W końcu w Buenos Aires, stolicy Argentyny, mieście przez duże M, gdzie ludzie potrafią cieszyć się życiem i gdzie mówi się przybrudzoną wersją naszego ulubionego języka. Całe Buenos Aires jest zresztą przybrudzone, ale jakoś tak w europejskich granicach rozsądku i widać, że władze dokładają starań, żeby poprawić sytuację. Mamy więc nadzieję, że zmiana na lepsze to tylko kwestia czasu.
Poza tym miasto jest ładne i, co nawet ważniejsze, tętni życiem 24 godziny na dobę. O każdej porze dnia i nocy można spokojnie znaleźć otwarte kawiarnie, restauracje czy sklepy, które zawsze mają klientów, między innymi dlatego, że transport miejski również działa 24 godziny na dobę.
Buenos Aires ma dobry i tani system komunikacyjny, na który składają się przede wszystkim autobusy i subte, czyli metro, które korzysta wciąż z zabytkowych, drewnianych składów. System ten jest jednak tragicznie oznakowany. Niewidoczne przystanki, często brak numerów autobusów, które się przy nich zatrzymują, żadnego rozkładu jazdy, czyli jak przyjedzie to będzie. Często na przystanku nie ma też trasy, którą jedzie dany autobus, a już na pewno nie da się jej znaleźć wewnątrz autobusu. Jedyny sposób – pytać kierowcy. U kierowcy kupuje się też bilety. Po wymienieniu typu biletu lub miejsca, do którego chce się dojechać, wrzuca się monety do automatu stojącego za plecami kierowcy, ale to kierowca wstukuje sumę, którą będzie chciał od nas automat.
Z wyżej wymienionych powodów często nie poleca się korzystania z autobusów turystom, szczególnie, jeśli nie znają hiszpańskiego, dlatego też nie we wszystkich miejscach można znaleźć informację, że z lotniska do miasta jeździ zwykły miejski autobus, niekoniecznie trzeba korzystać ze specjalnego „airport busa”, który jedzie wprawdzie dwa razy krócej, ale kosztuje 25 razy więcej.
Nasze pierwsze godziny w Buenos Aires nie były łatwe. Po długiej podróży, zmianie czasu i tygodniach nieregularnego spania, dojechaliśmy wykończeni i głodni. Minęło kilka godzin, zanim udało nam się dowiedzieć co i jak, znaleźć bankomat, rozmienić pieniądze (na colectivo, czyli autobus miejski, trzeba mieć monety), trafić na przystanek, dojechać do miasta (sam przejazd zajmuje dwie godziny) i znaleźć nocleg. Przed przyjazdem próbowaliśmy umówić się z kimś z CS, ale nie wyszło, pozytywną odpowiedź dostaliśmy dopiero następnego dnia po południu. Dwie pierwsze noce spędziliśmy więc w sześcioosobowym dormie nienajwyższej klasy.
Osobą, która nam odpowiedziała, był magik z zawodu, nazywany przez znajomych po prostu Mago. Mago przyjął nas do siebie nie dlatego, że wydaliśmy się mu sympatyczni, ani nawet nie dlatego, że miał akurat miejsce, ale dlatego, że zwyczajnie nikomu nie odmawia. Ani couchsurferom, ani znajomym, ani ludziom spotkanym na ulicy. W ten sposób w jego mieszkaniu, które jest jednocześnie szkołą cyrkową, zawsze śpi kilka lub kilkanaście osób niewiadomego pochodzenia. Na dzień dobry natknęliśmy się na jakiegoś przejezdnego Brazylijczyka, Francuza i Słowenkę, którzy mieszkali tam już od dwóch tygodni, kilku Argentyńczyków, w tym jednego w dosyć zaawansowanym wieku, który, jak zrozumieliśmy, zostawił żonę i zamieszkał z Mago, aby uczyć się sztuki cyrkowej. Wszyscy ci ludzie śpią gdzie popadnie, głównie na materacach do ćwiczeń rozłożonych na podłodze. Nam dostał się materac pod trapezem. Musimy przyznać, że nie do końca tego spodziewaliśmy się po opisie „moi goście spać będą w osobnym pokoju”.
Mago, co dość nietypowe w kraju, który jest jednym z dwóch pierwszych na świecie pod względem ilości spożywanego mięsa, jest crudivegano, co oznacza, że je wyłącznie świeże warzywa i owoce. Co więcej, nigdy ich nie miesza, tyko jeden rodzaj na jeden posiłek. Sałatkę owocową uważa za zło („bo wyobraźcie sobie, że system trawienny to taka długa taśma produkcyjna, przy której siedzi sobie karzełek i segreguje. Jak mu damy jabłko, to sobie je spokojnie poukłada, gdzie trzeba, a jak mu wrzucimy taką mieszankę, to się biedny nie wyrabia, owoce przejeżdżają mu koło nosa i organizm nie ma z nich należytego pożytku”).
Wytrzymaliśmy u niego jedną noc. Nie żeby nam się nie podobało, miejsce naprawdę ciekawe, ale nam potrzebny był sen, a otwarta szkoła cyrkowa to nienajlepsze miejsce na odespanie kilku tygodni. Przenieśliśmy się do Bolivar Hotel, który znaleźliśmy dzięki pomocy chłopaka z jednego z barów. Okazało się, że (bo jakże inaczej) trafiliśmy na święto narodowe, długi weekend z okazji karnawału. Wszystkie tańsze możliwości noclegu zajęte, w pierwszej kolejności oczywiście pokoje dwuosobowe. Wypróbowaliśmy niemal wszystkie opcje, łącznie z półoficjalnie wynajmowanymi pokojami w prywatnych domach i mieszkaniami wynajmowanymi na doby. Znaleźliśmy tylko dwie możliwości: zwykły hotel albo Hotel Bolivar, który jest tak naprawdę hostelem i który z dwóch wyżej wymienionych wydał nam się lepszy.
Karnawał w Buenos Aires nie był specjalnie huczny. Obchody są rozdrobnione, nie ma faktycznie centralnej imprezy. Mniejsze imprezy i pochody odbywają się w dzielnicach (barrios) i, co dosyć charakterystyczne, towarzyszy im wzajemne opryskiwanie się pianą w sprayu. Zajmują się tym głównie dzieci, chociaż można spotkać ludzi w każdym wieku biegających z puszkami w ręku. Jest to z pewnością dobra zabawa, jeśli bierze się w niej udział. Gorzej, jeśli nieświadomie przyszło się z nowym aparatem, a już zupełnie fatalnie, jeśli pianę mają nastoletni chłopcy. Tacy potrafią podejść do nieznajomej osoby i bez ostrzeżenia prysnąć jej tym z kilku centymetrów prosto w oczy. Mają też głupi zwyczaj opryskiwania tłumu z góry jak leci. Człowiekowi piana krzywdy nie zrobi, ale wyjąć spokojnie aparatu nie dało rady.
Karnawał widzieliśmy w dwóch dzielnicach: Palermo i San Telmo. Te dwie dzielnice też najbardziej przypadły nam do gustu. La Boca, podobno wielka atrakcja turystyczna, to raptem dwie uliczki z kilkoma zrobionymi pod turystów kawiarniami i tak samo pod turystów tańczącymi tango parami, które i tak większość czasu poświęcają na odpłatne pozowanie do zdjęć.
Bardziej od karnawału podobały nam się wizyta w teatrze oraz zwykłe uliczne lub barowe koncerty. Do jednego z teatrów Buenos Aires i tak pójść chcieliśmy, ale to konkretne przedstawienie wybraliśmy dość przypadkowo. Trafiliśmy na argentyńską wersję „Chicago”. Sztuka bardzo dobrze przygotowana i, ku naszej radości, argentyńska aktorka grająca węgierską więźniarkę mówiła o wiele czystszym węgierskim niż rosyjska aktorka grająca analogiczną rolę w filmowej wersji musicalu.
Co do koncertów – często są to bardzo małe imprezy, dwie gitary i publiczność, która śpiewa razem z muzykami, niby nic szczególnego, ale to właśnie to. W Buenos Aires jest coś, czego ciężko było się doszukać w ogromnej większości miejsc, które odwiedziliśmy w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy: to miasto ma atmosferę.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).