BOŻE NARODZENIE W DŻAKARCIE
Wstępny plan zakładał, że w Dżakarcie wynajmiemy mieszkanie na dwa tygodnie. Minęło prawie pół roku od naszego wyjazdu z Warszawy, dłuższy postój idealnie zbiegał się ze świętami i Sylwestrem. Na to, dlaczego nasz plan uległ zmianie, złożyły się dwa powody.
Po pierwsze – cena. Nie mogliśmy znaleźć niczego sensownego. Po drugie – po drodze zdążyliśmy umówić się na wolontariat w Australii. Jeśli nic nie stanie nam na drodze, przez dwa tygodnie będziemy robić wino z owoców tropikalnych w Port Douglas w Queensland. W zamian za pracę dostaniemy wyżywienie i prywatną przyczepę. A skoro zatrzymamy się w jednym miejscu na tyle czasu, nie ma większego sensu robić dłuższego postoju na chwilę przed.
Na Samosir specjalnie wybraliśmy ośrodek z wi-fi, żeby móc znaleźć w końcu jakieś miejsce w Dżakarcie. Wieczorem, ostatniego dnia na wyspie, napisaliśmy do Davida, chłopaka z CS, którego znaliśmy pośrednio przez Ninę i Łukasza, parę, która razem z nami mieszkała u Azhara i Siti w Singapurze. Zwróciliśmy się do Davida mając nadzieję, że może on, jako osoba mieszkająca w Dżakarcie, będzie nam w stanie coś podpowiedzieć. Sami musieliśmy się w końcu ograniczać do angielskojęzycznych ogłoszeń.
David odpowiedział nam po 10 minutach, że tak, owszem, już znalazł. Pensjonat niedaleko miejsca, gdzie sam mieszka. Tanio i z dostępem do dzielonej kuchni. Może nie było to to, o co nam chodziło, ale brzmiało lepiej niż brudne hoteliki z Jalan Jaksa, które mieliśmy okazję obejrzeć podczas naszej pierwszej wizyty w mieście.
David odebrał nas z dworca autobusowego późną nocą i oświadczył, że jest mały problem. W pensjonacie się rozmyślili. Jednak nie chcą obcokrajowców. Zaproponował, że możemy przespać noc u niego i że poszuka innego miejsca następnego dnia. Następnym dniem był dwudziesty trzeci grudnia, a my wciąż chcieliśmy przygotować się spokojnie do świąt: znaleźć europejskie produkty, ugotować, kupić prezenty.
Z samego rana David zabrał nas do innego pensjonatu. Miejsce odpadło głównie ze względu na fakt, że miało jedno jednoosobowe łóżko. Nienajlepszy wybór, jeśli celem pobytu jest wyspanie się i odpoczęcie. Z drugim, nieco droższym, wszystko było ok. Umówiliśmy się na cenę, wprowadziliśmy się z rzeczami do pokoju i Peter poszedł do biura zapłacić. Po półgodzinie wrócił. Rozmyślili się, jednak nie chcą wynajmować na tydzień. Wolą na cały miesiąc.
Trzecie miejsce, nieco droższe od drugiego, nadawało się zupełnie nieźle. Dogadaliśmy się osobą odpowiedzialną za wynajem, która przy nas dzwoniła do szefa, żeby upewnić się, czy aby na pewno nie ma problemu w tym, że jesteśmy z Europy, i czy można wynająć na tydzień. Wpuszczono nas do pokoju, ja zajęłam się rozpakowywaniem plecaków, a Peter poszedł szukać ATMu, żeby wyciągnąć pieniądze.
Wrócił po jakiś 45 minutach. Rozmyślili się. Cena, którą nam podali nie jest jednak za tydzień. Byłaby za tydzień, gdyby chodziło o jedną osobę, ale nas jest dwoje. Więc to cena za sześć dni. Dni, nie nocy, licząc w nocach, możemy spędzić ich tu pięć.
Jak za pięć nocy i oferowane warunki, cena była wygórowana. Ponownie spakowaliśmy rozpakowane już całkowicie plecaki, wynieśliśmy się do znajomej knajpki z darmowym wi-fi, doładowaliśmy nasz indonezyjski numer i zaczęliśmy dzwonić po ogłoszeniach. I stało się coś, na co straciliśmy już nadzieję – znaleźliśmy mieszkanie.
Właścicielką mieszkania była Sara, pół-Słowenka, pół-Indonezyjka. Zrozumiała, czego szukamy i trzymała się warunków, jakie podała przez telefon. Mieszkanie znajdowało się w Tamarin Residence, ogromnym wieżowcu w samym centrum miasta na osiemnastym piętrze (które tak naprawdę jest piętrem piętnastym, bo przy numeracji przesądnie pominięto numery przynoszące nieszczęście: 4, 13 oraz 14). Dwa małe pokoiki z tym, o co nam chodziło – kuchnią. Małą, prostą, bez piekarnika, ale zawsze była to czysta i względnie funkcjonalna kuchnia.
Przez kolejne siedem dni nie oddalaliśmy się specjalnie od mieszkania. Jedyną dłuższą wyprawą były odwiedziny na wystawie o historii Indonezji w najniższej części pomnika narodowego. Poza tym zajęliśmy się znalezieniem choinki (nie taka prosta sprawa), jedzenia, gotowaniem, dzwonieniem do rodzin. Podzieliliśmy się listą prezentów, czyli rzeczy, których nam brakowało, żeby się nie dublowały. Pomimo to kupiliśmy taki sam papier do pakowania, a jedynym powodem, dla którego nie znaleźliśmy dwóch takich samych prezentów pod choinką było to, że Peter zauważył mnie stojącą metr od niego przy stoisku z pirackimi filmami i zdążył schować się za kolejnym straganem. Płytę, którą trzymał w ręku, wsadził na chybił-trafił w jeden z rzędów, po czym zobaczył, jak ja wyjmuję tę samą płytę i kupuję ją dla niego. No trudno, prezenty i tak miały być wspólne.
Święta ostatecznie spędziliśmy tak, jak tego chcieliśmy, w miejscu, w którym czuliśmy się prawie jak w domu, oglądając filmy, gotując, korzystając z siłowni, basenu i jacuzzi dostępnych nieodpłatnie w Tamarin Residence. Spotkaliśmy się też kilkakrotnie z Davidem i jego znajomymi. 30 grudnia pożegnaliśmy się z mieszkaniem i ruszyliśmy do Jogjakarty, gdzie chcieliśmy spędzić tegorocznego Sylwestra.
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).