolenie i przewodnika. Ale wracając do tematu – z Yangshuo uciekliśmy po półgodzinnym spacerze. Postanowiliśmy wypróbować położone nieopodal Moon Hill.
KOMENTARZE:
2010-10-11 12:07:10 Tomek
Cześć, Ale dzisiaj pozwiedzałem trochę świata z Wami. Czas szybko leci a Wy już tyle krajów odwiedziliście. I ładnie opisana wyprawa ;) Z tym Hiltonem w Japonii też było dobre. Pozdrowienia z jesi
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).