ENGLISH
SOBOTA, 19 MAJA 2012 R.
Opisaliśmy dla Was już 68 krajów!


Karolina Krężel, fot. Przemysław Stachyra

 „Ale Meksyk!” – osoba, która wymyśliła to powiedzenie, na pewno nigdy nie była w Gwatemali. To, co kojarzy nam się z Meksykiem w kontekście owego powiedzenia – czyli gwar, chaos organizacyjny i komunikacyjny, wrzawa, kolorowe stragany i nawołujące na nich kramarki, psy pałętające się pod nogami – należy pomnożyć mniej więcej razy trzy, a wyjdzie nam… Gwatemala.

Choć wyznaję zasadę, że aby poznać kraj, trzeba podróżować tak, jak jego mieszkańcy, dotychczas, zwiedzając Meksyk, poruszałam się klimatyzowanymi autobusami turystycznymi. Nastraszono mnie bowiem, że autobusy, którymi przemieszczają się miejscowi, są bardzo często kontrolowane, szczególnie w nocy, co znacząco wydłuża podróż. To skutecznie mnie odstraszyło, ale też doprowadziło do szoku temperaturowego, gdy po kilku długich godzinach spędzonych w takim właśnie klimatyzowanym autobusie, stanęłam na granicy meksykańsko-gwatemalskiej. Żar bił z nieba niemiłosierny, co – w porównaniu z chłodnym wiaterkiem położonego w górach regionu Chiapas – potęgowało uczucie ścinania się białka we krwi.

La Mesilla, czyli stoliczku nakryj się

Formalności na granicy załatwiłam niebywale szybko i już po chwili – bez specjalnego udziału z mojej strony – zostałam zapakowana razem z trójką innych osób do taksówki, która zawiozła mnie na granicę gwatemalską.

Przygraniczna miejscowość La Mesilla, w której wylądowałam, jest przedsmakiem Gwatemali. Można odnieść wrażenie, że tumany kurzu, tłumy ludzi w każdym wieku sprzedających co-tylko-zechcesz za bezcen i pałętające się pod nogami wychudzone psy to znamię przygranicznego miasteczka. To jednak dopiero początek.

Poznany w biurze paszportowym Amerykanin-podróżnik, z długą, siwą brodą i rozlatującym się paszportem w ręku, wytłumaczył mi koślawą angielszczyzną zaciąganą hiszpańskim akcentem, że dworzec autobusowy znajduje się po drugiej stronie miasta. Ponieważ też wybierał się w tamtą stronę, razem z nim wzięłam motorową rikszę, która zawiozła nas na dworzec – niewielkie klepisko stanowiące parking dla kilku starych, ale za to bardzo kolorowych autobusów. Mój nowy znajomy wyjaśnił, że jeśli chcę się dostać w głąb Gwatemali, najlepiej będzie dojechać najpierw do Huehuetenango, które stanowi rodzaj bazy wypadowej w różne strony. Przy okazji dowiedziałam się też, że babcia zhispanizowanego Amerykanina była… Polką.

Nim się obejrzałam, siedziałam we wnętrzu starego, amerykańskiego lub kanadyjskiego autobusu szkolnego, a plecak leżał wygodnie na dachu, przymocowany sznurkami. Po półtorej godziny przemierzania wertepów, znalazłam się w Huehuetenango.

Huehue znaczy droga-droga

Huehuetenango jest obowiązkowym przystankiem podróżujących z Meksyku w głąb Gwatemali. Po pierwsze dlatego, że, w przeciwieństwie do przygranicznej La Mesilla, odjeżdżają stąd autobusy w różnych kierunkach, po drugie – jest pierwszym większym miastem (ma prawie 100 tys. mieszkańców) po przekroczeniu granicy i wiele osób decyduje się na spędzenie tu nocy, po trzecie zaś – ma bardzo gwatemalski charakter.

Poprzedniego dnia podjęłam decyzję, że dojadę do Panajachel nad jeziorem Atitlan, dlatego po wymianie dolarów i przedarciu się przez gąszcz straganów, wróciłam na „dworzec” i zaczęłam szukać odpowiedniego autobusu.

W Gwatemali są dwa rodzaje autobusów – inne dla miejscowych, inne dla turystów, które są własnością biur podróży. Kolej nie funkcjonuje, jak zresztą w całej Ameryce Środkowej. Autobusy dla turystów wyglądają mniej więcej jak nasze „pekaesy” albo też są po prostu prywatnymi busami na kilkanaście osób, czasem nawet z klimatyzacją. Natomiast dla miejscowych przeznaczone są stare, amerykańskie i kanadyjskie, autobusy szkolne, przekazane przez rządy ww. krajów w celu wsparcia Gwatemalczyków. Gest podobny do ofiarowywania ubranek po własnym dziecku innej matce, z mniejszym dzieckiem. Tyle, że te autobusy wydają się wyjątkowo „znoszone”.

Podobne autobusy można zobaczyć w amerykańskich filmach z lat 70. Niektóre mają nawet drzwi otwierane za pomocą dźwigni umieszczonej przy siedzeniu kierowcy. Nad siedzeniami przybito małe tabliczki z oznaczeniem numerów miejsc – na każdym z nich powinny zmieścić się trzy osoby. I w praktyce często się tak dzieje, choć faktycznie przestrzeni jest wyłącznie dla dwóch i to raczej szczupłych.

Autobusom, z których wyrośli mali Amerykanie i Kanadyjczycy, nowi właściciele postanowili nadać trochę indiańskiego charakteru. Dlatego prawie wszystkie są bajecznie kolorowe, z mnóstwem barwnych naklejek z wizerunkami świętych i napisami chwalącymi Pana, obiecującymi mu wierność i proszącymi o opiekę w podroży.

Dworzec w Huehue wygląda więc jak zakurzony parking z wielkich płyt i błota, na który wpuszczono gromadę szalonych przedszkolaków, które właśnie uczą się malować. Do tego wszędzie snują się kobiety, z koszami na głowach wypełnionymi tortillami, i dzieci dzierżące w drobnych, umorusanych dłoniach specjalne kije z haczykami, na których zawieszone zostały woreczki z napojami. Wszyscy oni zaopatrują podróżnych w jedzenie i picie, a autobusy, będąc już w trasie, zatrzymują się średnio co kilkanaście minut, by wpuścić do środka podobnie wyposażonych przydrożnych sprzedawców.

Tym razem zdecydowałam się na podróż do Panajachel tak, jak robią to Gwatemalczycy. Na dworcu w Huehue nie ma rozkładu jazdy, autobusy nie mają także za szybami tabliczek z nazwami miejsc, do których kursują. Nie stanowi to jednak żadnego problemu, gdyż ledwo znalazłam się w pobliżu autobusów, kilku kierowców i miejscowych chłopców zaczęło nas wypytywać, dokąd jedziemy i wskazało właściwy autobus, oczywiście bezpośredni. Po drodze do Panajachel takich „bezpośrednich” autobusów zaliczyłam jeszcze cztery.

Dios me camino!

Jeśli ktoś narzeka na polskie drogi i niewygody podróżowania pekaesami, powinien przyjechać do Gwatemali. Środkowa część kraju to teren górzysty, dlatego drogi, pokryte marnym asfaltem i żwirem, wiją się wokół soczyście zielonych szczytów i wzniesień. Panuje tam przedziwny zwyczaj stawiania garbów na drogach co kilkaset metrów, zawsze parami, choć powody tego zabiegu do dziś są dla mnie zagadką. Na stromych podjazdach nijak nie da się rozwinąć większej prędkości, szczególnie rzęchowatymi autobusami, których lata świetności przypadały mniej więcej na okres hipisowskiej rewolucji w Stanach Zjednoczonych, a które stanowią tu najpopularniejszy i główny środek transportu.

Rzeczone garby powodują, że i tak powolny autobus prawie się zatrzymuje co kilka minut, a osoby z chorobą lokomocyjną nie mają łatwego życia. Na szczęście te niedogodności rekompensują niesamowite widoki, nasycone najzieleńszą zielenią i upstrzone kolorowymi kwiatami. Powietrze pachnie słoneczną wilgocią, spokojnym, powolnym życiem i wolnością.

Po jakiejś godzinie z hakiem chłopak sprzedający bilety powiedział mi, że muszę wysiąść i wskazał kolejny autobus. Przesiadłam się posłusznie i ruszyłam w dalszą drogę. Autobus zatrzymywał się co pewien czas, zabierał kolejnych pasażerów i handlarzy. Gdy mijał pieszych, wiszący u drzwi chłopak wykrzykiwał wniebogłosy nazwę miejscowości, do której jechał. Tak zorientowałam się, że to jednak nie jest bezpośredni autobus. Tym razem zostawiono nas w jakimś potwornie zakurzonym miasteczku, na oko składającym się z dwóch ulic. Autobus pojechał dalej prosto, kolejny zaś skręcał w prawo. Ten miał być bezpośredni. Nie był. Ale za to trasa, którą przemierzał, była, widać, bardzo popularna, bo co chwilę zabierał kolejnych pasażerów, nawet gdy nie było już miejsc stojących. W ten oto sposób przekonałam się, że na każdym z siedzeń mieszczą się trzy, w porywach do czterech osób, a na moich kolanach usadowiły się indiańskie dzieci.

Droga była wyjątkowo kręta i garbata. Autobus mozolnie piął się w górę, a pogoda zaczynała się psuć. Do tego głód i pragnienie postanowiły o sobie przypomnieć. Byłam już bardzo zmęczona, kiedy okazało się, że muszę się przesiąść jeszcze raz. Cóż, nie było wyjścia. Kolejny autobus miał mnie zawieść do Panajachel. Uwierzyłam i tym razem, kupiliśmy bilety i ruszyliśmy w drogę. Na szczęście nie było już takiego potwornego ścisku, jak wcześniej, ale radio kierowcy rzęziło równie głośno, co nieznośnie.

Chłopak sprzedający bilety odebrał ode mnie należną zapłatę.

W Gwatemalczykach podoba mi się to, że są uczciwi. Nie żerują na turystach i każą sobie płacić za przejazd tyle, co miejscowym, więc grosze. Podobnie rzecz się ma z jedzeniem i rękodziełem, którego jest tu wielka obfitość, jak zresztą w całym regionie. Na straganach obwieszonych przepięknymi, kolorowymi bibelotami, ubraniami i szalami można zaopatrzyć się w cudowne, często ręcznie wykonane pamiątki, których nie spotka się nigdzie indziej na świecie. Większość rzeczy jest śmiesznie tania i nie drożeje wprost proporcjonalnie do ilości słów, których sprzedawca nie zrozumie w Twoim ojczystym języku. Do tego Gwatemalczycy nie są nachalni. Owszem, mnóstwo osób trudni się handlem i trzeba się przygotować na częste zaczepiane, szczególnie przez dzieci, ale wystarczy grzecznie odmówić, by iść dalej w spokoju swoją drogą.

Prawie u celu

Po kilkudziesięciu minutach autobus wjechał w strome uliczki niewielkiego miasteczka. Było ok. 17, kropiło, a zbocza gór pokryła mleczno-szara mgła. Autobus stopniowo się wyludniał, aż w końcu opustoszał całkowicie i zatrzymał się przy jakimś kamiennym, parterowym budynku – nie mógł jechać dalej, bo droga zrobiła się zbyt wąska i zbyt stroma. Do tego nie było gdzie się przesiąść. Uznałam więc, że jestem w Panajachel i zaczęłam wypytywać o drogę do centrum. Miasteczko nie robiło zbyt dobrego wrażenia, wszędzie leżały śmieci (to jest coś, czego w Gwatemalczykach nie lubię – potwornie śmiecą, wyrzucają niepotrzebne rzeczy wprost na ulicę, a koszy na próżno szukać), było ponuro i jakoś tak nieprzyjaźnie. Zapytałam kogoś o drogę, poradził, żebym wzięła motorikszę, co też zrobiłam i wtedy okazało się, że od Panajachel dzieli mnie jeszcze jakieś 10 km, a wylądowałam w Sololi. Kilka miesięcy temu doszło tu do samosądu, podczas którego rozwścieczeni mieszkańcy miasteczka zaatakowali posterunek policji, gdzie przetrzymywano cztery osoby oskarżone o zabójstwo kierowcy autobusu. Siłą i mimo interwencji policjantów wyciągnięto podejrzanych z aresztu, dotkliwie ich pobito, a następnie podpalono. Ale gdy byłam w Sololi, był wrzesień, więc te straszliwe wydarzenia miały dopiero nadejść. Tymczasem dojeżdżałam wreszcie do wyśnionego Panajachel. Gdy dotarłam na miejsce, lało jak z cebra, więc udałam się do pierwszego lepszego hostelu, którego szyldy deklarowały dostęp do agua caliente, czyli ciepłej wody.

Mój pokój przypominał raczej więzienną celę z bielonymi ścianami, a łazienka pozostawiała wiele do życzenia, ale było względnie czysto, nie padało na głowę i faktycznie była ciepła woda, dlatego postanowiłam zostać. Rozczuliły mnie fantazyjnie ułożone na łóżku, potwornie brudne ręczniki. Po trudach drogi miasteczko wydało się przeciętne, dlatego zdecydowałam, że ruszę dalej następnego dnia, po śniadaniu.

Wulkanie oko

Jak zapewnia Lonely Planet, Panajachel słynie z malowniczego położenia nad jeziorem Atitlan, które poprzedniego wieczoru, z powodu złej pogody, nie prezentowało się zbyt spektakularnie. Szczerze mówiąc przypominało wielką kałużę, nad którą zawisła brudnawa para wodna. Mimo to rano postanowiłam zjeść śniadanie w którejś z knajpek nad jeziorem. Ruszyłam drogą w dół. Było dosyć wcześnie i miasteczko dopiero budziło się do życia. W restauracyjkach ustawiano stoliki, właściciele straganów układali towary, słońce delikatnie przygotowywało wszystkich na upalny dzień. Po kilku minutach znalazłam się nad jeziorem i… i stanęłam jak wryta. Piękna, głęboka toń rozpostarta pomiędzy dwoma wulkanami, porośniętymi bujną zielenią błyszczącą we wschodzącym słońcu. Łagodne fale, niewielkie łódeczki przy brzegu, mnóstwo wielkich motyli latających nad głowami. Dzieci biegające po plaży, chłopcy obsługujący łódki kąpiący się w jeziorze, handlarki żujące sennie tortille w oczekiwaniu na pierwszych turystów. Warto było tłuc się pół dnia zdezelowanymi 30-letnimi autobusami dla choćby jednej minuty wpatrywania się w cudo, które właśnie stanęło mi przed oczyma.

Warto wiedzieć:

Walutą jest quetzal.

1 $ = 7,90 Q, czyli 1Q = 30 gr

Bez problemu można też płacić dolarami.

Dobry obiad można zjeść za 4–6 $, śniadanie już za 3.

Bardzo smaczne są heuvos a la mexicana, czyli jajecznica na średnio ostro z cebulą i pomidorami, do której serwowane są pieczone banany, tortille i brązowawa fasolowa papka (smakuje lepiej, niż wygląda).

Często w menu śniadaniowym pojawiają się opcje lekkiego śniadania składającego się z sałatki owocowej, jogurtu i płatków. Pyszne, kolorowe i sycące.

Kuchnia gwatemalska ma wiele wspólnego z meksykańską, głównym składnikiem posiłków są tortille i ich wariacje, jak np. enchilady. Wszystko przyprawia się na słodko, ostro bądź bardzo ostro.

Prośba o podanie gorącej herbaty prawie zawsze spotyka się ze zdziwieniem kelnerów i jeśli marzy nam się zwykła, czarna, trzeba to wyraźnie powiedzieć, bo inaczej dostaniemy mrożoną albo… rumianek.

Absolutnym hitem jest lemoniada (woda mineralna z sokiem z limonki, nie cytryny), w niektórych restauracjach dolewana bez ograniczeń. Warto też skosztować przepysznych soków owocowych wyciskanych bezpośrednio przed podaniem.

Dla bardziej zorganizowanych podróżników dostępne są wycieczki i przejazdy autokarowe oferowane przez prywatnych przewoźników (biura podróży). W każdym miasteczku turystycznym jest ich kilka i są bardzo dobrze widoczne, dzięki plakatom obwieszczającym dokąd i za ile możemy się z danym biurem dostać. Ceny nie są wygórowane.

Żądni przygód i niewygód oraz stawiający na naprawdę niski budżet wybiorą bardziej ekstremalną opcję, czyli autobusy dla tubylców (tzw. chicken bus). Transport nimi wychodzi średnio o połowę taniej niż turystycznymi, ale trzeba się przygotować na liczne przesiadki i bliskie kontakty z innymi pasażerami. Ważne jest też, żeby mniej więcej znać trasę, którą chce się pokonać.

Mimo pewnych niedogodności wiązanych z tym sposobem podróżowania, przejażdżkę takim autobusem uważam za jedną z tych rzeczy, które trzeba w życiu przeżyć.

Karolina Krężel

KOMENTARZE:

2010-04-16 11:23:05 Stes

Fajnie napisane.

Dodawanie komentarzy wyłącznie po zalogowaniu (formularz logowanie z prawej strony).



Projekt Bartek Sucharski
Strony Internetowe Redsoft.pl