ENGLISH
SOBOTA, 19 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Bloga piszą Magdalena Paluchowska, Péter Kovács

ANGKOR (SIEM REAP)
Angkor położone jest około 8 kilometrów od Siem Reap, które zostało tak nazwane na cześć zwycięskiej bitwy Khmerów z Tajami. Siem Reap oznacza bowiem „Klęska Syjamu”. Miasto składa się głównie z hoteli i restauracji, które, pomimo że ich liczba przerosła już dawno liczbę świątyń w Angkor, nie narzekają na brak klientów. Do Siem Reap każdego dnia ściągają tłumy turystów z całego świata.

Siem Reap, jak na atrakcję turystyczną tego pokroju, ceny ma zupełnie przyzwoite. Pokój w hotelu na poziomie europejskich trzech gwiazdek to wydatek rzędu 15 dolarów. Dolarów a nie rieli, bo w Kambodży nie bardzo lubią swoją własną walutę. Wolą posługiwać się stabilniejszym dolarem. Płacić można też w tajskich bathach, z tym że przy tym nieco kręcą nosem.


Z tłumów turystów korzystają, obok hoteli i restauracji, dzieci żebrzące na ulicach. Biegają one za białymi, czepiają się ubrania, łapią za ręce, przy czym prawie zawsze mówią, że nie chcą pieniędzy, ale jedzenia. Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby sprawa była taka prosta. Dzieci z Siem Reap zazwyczaj, owszem, chcą jedzenia, ale tylko z tego konkretnego straganu czy baru. Jeśli powiesz, że kupisz im jedzenie, ale nie tu, tylko w sklepie obok, potrafią zrobić się bardzo niemiłe. W grę wchodzą wyzwiska, rzucanie kamieniami, od jakiegoś trzylatka usłyszeliśmy „fuck off”. Nie można mieć o to do nich pretensji, nie rozumieją jeszcze, co robią, ale jakby nie patrzeć, jest to przykre.


Nie wszystkie dzieci pracują dla barów, wiele osób ucieszyło się z jedzenia, jakie im zaoferowaliśmy. Obok żebrzących dzieci na ulicy można spotkać dzieciaki, które pracują sprzedając pocztówki, przewodniki turystyczne czy bransoletki. Bardziej uczciwe   zajęcie, ale i tu próbują kombinować. Popularny przekręt, gdy ktoś nie chce niczego kupić, wygląda tak, że najpierw pada pytanie „Which country?”, po czym chłopczyk czy dziewczynka wyciąga z kieszeni monety bądź z twojego, bądź z jakiegoś sąsiedniego państwa, twierdząc, że ktoś mu nimi zapłacił, i prosi o ich wymianę. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że chwilę później przychodzi inny dzieciak, prosząc o monety z twojego kraju, bo je zbiera. I to zbiera wyłącznie te najbardziej wartościowe. Za grosze potrafi się obrazić.


Najbardziej polecanym czasem na oglądanie świątyń są wschód i zachód słońca. Chcieliśmy zobaczyć oba, nastawiliśmy więc budzik na 4:00 rano. No i musieliśmy zostać w Riem Siep o jeden dzień dłużej, bo wstawanie jakoś nam nie wyszło. Do Angkor trafiliśmy dopiero wieczorem. W ofercie mają małą promocję: jeśli kupuje się bilet po 17:00 jednego dnia, ważny jest on również na kolejny dzień. Wejściówki kosztują swoje, więc jest to najsensowniejsze rozwiązanie, jeśli ma się niewiele czasu.


Angkor można zwiedzać na wiele sposobów. Bardzo popularne są wycieczki tuktukami, większe grupy poruszają się autobusami, można wybrać także słonie, wśród propozycji jest nawet helikopter. My, tradycyjnie, wzięliśmy rowery.


Angkor, największe miasto świata sprzed rewolucji przemysłowej, to kompleks zabytków rozrzuconych na obszarze ponad 400 kilometrów kwadratowych. Budowle były wznoszone przez kolejnych władców pomiędzy IX a XV wiekiem. Jeden dzień to za mało, żeby to wszystko obejrzeć, ale nam 50 kilometrów z kilkunastoma przystankami przy mniej i bardziej znanych świątyniach musiało wystarczyć. Szczerze mówiąc, jeśli ktoś nie jest specjalistą w dziedzinie historii sztuki bądź pokrewnej, raczej nie będzie czuł niedosytu po spędzeniu w Angkor kilkunastu godzin.


Większość budowli w Angkor jest restaurowana lub wciąż jeszcze składana do kupy po rządach Czerwonych Khmerów. Pracami zajmują się głównie specjaliści z innych krajów, kambodżański rząd niespecjalnie poczuwa się do obowiązku.

Angkor, mimo że pokawałkowany i skomercjalizowany, robi wrażenie. Nie można było pominąć go przy okazji odwiedzin w Kambodży. Nie jest to jednak miejsce, w którym można zobaczyć, jak naprawdę żyją mieszkańcy tego kraju. W tym celu trzeba pojechać w nieco mniej turystyczne miejsca, na przykład do Kratie. Tam też jedziemy, spędzić kilka dni w małym miasteczku i przyległych wioskach.

MIĘDZY TAJLANDIĄ A KAMBODŻĄ
Tajowie to generalnie rzecz biorąc mili i uczciwi ludzie. Ale, jak zwykle, bywają wyjątki. Przewodniki turystyczne ostrzegają, że w Tajlandii nie należy publicznie nikogo krytykować, a tym bardziej robić tego podniesionym głosem, bo skrytykowana osoba może stać sie agresywna. Każde inne zachowanie ze strony przyjezdnego niż spokojna rozmowa może zostać odebrane jako obraza, czyli coś, co Tajowie nazywają traceniem twarzy. A tego boją się panicznie.

Wiedzieliśmy o tym od początku i, choć nie bardzo wierzyliśmy, że ci ludzie są w stanie być agresywni, zgodnie z zaleceniami, każdą sytuację konfliktową rozwiązywaliśmy spokojnie i z uśmiechem na ustach. Nie inne było nasze podejście do kierowcy minibusa, który miał nas zawieźć do Kambodży. Tym razem to jednak nie wystarczyło, bo w imię bycia uprzejmym nie mieliśmy zamiaru dać się oszukać. No i skończyło się na policji.

Przejście graniczne między Tajlandią a Kambodżą w Poipet to jeden wielki przekręt. Zaczyna się od najpopularniejszej sztuczki, na której też zazwyczaj również się kończy, chodzi mianowicie o to, że kierowca busa wysadza grupę w restauracji (zupełnie przypadkiem należącej do jego rodziny), ogłasza przerwę, po czym podtyka ludziom pod nos papiery potrzebne do otrzymania kambodżańskiej wizy, żądając za nią 1200 bath. Byliśmy na to przygotowani. Na granicy wiza turystyczna kosztuje 20 dolarów, czyli około 600 bath. Ale kierowca bezczelnie twierdził, że na granicy (jakimś cudem) jest o wiele drożej. Uprzejmie podziękowaliśmy, powiedzieliśmy, że to dla nas żaden kłopot i nasze wizy chcemy mimo wszystko zrobić na granicy. Uświadomiliśmy też resztę grupy (parę z Anglii, dwie Finki, dwie Niemki i Kanadyjczyka). Wszyscy zgodnie stwierdzili, że (nie dla pieniędzy, ale dla zasady) robimy wizy na granicy. I wtedy się zaczęło.

Kierowca zaczął od krzyczenia, że wizy mamy zrobić u niego. Kiedy po raz kolejny uprzejmie podziękowaliśmy (na razie tylko my dwoje), kazał nam się wynosić z autobusu. Poprosiliśmy więc o zwrot połowy pieniędzy, bo byliśmy w połowie drogi i oświadczyliśmy, że wysiądziemy, ale na granicy, a nie osiem kilometrów przed nią, gdzie znajdowała się restauracja. O żadnym zwrocie pieniędzy oczywiście nie było mowy, a zabranie nas do granicy oznaczałoby, że zostaniemy z grupą, która miałaby wtedy namacalny dowód na to, że została oszukana. Kierowca poczuł, że może „stracić twarz” i zareagował podręcznikowo: rzucił się na Pétera z łapami, celując w głowę i przechwalając się, jak na buraka przystało, że trenuje tajski boks. Péter jednak (wielki szacun) zachował stoicki spokój, nie dał się sprowokować. Akt agresji, na który odpowiedziano spokojem, jest dla Taja o wiele większym poniżeniem niż wzięcie udziału w bójce.


Po incydencie kierowca schował się gdzieś na zapleczu. Postanowiliśmy nie ryzykować kolejnego spotkania z idiotą i zabraliśmy nasze rzeczy. Zostawiliśmy mu jedynie wiadomość, że dopilnujemy, aby o informacja o zajściu doszła do jak największej liczby portali turystycznych (typu Wiki Travel), do pośredników na wyspie etc. Reszta grupy, oburzona zachowaniem kierowcy, pobiegła do jego żony wypełnić wnioski o wizę. Kompletny brak jaj. A żeby ich przekonać, opuszczono „państwową” cenę wizy z 1200 na 1000 bath.


Do granicy dojechaliśmy tuk-tukiem. Jego kierowca też próbował wysadzić nas u znajomego, który robi wizy, ale tym razem przynajmniej odmowa została zrozumiana już za pierwszym razem.


Na granicy, z pewnymi obawami, zgłosiliśmy sprawę na policji. Procedura okazała się szybka i bezproblemowa, mała szansa jednak, że zgłoszenie będzie miało jakiś realny efekt.


To była próba oszustwa numer jeden. Drugie podejście – koleś stojący przed okienkiem, gdzie wydawane są wizy, twierdzący, że jak zapłacimy 1000 bath, to wiza będzie gotowa w 5 minut, w przeciwnym razie będziemy musieli czekać 20–30 minut. Chwilę wcześniej spotkaliśmy się z naszą grupą, którą przejął kambodżański kierowca. Była więc szansa, że załapiemy się na autobus, za który w końcu zapłaciliśmy. A koleś przed okienkiem skądś o tym wiedział.


Podziękowaliśmy. Nie mieliśmy dolarów, za wizę (która tak czy owak wydawana jest od ręki) musieliśmy zapłacić w tajskiej walucie. Policzyli nam 800 zamiast 600, twierdząc, że taki jest oficjalny przelicznik. No ale trudno, tego już nie mieliśmy jak im udowodnić. Nie daliśmy się za to naciągnąć na dodatkowe 100 bath od wypełnionego wniosku, których zażądał wydający nam je mundurowy. Kiedy powiedzieliśmy „nie”, usłyszeliśmy „No weźcie, tylko 100, na kawę”. Próba numer cztery.


Przez konieczność wyrobienia wizy, wylądowaliśmy na końcu kolejki do ostatecznego sprawdzenia dokumentów, tuż za Niemkami z naszej grupy. Byliśmy więc nie więcej niż minutę za nimi. Wystarczająco czasu, żeby kambodżański kierowca upchnął grupę do minibusa i w pośpiechu odjechał, zostawiając nas na pastwę tego samego człowieka, który próbował przekonać nas do wyrobienia wizy w pięć minut.


Zignorowaliśmy go i zaczęliśmy szukać transportu na własną rękę. Nieco ciężkie zadanie, kiedy każda osoba, zapytana o dworzec autobusowy, proponuje ci swoją taksówkę. Ostatecznie wsiedliśmy do „darmowego” autobusu z granicy na dworzec. Do podjęcia próby przekonał nas fakt, że w środku siedziało dwóch starszych Włochów, z których jeden twierdził, że mieszka gdzieś w okolicy. Powinni więc wiedzieć, co robią.


Autobus wywiózł nas kilka ładnych kilometrów za miasto i zatrzymał się na „dworcu międzynarodowym”, gdzie oczywiście okazało się, że niby jakiś autobus jest, ale za wiele godzin, za to możemy wziąć taksówkę. Taką oficjalną, państwową, godną zaufania. To nie to, co taksówka złapana na ulicy.


Kilka minut po nas przyjechał kolejny „darmowy” autobus. Dołączyła do nas rodzina z Czech, chłopak z Niemiec i Nowozelandczyk. Oraz nasz stary przyjaciel, kolega od pięciominutowej wizy.


Nasza nowa grupa okazała się sensowniejsza od poprzedniej. Znów nie chodziło o cenę, na autobus wszyscy przestaliśmy już liczyć, a za taksówkę stąd zapłacilibyśmy tyle samo, co za tę z granicy. Chodziło o zasady i ci ludzie tym razem je mieli.


Na dyskusjach spędziliśmy jakieś piętnaście minut. Najbardziej zirytowany był ojciec rodziny z Czech, na nasze szczęście barczysty, dwumetrowy facet. W kraju, w którym nawet ja jestem wysoka, taki człowiek może mieć nieco więcej do powiedzenia niż inni. Miejscowi widząc, że nie trafili na łatwych klientów, zaczęli mieć dosyć, kiedy Czech wyjął telefon, żeby zadzwonić na policję. Zrobili coś, na co myśleliśmy, że się nie zdobędą – odwieźli nas swoim „darmowym” autobusem na granicę. I o dziwo, nie była to kolejna sztuczka.

Nie mając innego wyjścia, umówiliśmy się z Niemcem i Nowozelandczykiem i razem złapaliśmy taksówkę do Siem Reap, do którego dojechaliśmy bez dalszych komplikacji jakieś dwie i pół godziny później.
Nie był to łatwy dzień, na tej całej zabawie straciliśmy też trochę pieniędzy, ale warto było.
My: przejście graniczne w Poipet 4:1.

Na koniec mała rada dla osób wybierających się w te rejony, bo każde źródło podaje inną informację: WIZA TURYSTYCZNA DO KAMBODŻY KOSZTUJE 20 DOLARÓW. Nie 25, ani nie 40. Najwygodniejszym sposobem dostania się z Tajlandii do Kambodży jest z góry opłacony minibus. Bilety można kupić w dowolnym hotelu lub ośrodku. W większości przypadków kierowca BĘDZIE PRÓBOWAŁ SPRZEDAĆ WIZĘ ZA 40 DOLARÓW JESZCZE PRZED GRANICĄ. A już na pewno będą to próbowali robić kierowcy FIRMY „KATTI POL”, KTÓREJ NIE POLECAMY. Dojeżdżając do granicy lepiej mieć przy sobie dolary, bo przeliczniki są bardzo niekorzystne. Jeśli chce się uniknąć całego zamieszania i wykłócania się na granicy, WIZĘ MOŻNA ZROBIĆ PRZEZ INTERNET. Koszt to 25 dolarów, nieco więcej niż na granicy, ale te pięć dodatkowych dolarów może bardzo ułatwić podróż.

KOMENTARZE:

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl