ENGLISH
SOBOTA, 19 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

Podróż na Bali zaczęła się dla nas pod Ijen i choć odległość od wulkanu do promu na Bali jest niewielka, zajęła nam ona kilka ładnych godzin. Droga prowadząca od Ijen na wschód jest w dramatycznie złym stanie, przez połowę czasu jechaliśmy więc naszym minibusem (który, jak nam obiecywano w agencji turystycznej, miał być jeepem) z prędkością 10km/h. Dało nam to przynajmniej możliwość obejrzenia okolicznej dżungli i plantacji kawy.

Prom z Javy na Bali płynie około 45 minut. Po drodze można podziwiać bajkowe widoki, idylliczny obraz znika jednak, jeśli spojrzy się w dół. Po przezroczystej wodzie pływa kupa śmieci. Papierki, plastikowe kubki i pety kumulują się głównie w porcie oraz wyznaczają trasę, którą przepłynął prom. Dosyć to smutne.

Dopływając do wyspy wciąż nie mieliśmy planu na spędzenie naszych ostatnich dni w Azji. Opcji było zbyt wiele. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na próbę dojechania do Ubud, miejsca uznawanego za centrum kulturalne Bali, a następnie przedostanie się na wyspy Gili, które miały być jednym z najpiękniejszych i najspokojniejszych miejsc w Indonezji.

Do Ubud faktycznie dojechaliśmy późnym popołudniem następnego dnia, z małymi jedynie komplikacjami. W Indonezji można dojechać wszędzie i o każdej porze, o ile odpowiednio się zapłaci. Oznacza to zazwyczaj kilka do kilkunastu razy więcej niż to, co za usługę płacą miejscowi. Wyższe ceny dla przyjezdnych są akceptowalne do pewnego stopnia, ale jeśli za bilet, o którym wiemy, że tak naprawdę kosztuje 8 000, chcą od nas „only 150 000”, twierdząc przy tym bezczelnie, że to , „discount, special price, only for you”, to jest to gruba przesada.


Jest to kolejna nasza obserwacja w kwestii Indonezyjczyków: nie tylko nie wstydzą się tego, że oszukują białych, nie mają też kompletnie wyczucia granicy. Gdyby zamiast 8 000 zaproponowali 12 000 - 15 000, mieliby klientów. Ale ciężko jest nie wyczuć podstępu w zachodnioeuropejskich cenach na Bali. Co gorsze, na wyspie panuje jakiś rodzaj powszechnej zmowy. Kierowcy zwyczajnie nie wpuszczą cię do autobusu za zwykłą cenę. Za to jak już zapłacisz, możesz mieć pewność, że dojedziesz na miejsce. Jeśli zostawią cię na środku drogi, twierdząc, że niedługo przyjedzie ktoś inny, żeby cię zabrać, to tak będzie. Do podanego czasu podróży należy tylko zazwyczaj doliczyć 20–25%.


Ubud to wbrew pozorom nie miasteczko, ale czternaście wsi, które w pewien sposób zrosły się w coś, co wygląda jak miasto, niemniej wciąż ma czternaście różnych ośrodków administracyjnych. W Ubud są tysiące świątyń (buddyjskich, bo Bali również wytrwało przy buddyzmie) oraz tysiące sklepów z – trzeba przyznać – przepięknymi wyrobami artystycznymi. Samo miejsce, przynajmniej w swojej centralnej części, po brzegi wypełnione jest turystami.


Naszym powodem odwiedzin w Ubud były pokazy tradycyjnego balijskiego tańca. Na miejsce jakimś cudem dotarliśmy półtorej godziny przed pokazem, czyli wystarczająco wcześnie, żeby dostać bilety i załatwić wszelkie inne sprawy typu znalezienie noclegu.


Przedstawienie warte było wysiłku, który włożyliśmy w to, aby je obejrzeć. Całość trwała półtorej godziny i składała się z trzech części, z których każda opowiadała inną legendarną historię. Kolorowe stroje, cudaczne nakrycia głowy i charakterystyczne robocie ruchy sprawiają, że ciężko pomylić ten rodzaj tańca z jakimkolwiek innym. Ciekawe doświadczenie, które również dodałabym do listy punktów obowiązkowych przy okazji wizyty w Indonezji.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl