Da i niet padają jednocześnie w odpowiedzi na pytanie, czy w monasterze wolno fotografować. Dwóch posłuszników (nowicjuszy) siedzi przy ustawionym w pobliżu bramy stole. Wot tam, w magazynie bat'ko sidit. Tot samyj krupnyj. U niego sprositie.
Saharna. Koniec i nie koniec kraju: wieś leży nad Dniestrem, na południe od piętnastotysięcznej Reziny. Od Kiszyniowa – 110 kilometrów. Rzeka to istniejąca – faktycznie – i nieistniejąca – formalnie – granica. Za nią leży nieuznawana przez nikogo poza samą sobą Transnistria lub Naddniestrze. Zbudowany w drugiej połowie XVIII wieku, zlikwidowany przez Sowietów w 1964 i odnowiony w 1990 roku monaster św. Trójcy to jeden z najpopularniejszych celów pielgrzymkowych w Mołdawii.
Przez teren klasztoru prowadzi pochyła, brukowana droga. Jedna z dwóch znajdujących się tam cerkwi – ta o dwóch zielonych kopułach – stoi kilkanaście metrów powyżej jej poziomu, na zboczu wzgórza. Niedziela. Tłum pielgrzymów, głównie niemłodych kobiet w pstrokatych sukienkach i chustkach na głowach, krąży po oświetlonym ostrym słońcem dziedzińcu, kłania się monachom, obmywa twarze i czerpie do plastikowych butelek wody ze świętego źródła. Umundurowanej w habit długowłosej i brodatej władzy duchownej nie wystarcza niski ukłon: mężczyzna około trzydziestki całuje zakonnika w dłoń i pokornie inkasuje uderzenie w pochyloną głowę.
Sława Isu, swiatoj otiec – królujący w pełnym ludzi sklepie z dewocjonaliami gigantyczny bat'ko jest wyraźnie ukontentowany takim pozdrowieniem inostrańca. Z monarszą łaskawością zezwala na robienie zdjęć, jednak nie przy górnej cerkwi, gdzie obowiązuje bezwzględny zakaz. A tam – wewnątrz odbywa się nabożeństwo – spore zbiegowisko. Wśród tłumu ludzi miga odsłonięta noga młodego mężczyzny. Kolejny długowłosy i brodaty, najwyżej trzydziestoparoletni duchowny wykonuje jakieś śpieszne ruchy w okolicach obnażonego kolana. Krzyk – chyba – bólu. Tłum na moment zasłania scenę. Za chwilę widać jak bat'ko wznosi wzrok ku niebu i nakłada lewą rękę na głowy kolejnych, stojących przed nim w ogonku młodych kobiet. W prawej trzyma przedmiot przypominający dużą rękojeść dziewiętnastowiecznego stołowego noża, z kwadratową blaszką o zaokrąglonych rogach osadzoną skośnie w miejscu ostrza. Mocno dźga nim ciała poddających się egzorcyzmom. Podtrzymywana przez przyjaciółkę ładna dziewczyna w biało-granatowej sukience spazmatycznie płacze i zostaje odsunięta na bok gwałtownym ruchem. Równie gwałtownie zostaje przyciągnięta kolejna – towarzyszy jej młody mężczyzna – która głośno krzyczy i miota się jak w ataku epilepsji, co zdaje się jeszcze wzmagać siłę pchnięć zadawanych jej metalowym narzędziem. Zgromadzeni dookoła ludzie demonstracyjnie odwracają się i żegnają znakiem krzyża. Z ciekawością podglądaczy udają że nie patrzą na pląsy wypędzanych demonów. Następnej osobie nogi uginają się pod ciężarem świętej dłoni a obok zbiegowiska przechodzi dziewczyna, która kilka minut wcześniej rozpaczliwie płakała: z uśmiechem rozmawia ze swoją towarzyszką tak, jak gdyby nic nie zaszło.
Błyszczący złotem uśmiech.
– Kak tiebia zowut?
Odpowiadam: – A tiebia?
– Ja Wasilij. Skażu ja tiebia szto-to, kogda na awtowokzale budiem. Nie dumaj tak, nie dumaj...
Biały bus z wymontowaną częścią siedzeń – by pomieścić więcej „ładunku”– jeździ między Reziną a Saharną raz na godzinę. Ktokolwiek sądzi, że poznał co to jest tłok a nie jechał tym busem nie wie nawet jak bardzo mało wie. W miarę zbliżania się do miasta – trasa jest krótka – pasażerowie wysiadają. Można odsunąć się od współpasażera przetrawiającego sporą ilość wypitego alkoholu (ponad wszelką wątpliwość na zagrychę był czosnek) i rozejrzeć się po wnętrzu pojazdu. Na siedzeniach z tyłu dwóch mężczyzn. Byli już wśród ludzi czekających na dojazd do monastyru kilka godzin wcześniej; wspólnie chodzili po sanktuarium. Młodszy ma bliznę – chyba po nożu – w okolicy oka, którym patrzy na świat z bezgraniczną pogardą. Starszy, w sile wieku, ostrzyżony na zapałkę co chwila pokazuje w uśmiechu klawiaturę złotych i naturalnych zębów.
Na pełnym wybojów placu dworca autobusowego Złotousty uśmiecha znowu się i oświadcza, że „właśnie wyszedł”. Przy drodze do Saharny znajduje się więzienie – pewnie tam właśnie Republika Mołdawii zapewniła mu wikt i opierunek. Oczywiście za niewinność. Sytuacja zaczyna się wyjaśniać – chodzi o dofinansowanie w wysokości 6 lei z przeznaczeniem na bilet autobusowy. Z uwagi na fakt, że – być może w wyniku przeżytej w monasterze duchowej metamorfozy – kryminalista Wasilij poprosił o to, co prawdopodobnie mógł sobie wziąć sobie sam – dostaje więcej: 10 lei, czyli około 2 złotych i 50 groszy. Obietnica odwzajemnienia przysługi w nieokreślonej przyszłości brzmi cokolwiek dwuznacznie: Jeszczo wstrietimsa, moj drug, uwidisz... Na dworzec podjeżdża bus. Według umieszczonej za przednią szybą tablicy jego trasa prowadzi z Kiszyniowa do Rybnicy. Według kierowcy – w kierunku przeciwnym. I w tę właśnie stronę pokonuję drogę, na której odcinki wyasfaltowane przeplatają się z gruntowymi, a znaki drogowe noszą ślady pistoletowych kul.

Droga do monasteru

Cerkiew św. Ducha

Nowożeńcy przybyli po błogosławieństwo

Monaster widziany z góry

Dniestr i Naddniestrze
KOMENTARZE:
Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).